Treny — streszczenie i omówienie
Spis treści (6)
- 1. Tren V — „Jako oliwka mała pod wysokim sadem…”
- 2. Tren VII — „Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory…”
- 3. Tren VIII — „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim…”
- 4. Tren X — „Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?…”
- 5. Tren XI — „Fraszka cnota”, powiedział Brutus porażony…
- 6. Tren XIX (albo Sen) — „Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała…”
„Treny” Jana Kochanowskiego (1580) to cykl żałobny poświęcony zmarłej córeczce poety, Urszuli (Orszuli). Poniżej znajdziesz streszczenie i omówienie najważniejszych, maturalnych trenów cyklu: V, VII, VIII, X, XI oraz XIX — od obrazu bezbronnej straty, przez kryzys wiary i załamanie renesansowego ładu, aż po finałowe pojednanie.
Tren V — „Jako oliwka mała pod wysokim sadem…”
Tren rozwija jedno rozbudowane porównanie (epicką metaforę). Zmarła córka, Orszula, jest jak mała oliwka, która dopiero wzrasta „macierzyńskim szladem” pod wysokim sadem — jeszcze bez gałązek i listków, wschodząca samym tylko szczupłym prątkiem. Gdy sadownik, uprzątając ostre ciernie i pokrzywy, niebacznie („ukwapliwy”) podetnie ją razem z chwastami, drzewko zaraz mdleje i upada przed nogami matki. Tak samo stało się z Orszulą: rosnąc na oczach rodziców, ledwie wzniósłszy się nad ziemię, owiana „duchem zaraźliwym srogiej śmierci” padła martwa u ich nóg. Tren zamyka gorzki, oskarżycielski apostrof do Persefony (bogini świata zmarłych): „O zła Persefono, mogłażeś tak wielu łzam dać upłynąć płono?” — czy musiałaś dopuścić, by tyle łez popłynęło na próżno. Klucz: porównanie człowieka do bezbronnej rośliny i wina zrzucona na okrutną, ślepą śmierć.
Tren VII — „Nieszczęsne ochędóstwo, żałosne ubiory…”
Żałoba skupia się na konkretnych przedmiotach — ubrankach i ozdobach zmarłej, które rozdzierają serce ojca samym swoim widokiem („Po co me smutne oczy za sobą ciągniecie? Żalu mi przydajecie”). Orszula już nigdy nie odzieje nimi swoich „członeczków”; ujął ją „sen żelazny, twardy, nieprzespany”. Wyliczone są matczyne dary, teraz daremne („płone”): malowany letniczek, uploteczki, paski złocone. Pojawia się przejmujące przeciwstawienie ślubu i pogrzebu: matka miała córkę doprowadzić nie do takiej łożnicy i obiecywała inną wyprawę niż ta, którą faktycznie dała — zamiast wyprawy weselnej tylko giezłeczko (śmiertelna koszulka) i licha tkaneczka, a ojciec włożył jej pod główkę „ziemie bryłeczkę”. Pointą jest obraz trumny jako skrzyni posagowej: „i posag, i ona w jednej skrzynce zamkniona”. Klucz: kontrast wesela i śmierci, dziewczynki niedoszłej panny młodej.
Tren VIII — „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim…”
Tren o pustce po dziecku, zbudowany na kontraście dawnej żywości i obecnej ciszy. Śmierć Orszuli uczyniła w domu „wielkie pustki” — choć domowników jest pełno, jest „jakoby nikogo nie było”: jedną maluczką duszą ubyło tak wiele. Wspomnienie maluje ją jako duszę domu: za wszystkich mówiła i śpiewała, obiegała wszystkie kąciki, nie pozwalała matce się frasować ani ojcu psuć głowy zbytnim myśleniem, „to tego, to owego wdzięcznie obłapiając” i bawiąc wszystkich swym uciesznym śmiechem. Teraz wszystko umilkło — „szczere pustki w domu”, nie ma zabawki, nie ma się komu roześmiać, a z każdego kąta „żałość człowieka ujmuje” i serce daremnie szuka pociechy. Klucz: konkret dziecięcego gestu i śmiechu jako miara straty.
Tren X — „Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?…”
Punkt kryzysu metafizycznego — seria rozpaczliwych pytań o to, dokąd trafiła dusza córki, przerzucanych przez różne, wzajemnie sprzeczne systemy wierzeń. Ojciec pyta, czy Orszula została wyniesiona nad wszystkie nieba i policzona „w liczbę aniołków małych”, czy wzięta do raju, czy zaprowadzona na Wyspy Szczęśliwe (antyk), czy też Charon wiezie ją przez teskliwe jeziora i poi „zdrojem niepomnym” (Lete — woda zapomnienia), czy przybrała „piórka słowicze”, czy czyści się w czyśćcu (chrześcijaństwo), czy może wróciła tam, gdzie była przed narodzeniem. Kulminacją jest dramatyczne, zwątpieniem podszyte wezwanie: „Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości” — owo „jesliś jest” obnaża pęknięcie wiary, dopuszczenie myśli, że po śmierci może nie być nic. Ojciec błaga, by córka pocieszyła go choć snem, cieniem albo „marą nikczemną”. Klucz: zderzenie antycznych, chrześcijańskich i sceptycznych wyobrażeń o zaświatach oraz najgłębsze zwątpienie cyklu.
Tren XI — „Fraszka cnota”, powiedział Brutus porażony…
Najostrzejszy światopoglądowo tren — załamanie renesansowego, stoickiego ładu opartego na cnocie. Otwiera go gorzkie motto przypisane pokonanemu Brutusowi: „Fraszka cnota” — cnota jest niczym, błahostką z każdej strony. Następują retoryczne pytania podważające sens prawości: kogo kiedy uratowała jego pobożność, kogo dobroć uchroniła od złego przypadku? Światem rządzi „nieznajomy wróg”, który miesza ludzkie sprawy, nie bacząc ani na dobrych, ani na złych, i dosięga każdego bez różnicy — „praw li, krzyw li”. Mimo to ludzie pysznią się swoim rozumem, „hardzi miedzy prostaki”, choć naprawdę nic nie umieją; wspinają się do nieba, próbując wypatrzyć Boże tajemnice, ale wzrok śmiertelnej źrenicy jest na to zbyt tępy, a bawią nas tylko „sny lekkie, sny płoche”. Tren kończy trwożne pytanie do uosobionej Żałości: czy ma stracić „oboje — i pociechę, i baczenie swoje” (i pocieszenie, i zdrowy rozsądek). Klucz: kryzys wartości i lęk przed utratą rozumu — dno rozpaczy cyklu.
Tren XIX (albo Sen) — „Żałość moja długo w noc oczu mi nie dała…”
Tren-finał, przynoszący przełom i pocieszenie poprzez sen-widzenie (fragment — monolog matki urywa się i jest dokończony w dalszej części). Żałość długo nie pozwalała poecie zamknąć oczu; dopiero godzinę przed świtem „sen leniwy” objął go czarnawymi skrzydłami. We śnie ukazała mu się zmarła matka, trzymając na ręku Orszulę — taką, jaką dziewczynka przychodziła rano po paciorek: w białym giezłeczku, z pokręconymi włoskami, rumianą twarzą i oczami „ku śmiechu skłonionemi”. Matka pyta: „Spisz, Janie, czy cię żałość twoja zwykła piecze?”, a gdy poeta ciężko westchnął, rozpoczyna długą mowę pocieszenia. Wyjaśnia, że to jego nieutulony płacz „przyniósł ją z krain barzo dalekich”, bo gorzkie łzy przeszły aż do „umarłych tajemnych pokojów”; przyniosła wnuczkę, by mógł ją jeszcze oglądać i ująć żałość, która niszczy jego siły i zdrowie „jako ogień suchy knot obraca w perzyny”.
Matka prowadzi argumentację pocieszycielską: nie wolno uważać umarłych za straconych, dla których „słońce jest zgaszone” — przeciwnie, żyją oni życiem tym ważniejszym, im duch jest szlachetniejszy od „grubego ciała”. Ziemia wraca w ziemię, ale duch dany z nieba nie może zginąć. Zapewnia, że Orszuleczka „żywie”: tu, na ziemi, pokazała się w dawnej postaci, by ją poznały śmiertelne oczy, lecz wśród aniołów świeci „jako wdzięczna jutrzenka” i modli się za rodziców. Odpiera żal o jej przedwczesną śmierć argumentem, że ziemskie rozkosze są „biedne i płone”, pełne więcej frasunków niż radości — Matka argumentuje, że Orszula wzięła „dobry los”: jak żeglarz, który widząc na morzu wielkie niebezpieczeństwo woli zawrócić do brzegu, podczas gdy inni rozbijają się o ślepe skały, giną z mrozu i głodu, a rzadko który dopłynie na desce — tak ona, śmierci i tak nieuniknionej (przeżyłaby ją nawet starożytna Sybilla), wolała uprzedzić to, co miało nadejść, i tym mniej zaznała „niewczasów” świata.
Następuje katalog nieszczęść, których dziewczynka uniknie, umierając w dzieciństwie: inne dzieci zostają po rodzicach sierotami i doznają ciężkiego sieroctwa, bywają „leda jako” wypychane za mąż, ich majętność dostaje się nie wiadomo komu, niektóre porywane są gwałtem — także przez swoich — a wiele trafia „w hordach” do pogańskiej niewoli i sromotnej służby, gdzie piją własne łzy, czekając śmierci. Tego wszystkiego Orszula bać się już nie musi, bo wzięta została do nieba „żadnych frasunków tego świata nie doznawszy ani grzechem dusze swej drogiej pomazawszy” — jej rzeczy poszły dobrze.
W zakończeniu mowy matka kieruje pocieszenie ku samemu poecie i jego godności. Napomina, by cenił wyżej własne „baczenie i stateczność” niż doczesne szkody i by w tym pozostał panem siebie. Przypomina prawo powszechne: człowiek rodząc się „zasiadł w prawie takim, że ma być jako celem przygodom wszelakim” — od losu, który ciśnie wszystkich jednako, nie ma ucieczki („jesli po dobrej woli nie pójdziem, musimy”). Sądy Pańskie są skryte i należy uznać je za najlepsze; łzy są tu „niepłatne”, bo dusza raz odszedłszy nie wróci. Mądrością jest dziękować, że cokolwiek zostało, zamiast rozpaczać nad tym, co zginęło — bo wszystko i tak było w rękach nieszczęścia. Najmocniejszy argument odwołuje się do uczoności adresata: na cóż poszły jego lata strawione „nad księgami”, skoro w nieszczęściu nie umie sobie pomóc i jest „w cudzej czulszy niżli w swojej szkodzie”? „Teraz, Mistrzu, sam się lecz; czas doktór każdemu” — ale mędrzec powinien rozumem uprzedzić to, co innym leczy dopiero czas. Mowa kończy się nauką stoicko-chrześcijańską: znosić „ludzkie przygody” po ludzku, bo „jeden jest Pan smutku i nagrody”.
Tren — a wraz z nim cały cykl — domyka krótka, niepewna pointa: „Tu zniknęła. Jam się też ocknął. Aczciem prawie niepewien, jeslim przez sen słuchał czy na jawie.” Pojednanie i odzyskanie równowagi nie jest więc triumfalne ani pewne — pozostaje cień wątpliwości, czy pocieszenie było prawdą, czy tylko snem. Klucz: zwrot od rozpaczy (z Trenu XI) ku pojednaniu, postać matki jako pośredniczki i nauczycielki, argument o wyższości życia wiecznego oraz o szczęściu wczesnej śmierci, a na końcu znamienne zawieszenie między snem a jawą.
Chcesz sprawdzić znajomość „Trenów” przed maturą? Przećwicz zadania maturalne z tej lektury na stronie matury-online.pl/zadania/polski/treny.
Rozwiąż test z lektury „Treny"
Pytania o bohaterów, motywy i wydarzenia — sprawdź, ile zapamiętałeś z „Treny".