Samotność bohatera wybitnego — Konrad, Kurtz, Jim
Spis treści (9)
- 1. Trzy mechanizmy jednej samotności — jak rozróżnić Konrada, Kurtza i Jima
- 2. Konrad — samotność jako warunek geniuszu
- 3. „Samotność mądrców mistrzyni” — kto Konradowi tę samotność zesłał
- 4. Kurtz — samotność, która rozpuszcza człowieka
- 5. „Wnętrze jego było puste” — dlaczego samotność wygrała z Kurtzem
- 6. Jim — samotność, którą się dostaje za jedną sekundę
- 7. Patusan — samotność jako druga szansa i jako pułapka
- 8. Trzy finały — cela, szept i strzał
- 9. Jak wykorzystać ten materiał w wypracowaniu maturalnym
Samotność jednostki wybitnej to jeden z tych motywów, które na maturze najłatwiej spłaszczyć. Zwykle sprowadza się go do jednego zdania: geniusz jest niezrozumiany przez tłum. To prawda, ale prawda tak ogólna, że nie da się z niej zbudować rozprawki. Ciekawe zaczyna się dopiero wtedy, gdy zapytamy, co ta samotność właściwie z bohaterem robi — czy jest warunkiem jego wielkości, czy narzędziem jego rozkładu.
Najlepiej widać to na trzech postaciach, które w polskiej szkole rzadko czyta się razem: Konradzie z „Dziadów cz. III” Mickiewicza, Kurtzu z „Jądra ciemności” i Jimie z „Lorda Jima” Josepha Conrada. Wszyscy trzej są wyjątkowi. Wszyscy trzej zostają sami. I każdy z nich znaczy przez tę samotność coś zupełnie innego. Zestawione obok siebie układają się w spór o to, czy odosobnienie człowieka wybitnego jest przywilejem, czy wyrokiem.
Trzy mechanizmy jednej samotności — jak rozróżnić Konrada, Kurtza i Jima
Zanim wejdziemy w teksty, warto mieć gotową siatkę pojęć. Bez niej wszystkie trzy przypadki zleją się w nieokreślone „bohater jest samotny”, a to w wypracowaniu nie robi żadnego wrażenia. Różnica leży w tym, skąd samotność przychodzi i co po sobie zostawia.
- Konrad — samotność jako warunek tworzenia. Bohater sam ją wybiera i traktuje jak stan uprzywilejowany; problem zaczyna się wtedy, gdy z warunku pieśni staje się podstawą pogardy dla ludzi.
- Kurtz — samotność jako rozpuszczalnik. Nie deprawuje, tylko usuwa hamulce i ujawnia, co naprawdę było w środku. Gdy w środku nie ma nic, człowiek znika.
- Jim — samotność jako skutek jednej sekundy. Nie jest ceną wielkości, tylko ceną jednego czynu, którego nie da się odwołać; bohater dostaje ją wbrew sobie i przez całe życie próbuje z niej wyjść.
Za tym podziałem stoi też różnica epok. Mickiewicz pisze z wnętrza romantyzmu, który samotności ufa — dla niego odosobnienie jest miejscem, gdzie dzieje się rzecz najważniejsza. Conrad pisze pół wieku później, po doświadczeniu kolonialnym i z nastawieniem modernisty, który tej ufności już nie ma. U niego samotność jest próbą, na której człowiek zwykle przegrywa. Kto zbuduje wypracowanie na tym przesunięciu, ma gotową oś: od samotności jako łaski do samotności jako zagrożenia.
Uwaga techniczna, która przydaje się przy cytowaniu. Obie powieści Conrada czytamy w polskich przekładach — „Jądro ciemności” w tłumaczeniu Anieli Zagórskiej, „Lorda Jima” w tłumaczeniu Emilii Węsławskiej. Cytaty poniżej pochodzą właśnie z tych wersji, więc brzmienie może się różnić od innych wydań.
Konrad — samotność jako warunek geniuszu
Wielka Improwizacja jest poprzedzona sceną, której często się nie zauważa, a która ustawia wszystko. Konrad zaczyna śpiewać wśród współwięźniów, słabnie, a pozostali w popłochu uciekają przed strażą. Ostatnie zdanie, jakie pada przed monologiem, wypowiada jeden z nich:
Konrad osłabł — zostawcie — sam, sam jeden w celi!
Powtórzenie „sam, sam jeden” nie jest ozdobnikiem. Dramat najpierw opróżnia scenę, a dopiero potem pozwala bohaterowi mówić. Samotność jest tu warunkiem technicznym improwizacji — Konrad nie mógłby wygłosić tego monologu przy ludziach, bo cały monolog jest o tym, że ludzie nie są w stanie go usłyszeć.
Konrad o niemożności porozumienia:
Samotność — cóż po ludziach, czy-m śpiewak dla ludzi?
Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha,
Obejmie okiem wszystkie promienie jej ducha?
To pytanie retoryczne, ale jego uzasadnienie jest już całkiem konkretne i warto je znać, bo rzadko pojawia się w streszczeniach. Konrad twierdzi, że przeszkoda nie leży w ludziach, tylko w samym języku: myśl w drodze do słowa ulega uszkodzeniu, a słowo nie potrafi jej oddać. Jeśli tak, to niezrozumienie nie jest winą tłumu — jest wpisane w naturę mowy. Samotność wybitnego przestaje być kwestią złej publiczności, a staje się problemem metafizycznym.
I tu następuje rzecz kluczowa: Konrad nie skarży się na to odosobnienie. On się nim upaja. Porównuje siebie do dawnych poetów i proroków, którym świat oddawał hołd, i orzeka, że żaden z nich nie czuł tego, co on czuje bez świadków.
Nie czuliby własnego szczęścia, własnej mocy
Jak ja dziś czuję w tej samotnej nocy:
Kiedy sam śpiewam w sobie,
Śpiewam samemu sobie.
„Śpiewam samemu sobie” to formuła, którą warto zapamiętać. Jest w niej duma, ale i pierwszy sygnał katastrofy. Twórca, dla którego brak odbiorcy przestaje być stratą, nie potrzebuje już nikogo — i za chwilę okaże się, że nikogo nie szanuje. To odróżnia Konrada od Gustawa z części czwartej, który cierpiał, bo został odrzucony. Konrad nie cierpi z powodu samotności. Konrad z niej korzysta.
„Samotność mądrców mistrzyni” — kto Konradowi tę samotność zesłał
Dramat podpowiada również, skąd to odosobnienie się wzięło, i robi to w miejscu, które łatwo przeoczyć — w scenie z duchami poprzedzającej improwizację. Anioł tłumaczy, że uwięzienie Konrada nie jest zwykłym nieszczęściem, lecz odpowiedzią na prośbę dobrych duchów.
Anioł o sensie więzienia:
Samotność mądrców mistrzyni.
I ty w samotnym więzieniu,
Jako prorok na pustyni,
Dumaj o twym przeznaczeniu;
To zdanie zmienia status całej sceny. Cela nie jest karą, tylko szkołą — a odwołanie do proroka na pustyni wpisuje Konrada w tradycję religijną, w której odosobnienie jest przygotowaniem do misji. Romantyzm bierze tu wprost wzorzec ascetyczny: żeby usłyszeć rzeczy najważniejsze, trzeba odejść od ludzi. Cały problem polega na tym, co Konrad z tą lekcją robi.
Bo robi coś odwrotnego, niż zamierzył Anioł. Zamiast rozważać swoje przeznaczenie, żąda władzy nad duszami — i formułuje to w sposób, który ujawnia całą stawkę.
Konrad o tym, czym mieliby dla niego być ludzie:
Niech ludzie będą dla mnie jak myśli i słowa,
Z których, gdy zechcę, pieśni wiąże się budowa;
To jest właściwy moment upadku, a nie samo bluźnierstwo z finału. Bohater, który zaczął od stwierdzenia, że ludzie nie potrafią go usłyszeć, kończy na projekcie zamienienia ludzi w materiał swojej pieśni. Samotność wybitnego okazuje się drogą jednokierunkową: najpierw usprawiedliwia oddalenie, potem je uświęca, a na końcu pozwala traktować innych jak tworzywo.
Rzecz w tym, że jednocześnie Konrad mówi o sobie coś dokładnie przeciwnego — i ta sprzeczność jest sercem monologu.
Nazywam się Milijon — bo za milijony
Kocham i cierpię katusze.
Jeden człowiek w pustej celi ogłasza się liczbą mnogą. To najbardziej paradoksalny obraz samotności w polskiej literaturze: bohater jest fizycznie sam, a jednocześnie utrzymuje, że zawiera w sobie cały naród. Samotność zostaje unieważniona przez utożsamienie — i właśnie dlatego staje się groźna. Kto uważa, że jest milionem, nie potrzebuje z nikim rozmawiać, bo rozmowa z samym sobą wystarcza za konsultację ze wspólnotą.
Ostatnia warstwa tej samotności jest najgłębsza. Konrad wzywa Boga, prowokuje Go, zaklina i wyzywa — i nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.
Milczysz, milczysz! wiem teraz, jam Cię teraz zbadał,
Zrozumiałem, coś Ty jest i jakeś Ty władał.
Milczenie powtarza się w improwizacji wielokrotnie i za każdym razem podnosi stawkę. Konrad jest sam nie tylko wobec ludzi — jest sam także wobec Boga, który go słucha i nie odpowiada. Samotność bohatera wybitnego osiąga tu swój absolutny pułap i natychmiast go łamie: monolog urywa się w pół słowa, ostatnie słowo dopowiada diabeł, a Konrad pada zemdlony. Romantyczna samotność geniuszu okazuje się stanem, którego człowiek fizycznie nie wytrzymuje.
Kurtz — samotność, która rozpuszcza człowieka
„Jądro ciemności” zaczyna się od zdania, które można potraktować jak motto całego motywu. Marlow przerywa własną opowieść, żeby uprzedzić słuchaczy, że nie zdoła im przekazać tego, co przeżył.
Nie, to niemożliwe; niepodobna dać komuś żywego pojęcia o jakiejkolwiek epoce swego życia — o tym, co stanowi jej prawdę, jej znaczenie, jej subtelną i przejmującą treść. To niemożliwe. Żyjemy tak, jak śnimy — samotni…
To ten sam problem, który postawił Konrad — niewspółmierność doświadczenia i języka — tylko wypowiedziany bez cienia egzaltacji. U Mickiewicza niemożność porozumienia była wyróżnieniem wieszcza. U Conrada jest zwyczajną kondycją każdego człowieka. Marlow nie mówi „ja jestem samotny, bo jestem wielki”, tylko „wszyscy jesteśmy samotni, także wy”. To przesunięcie z wyjątku na regułę jest największą różnicą między romantyczną a modernistyczną wersją motywu.
Kurtz na tym tle jest postacią skrajną. Zanim jeszcze pojawi się osobiście, poznajemy go jako produkt zbiorowy — nie samotnika z natury, lecz reprezentanta całej cywilizacji.
Marlow o pochodzeniu Kurtza:
Cała Europa złożyła się na Kurtza; i dowiedziałem się z czasem, że Międzynarodowe Towarzystwo Tępienia Dzikich Obyczajów powierzyło mu opracowanie referatu jako wytycznej dla tegoż towarzystwa.
To zdanie jest kluczem do całej postaci. Kurtz nie jest wybrykiem natury ani lokalnym potworem — jest sumą tego, co Europa uważała za swoją wyższość: wykształcenia, wymowy, wiary w misję cywilizacyjną. Kiedy taki człowiek zostaje sam, na próbę nie zostaje wystawiona jego prywatna moralność, lecz cała formacja, która go stworzyła.
Wynik tej próby zapisany jest w jego własnym tekście. Referat liczy siedemnaście stron podniosłych zdań o dobroczynnym wpływie białych. Na końcu, ręką niepewną i wyraźnie znacznie późniejszą, dopisane jest jedno zdanie.
Wytępić wszystkie te bestie!
Cała dramaturgia motywu mieści się w odległości między tymi siedemnastoma stronami a tym dopiskiem. Dopisek nie unieważnia referatu — on go dopowiada. Między jednym a drugim nie zdarzyło się nic prócz upływu czasu spędzonego samotnie w miejscu, gdzie nikt nie patrzył. Conrad sugeruje, że to wystarczyło.
„Wnętrze jego było puste” — dlaczego samotność wygrała z Kurtzem
Warto zauważyć, że Kurtz wybrał tę samotność świadomie i wielokrotnie. Marlow relacjonuje moment, w którym zaczyna go rozumieć: Kurtz odsyła w dół rzeki całą zdobytą kość słoniową i sam zawraca w głąb kraju.
Obraz był wyraźny: łódka, czterech dzikich wioślarzy i samotny biały, który odwraca się nagle od głównej kwatery, od wypoczynku, a może i od myśli o domu; który zdąża ku głębiom dziczy, ku swej pustej i opuszczonej stacji.
To najbardziej romantyczny obraz w całym opowiadaniu — samotny człowiek odwracający się od bezpieczeństwa i płynący w nieznane. Conrad podaje go z pełnym rozmachem, a potem systematycznie go demontuje. Diagnoza, którą stawia Marlow po zobaczeniu głów zatkniętych na palach wokół domu Kurtza, jest najważniejszym zdaniem tego opowiadania o samotności.
Myślę, że szeptała mu rzeczy, których sam o sobie nie wiedział, rzeczy, o których nie miał pojęcia, póki mu ich nie podsunęła ta wielka samotność; a ów szept dziczy okazał się nieprzeparcie ponętny. Rozebrzmiał w Kurtzu głośnym echem, ponieważ wnętrze jego było puste…
Trzy rzeczy w tym zdaniu decydują o wszystkim. Po pierwsze: samotność nie dodaje człowiekowi niczego z zewnątrz — ona podsuwa mu to, co miał w sobie, a czego nie znał. Po drugie: nie każdego zniszczy tak samo, bo działa jak echo, a echo potrzebuje pustki. Po trzecie: to, czego Kurtzowi zabrakło, Marlow nazywa gdzie indziej brakiem hamulca — nie zabrakło mu wykształcenia ani talentu, lecz czegoś, czego nie widać pod wspaniałą wymową, dopóki nie przyjdzie próba.
To jest właściwa odpowiedź na pytanie, dlaczego Konrad Mickiewicza nie rozpada się tak jak Kurtz. Konrad ma adresata: Boga, do którego mówi, i naród, w imieniu którego mówi. Nawet w pustej celi jego samotność jest skierowana ku komuś. Kurtz nie ma adresata żadnego — na jego stacji nikt nie ma prawa mu odpowiedzieć. Samotność bez świadka i bez rozmówcy przestaje być stanem duchowym, a staje się warunkami, w których człowiek przestaje istnieć jako osoba.
Ostatnie słowa Kurtza:
Ohyda! Ohyda!
Nie wiadomo, czego dotyczy ten okrzyk — własnego życia, dżungli, czy całego świata. Conrad celowo nie rozstrzyga. Istotne jest natomiast, że Marlow uznaje go za dowód wielkości, a nie klęski.
Odkąd sam wyjrzałem poza krawędź, rozumiem lepiej jego wzrok, który nie mógł dostrzec płomienia świecy, lecz dość był dalekosiężny, by objąć cały wszechświat, dość przenikliwy, by przejrzeć wszystkie serca bijące w ciemności.
To zaskakująca pointa i warto ją w wypracowaniu wykorzystać. Samotność zniszczyła Kurtza jako człowieka, ale dała mu jedną rzecz, której nie ma nikt inny w opowiadaniu — świadomość tego, co zobaczył. Wszyscy pozostali biali z wyprawy są pospolici i ślepi. Kurtz jest zdemoralizowany i widzący. Conrad nie oferuje trzeciej możliwości i to jest najbardziej niepokojące w tym utworze.
Jim — samotność, którą się dostaje za jedną sekundę
Jim jest przypadkiem zupełnie innym i dlatego tak dobrze domyka ten zestaw. Nie jest geniuszem, nie jest zdobywcą, nie ma żadnego daru, który oddzielałby go od reszty. Marlow określa go formułą, która wraca w powieści wielokrotnie.
Patrzyłem na tego młodzieńca: podobał mi się jego wygląd; znałem takich ludzi; pochodził z porządnego środowiska, był jednym z nas.
„Jednym z nas” to najgroźniejsze zdanie tej książki. Gdyby Jim był wyjątkiem, jego historia byłaby ciekawostką. Skoro jest jednym z nas, jego historia jest ostrzeżeniem: to samo może przydarzyć się każdemu, kto ma o sobie dobre mniemanie i nigdy nie został sprawdzony. Samotność wybitnego zostaje tu zdemokratyzowana — nie należy się już za talent, tylko za jedną chwilę słabości.
Ta chwila to skok z „Patny” — porzucenie statku pełnego pielgrzymów, o którym Jim był przekonany, że tonie. Sposób, w jaki o tym opowiada, jest znamienny: mówi o sobie tak, jakby czyn wykonał ktoś inny, a on jedynie znalazł się w łodzi.
Nie mogłem już wrócić. Skoczyłem jakby do jakiejś studni, w czarną bezdenną przepaść
Marlow natychmiast to zdanie przechwytuje i przekłada na sens całego życia bohatera.
To była szczera prawda: wskoczył w wiekuistą, głęboką przepaść! Zleciał z wyżyny, na którą się już nigdy więcej nie wdrapie.
Od tej pory samotność Jima ma charakter całkowicie społeczny i bardzo konkretny. Nie jest metafizyczna jak u Konrada ani moralna jak u Kurtza — polega na tym, że w każdym kolejnym porcie ktoś w końcu rozpoznaje jego nazwisko, a wtedy Jim rzuca posadę i przenosi się dalej na wschód. Powtarza to tyle razy, że pracodawcy uznają go za dziwaka. Bohater ucieka nie przed karą, bo sądu nie uniknął, lecz przed spojrzeniem ludzi, którzy wiedzą.
Patusan — samotność jako druga szansa i jako pułapka
Ratunek przychodzi w formie recepty, którą wypowiada Stein — kupiec i entomolog, jedyna postać w powieści traktowana jak mędrzec. Pytany, co robić z człowiekiem takim jak Jim, odpowiada obrazem tonącego.
Stein o tym, jak żyć:
Otóż, powiadam ci, należy się poddać niszczącemu żywiołowi, wykonując w wodzie ruchy rękami i nogami, a głęboki ocean utrzyma cię na powierzchni. Taka jest moja odpowiedź na twe pytanie… jak żyć?
Rada Steina jest wbrew pozorom praktyczna: nie próbuj wygrzebać się z własnego marzenia o sobie, bo utoniesz; zanurz się w nim i naucz się w nim utrzymywać. W konsekwencji Jim zostaje wysłany do Patusanu — osady tak odległej, że Marlow porównuje ją do ciała niebieskiego, o którym ludzkość nigdy nie słyszała.
Chciałem wam dać do zrozumienia, że gdyby Stein wysłał go na gwiazdę piątej wielkości, zmiana położenia Jima byłaby podobna.
I tu następuje najciekawsza odwrotność w całym motywie. U Konrada i u Kurtza samotność jest stanem, w który bohater wchodzi ze swoją wielkością. U Jima samotność jest lekarstwem: dopiero odcięcie od świata pozwala mu w ogóle zacząć od nowa.
Zostawił za sobą swe ziemskie błędy i reputację i znalazł się w zupełnie innych warunkach, w których mogła pracować jego imaginacja.
Przez pewien czas to działa. Jim zostaje przywódcą, rozstrzyga spory, zyskuje tytuł, który daje powieści tytuł. Ale izolacja, która go uleczyła, jest jednocześnie jego jedyną słabością — w Patusanie nie ma nikogo, kto mógłby go skorygować. Nie ma równorzędnego rozmówcy, nie ma nikogo, kto zna jego przeszłość i mógłby go ostrzec, że pewnym ludziom nie należy ręczyć własnym słowem. Bohater, który został sam na własne życzenie, traci to, co samotność zawsze zabiera pierwsze: możliwość, że ktoś powie mu, iż się myli.
Trzy finały — cela, szept i strzał
Zakończenia tych trzech historii najlepiej pokazują, o co naprawdę toczy się w tym motywie gra. Konrad, doprowadziwszy samotność do granicy bluźnierstwa, mdleje. Nie ratuje go własna moc, tylko cudza obecność — modlitwa innych ludzi odpędza duchy, a do celi wchodzi ksiądz Piotr. Romantyzm daje bohaterowi wybitnemu prawo do samotności, ale w decydującym momencie ratuje go wspólnotą. To ważne i warto to podkreślić: Mickiewicz nie kończy na triumfie samotnika.
Kurtz umiera na statku, wśród ludzi, których nazwa „pielgrzymi” brzmi ironicznie, a jego zgon zostaje ogłoszony przez chłopca pogardliwym zdaniem. Jedynym, kto rozumie, co się właśnie stało, jest Marlow. Samotność Kurtza nie kończy się w chwili śmierci — trwa dalej, bo Marlow kłamie narzeczonej i mówi, że umierający wypowiedział jej imię. Prawdziwe ostatnie słowo Kurtza nie dociera do nikogo poza jednym świadkiem, który do końca życia nie umie się od niego uwolnić.
Jim ginie z ręki Doramina, ojca zabitego przyjaciela, dobrowolnie przychodząc po ten strzał. Narrator komentuje to zdaniem, które streszcza cały motyw.
I oto koniec. Odszedł z sercem niezbadanym, zapomniany, nie otrzymawszy przebaczenia, owiany nadzwyczajnym romantyzmem.
„Serce niezbadane” to ta sama nieprzenikliwość, o której Marlow mówił na początku — żyjemy samotni, bo nikt nie ma dostępu do naszego wnętrza. Jim umiera nierozpoznany nawet przez tego, kto opowiedział jego historię. A wybór, którego dokonuje w ostatniej chwili, jest wyborem samotności przeciw więzi.
Porzuca żywą kobietę, by święcić swe bezlitosne śluby z mglistym ideałem postępowania.
Najpiękniejszy obraz samotności w tej powieści pojawia się jednak wcześniej, przy pożegnaniu Marlowa z Jimem na brzegu. Bohater stoi w bieli na tle ciemniejącego świata i stopniowo znika.
Dla mnie ta biała postać w ciszy wybrzeża i morza zdawała się stać w samym sercu wielkiej zagadki. Z obłoków szybko spływał mrok na jego głowę, znikł już grunt spod jego nóg, a on sam wydawał się nie większy od dziecka — stał się plamą — malutką plamką, zdawał się wchłaniać w siebie ostatnią jasność zapadłego w ciemność świata.
To gotowe ujęcie do zestawienia z malarstwem Caspara Davida Friedricha, gdzie mała ludzka sylwetka stoi wobec ogromu natury. Conrad robi jednak coś, czego malarstwo nie potrafi: pokazuje, jak ta sylwetka znika. Samotność bohatera wybitnego kończy się u niego nie wywyższeniem, tylko rozpuszczeniem w ciemności.
Jak wykorzystać ten materiał w wypracowaniu maturalnym
Ten zestaw nadaje się do kilku typów tematów — o samotności, o cenie wielkości, o granicach indywidualizmu, o tym, czy człowieka określa czyn, czy zamiar. Najmocniejsze tezy, jakie da się z niego zbudować, brzmią następująco.
- Samotność jednostki wybitnej nie jest jednym zjawiskiem — bywa warunkiem tworzenia (Konrad), warunkiem rozkładu (Kurtz) i szansą na odbudowę, która sama staje się pułapką (Jim).
- Samotność niczego w człowieku nie tworzy; ujawnia to, co już w nim było. Kurtz upada, bo — jak mówi Marlow — jego wnętrze było puste; Konrad wytrzymuje dłużej, bo mówi w czyimś imieniu.
- Romantyzm ufa samotności i traktuje ją jak wyróżnienie, modernizm widzi w niej próbę, na której człowiek zwykle przegrywa. Różnica między Mickiewiczem a Conradem jest różnicą epok, nie temperamentów.
- Samotność bohatera wybitnego zawsze zaczyna się od poczucia wyższości nad innymi, a kończy na niemożności powrotu do nich. To ten sam ruch u Konrada, Kurtza i Jima, mimo trzech zupełnie różnych punktów wyjścia.
Warto też znać typowe błędy. Pierwszy to mylenie samotności z osamotnieniem — Konrad w celi jest sam, ale nie czuje się opuszczony, tylko wywyższony, i cały sens sceny opiera się właśnie na tej różnicy. Drugi to opisywanie Kurtza jako szaleńca. Conrad nigdzie nie sugeruje choroby psychicznej; sugeruje brak wewnętrznego oporu, co jest zarzutem znacznie poważniejszym, bo dotyczy nie jednostki, lecz całej formacji, która ją wykształciła.
Trzeci błąd to nazywanie Jima tchórzem. Powieść konsekwentnie temu przeczy — Jim skacze z „Patny”, ale wcześniej i później wielokrotnie ryzykuje życie, a na koniec sam przychodzi po śmierć. Conrad nie pisze o braku odwagi, tylko o rozjeździe między wyobrażeniem o sobie a jednosekundowym czynem. To znacznie lepszy materiał na rozprawkę niż moralizowanie.
Czwarta rzecz, przydatna przy porównaniach: zwróć uwagę, kto w każdej z tych historii przerywa samotność bohatera. U Mickiewicza robi to modlitwa innych ludzi i ksiądz Piotr — czyli wspólnota. U Conrada nie robi tego nikt: Kurtz umiera wśród obcych, a Jim odchodzi z sercem, którego nikt nie zbadał. To jedno pytanie — czy ktoś przychodzi po bohatera — porządkuje cały motyw lepiej niż jakakolwiek definicja.
Jeśli chcesz przećwiczyć ten motyw na zadaniach maturalnych z konkretnych lektur, zajrzyj do bazy zadań: zadania z języka polskiego.