Miasto jako organizm i moloch — Warszawa Prusa, Paryż Balzaka
Spis treści (9)
- 1. Miasto-organizm — kiedy plan ulic staje się anatomią
- 2. Warszawa Prusa jako mapa społeczna — po której się schodzi w dół
- 3. Powiśle jako „chory kąt” — dlaczego to nie jest zwykły opis nędzy
- 4. Paryż Balzaka — las dziewiczy zamiast szkieletu
- 5. Moloch — kiedy miasto zaczyna pożerać
- 6. Dwa finały — Wokulski i Rastignac wobec miasta
- 7. Czym różni się miasto-organizm od miasta-molocha
- 8. Jak wykorzystać to zestawienie w wypracowaniu maturalnym
- 9. Podsumowanie — dwa miasta, jedna diagnoza
Wielkie miasto w powieści XIX wieku rzadko bywa tylko dekoracją. Częściej jest współsprawcą — czymś, co ma własną budowę, własne prawa i własny apetyt. Literatura wypracowała na to dwie różne metafory. Pierwsza mówi: miasto jest organizmem, żywym ciałem o anatomii, szkielecie i przemianie materii. Druga mówi: miasto jest molochem, machiną, która miele ludzi na paliwo. Dwie wielkie powieści realizmu — „Lalka” Bolesława Prusa i „Ojciec Goriot” Honoriusza Balzaka — pozwalają zobaczyć obie naraz, bo obie te metafory pojawiają się w nich dosłownie, w tekście, a nie dopiero w interpretacjach.
Zestawienie ma dla maturzysty konkretną wartość. „Lalkę” (wydanie książkowe 1890, akcja w Warszawie w latach 1878–1879) i „Ojca Goriot” (ukończonego we wrześniu 1834 roku, akcja w Paryżu 1819) dzieli pół wieku i tysiąc kilometrów. A jednak obaj pisarze robią to samo: zamieniają plan miasta w diagnozę społeczną. U Prusa robi to Wokulski, schodząc pieszo z Krakowskiego Przedmieścia na Powiśle. U Balzaka — narrator, prowadząc czytelnika ulicą Neuve-Sainte-Geneviève jak do katakumb.
Miasto-organizm — kiedy plan ulic staje się anatomią
Najczystszy w polskiej literaturze wykład koncepcji miasta-organizmu wygłasza Wokulski, ale nie o Warszawie — o Paryżu. W paryskich rozdziałach „Lalki” bohater przestaje na chwilę być kupcem i zakochanym, a staje się badaczem. Błądzi po nieznanych ulicach, porównuje je z przewodnikami i zauważa, że chaos wielkiej metropolii jest pozorny. Pod nim leży rysunek.
Wokulski o układzie Paryża:
Paryż posiada to, co można by nazwać kręgosłupem, osią krystalizacji miasta.
Metafora kręgosłupa nie jest ozdobnikiem. Prus buduje na niej cały wywód. Wokulski rozpoznaje kolejno dzielnice przemysłu, nauki, handlu, arystokracji rodowej i wojska, a układ ten okazuje się trwały mimo rewolucji, republik i zmian dynastii. Stąd wniosek, który należy do najważniejszych zdań powieści.
Wokulski o naturze wielkiego miasta:
Zatem wielkie miasto, jak roślina i zwierzę, ma właściwą sobie anatomię i fizjologię.
Zwróć uwagę na dwa terminy. Anatomia to budowa — co gdzie leży. Fizjologia to funkcjonowanie — jak to działa i czemu służy. Wokulski twierdzi więc, że miasto ma nie tylko kształt, ale i przemianę materii. Konsekwencja jest znacznie mocniejsza od samego porównania: skoro miasto rządzi się prawem przyrodniczym, to wolna wola milionów jego mieszkańców jest złudzeniem. Prus każe bohaterowi zestawić pracę ludzi z pracą pszczół budujących regularne plastry i z układaniem się związków chemicznych w kryształy.
Najostrzejszą postać ta myśl przybiera w historii kilku paryskich rodzin. Dziad-rzemieślnik pracuje po szesnaście godzin przy ulicy Temple, syn zakłada większy warsztat przy ulicy Św. Antoniego, wnuk jako wielki handlarz przenosi się na bulwar, prawnuk-milioner mieszka już w sąsiedztwie Pól Elizejskich. Awans czterech pokoleń da się narysować na planie miasta jako jedną linię — i tak samo da się narysować schyłek rodu.
Narrator o paryskich rodzinach:
Topografia miasta odpowiadała historii mieszkańców.
To zdanie jest kluczem do całego tematu. Jeśli topografia odpowiada historii, opis ulicy przestaje być opisem, a staje się argumentem. Zarówno Prus, jak i Balzac korzystają z tego chwytu bez litości.
Warszawa Prusa jako mapa społeczna — po której się schodzi w dół
Warszawa „Lalki” jest zbudowana pionowo. Na górze biegnie Krakowskie Przedmieście z Nowym Światem: sklep Wokulskiego, sznur powozów, przedświąteczny tłum między pomnikiem Kopernika a kolumną Zygmunta. Na dole, nad Wisłą, leży Powiśle. Między nimi jest stok — ulica Karowa. Prus wykorzystuje różnicę poziomów dosłownie: żeby zobaczyć nędzę, bohater musi zejść.
Sam pomysł spaceru ma przy tym początek zupełnie prozaiczny. Wokulski ma wyrobione zdanie w sprawie bulwarów nad Wisłą, o które pytał go zagraniczny kapitalista, i chce sprawdzić teren. Zanim jednak zejdzie, formułuje obserwację, która ustawia całą scenę.
Narrator o warszawskiej topografii:
Warszawa całym swoim ogromem ciąży i zsuwa się ku Wiśle.
„Ciąży i zsuwa się” to język fizyki i geologii, nie urbanistyki. Miasto jest tu masą podlegającą grawitacji, ciałem, które osuwa się własnym ciężarem. Jedno zdanie — a już mamy miasto-organizm. Kilkadziesiąt wersów dalej ta sama Warszawa okaże się maszyną.
Wokulski po zejściu na Karową:
Zdawało mu się, że jest jedną z plew, które już odrzucił młyn wielkomiejskiego życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na dół tym rynsztokiem zaciśniętym odwiecznymi murami.
Młyn i plewy to już obraz molocha. Miasto mieli ludzi, a odpad spływa rynsztokiem w dół, na Powiśle. Warto zauważyć, kto tak myśli: nie żebrak, tylko człowiek z majątkiem liczonym w setkach tysięcy rubli. Prus pokazuje, że machina nie oszczędza nikogo, kto nie mieści się w jej strukturze — bogactwo daje wygodę, nie daje przynależności.
Powiśle jako „chory kąt” — dlaczego to nie jest zwykły opis nędzy
Opis Powiśla ma u Prusa formę geometryczną, nie malarską. Wokulski zatrzymuje się w połowie stoku i patrzy na dzielnicę między Nowym Zjazdem a Tamką. Zamiast wrażeń notuje kształt.
Wokulski o układzie ulic Powiśla:
Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi — linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych formują jakby szczeble.
Drabina to najbardziej oczywisty symbol awansu. Prus kładzie ją poziomo — i natychmiast wyciąga z tego wniosek.
Wokulski o drabinie Powiśla:
Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie
Trudno o mocniejszy obraz zablokowanej ruchliwości społecznej. Konstrukcja, która powinna prowadzić w górę, została położona na ziemi — po drabinie leżącej nie da się wejść nigdzie. Dalej idzie inwentarz: rudery zapadnięte niżej bruku, dachy porosłe mchem, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem, szafy bez drzwi, krzesła na trzech nogach, zegary o jednej wskazówce. Kulminacją nie jest jednak obraz, tylko reakcja bohatera.
Wokulski o mieszkańcach Powiśla:
Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek — na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.
Ten śmiech jest istotny interpretacyjnie. Wokulski nie płacze nad Powiślem i nie rozczula się — śmieje się cicho, bo właśnie znalazł potwierdzenie własnej klęski. Nędza dzielnicy jest dla niego dowodem w sprawie, którą prowadzi przeciw całemu krajowi. Dlatego zaraz potem pada uogólnienie.
Wokulski o Powiślu jako miniaturze kraju:
Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć.
To zdanie każe uważać przy interpretacji. Prus nie stawia tu prostego oskarżenia bogatych. Wokulski oskarża układ, w którym praca, miłosierdzie i ubóstwo nawzajem się unieważniają: kto pracuje, żywi nieproduktywnych; kto pomaga, hoduje próżniaków; kto jest biedny, mnoży biedę. Powiśle nie jest wyjątkiem od reguły — jest regułą w miniaturze. Stąd finał całego rozumowania.
Wokulski o granicach jednostkowej inicjatywy:
Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce — o nic.
To jest wyrok na pozytywistyczny program pracy organicznej w jego indywidualnym wydaniu. Praca organiczna zakłada, że przedsiębiorcze jednostki podnoszą kraj krok po kroku. Wokulski, będąc dokładnie taką jednostką — z kapitałem, wykształceniem i energią — mówi wprost, że w tych warunkach jest to niewykonalne. Miasto-organizm okazuje się organizmem chorym; Prus używa zresztą w tej scenie wyrażenia „chory kąt”.
Paryż Balzaka — las dziewiczy zamiast szkieletu
Balzac patrzy na Paryż inaczej niż Prus na Warszawę, choć zaczyna tak samo — od topografii. „Ojciec Goriot” otwiera się długim opisem ulicy Neuve-Sainte-Geneviève, położonej między dzielnicą łacińską a przedmieściem Saint-Marceau, na której stoi gospoda pani Vauquer.
Narrator o dzielnicy pani Vauquer:
Bruk tam suchy, rynsztoki bez błota i wody, trawa porasta wzdłuż murów. Najswobodniejszy człowiek musi tam ulec smutkowi ogarniającemu wszystkich przechodniów; turkot powozu — to rzadki wypadek, domy ponure, ściany przypominają więzienie.
Zwróć uwagę na precyzję negatywów: nie ma błota, nie ma wody, prawie nie ma powozów, za to rośnie trawa. Ulica jest opisana przez to, czego na niej brakuje — czyli przez brak miejskiego życia. Balzac dopowiada ocenę wprost.
Narrator o miejscu akcji:
Żadna z dzielnic Paryża nie jest okropniejsza, ani mniej znana.
Zaraz potem pada porównanie, które ustawia całą powieść: wejście w tę dzielnicę jest jak zstępowanie do katakumb, gdzie z każdym stopniem ubywa światła dziennego. Paryż Balzaka nie ma więc kręgosłupa jak Paryż Wokulskiego. Ma poziomy zejścia i ma dno.
Główną metaforę miasta wypowiada jednak nie narrator, tylko Vautrin — zbiegły galernik mieszkający u pani Vauquer, który próbuje kupić sumienie młodego Rastignaca. Jego wykład o Paryżu jest najbardziej cynicznym i zarazem najbardziej trzeźwym fragmentem powieści.
Vautrin o Paryżu:
Paryż, mój panie, to las dziewiczy, po którym krąży dwadzieścia dzikich plemion; są tu Indianie Illinois, są Huroni, a każde plemię żyje z łupu, jaki zdobędzie na łowach społecznych; pan jesteś łowiec milionów.
To zasadnicza różnica wobec Prusa. Wokulski widzi w Paryżu porządek: kryształ, kręgosłup, prawo. Vautrin widzi dżunglę, w której obowiązuje jedna zasada — zasada łowów. Obie wizje są przy tym deterministyczne. U Prusa jednostka nie wychodzi poza strukturę, bo struktura jest prawem natury. U Balzaka nie wychodzi poza reguły polowania, bo inaczej sama zostanie zwierzyną.
Vautrin dopowiada też, jak w tym mieście działa moralność. Jego formuła należy do najczęściej cytowanych zdań powieści.
Vautrin o paryskiej sprawiedliwości:
Ci, których powozy grzęzną w błocie, nazywają się uczciwymi ludźmi; ci, którzy brną przez nie piechotą, noszą miano łotrów.
Całe zdanie stoi na jednym obrazie: na błocie ulicy. Wszyscy są w nim po kolana, bez wyjątku. Różnica przebiega wyłącznie między tymi, którzy mają powóz, a tymi, którzy go nie mają. Balzac przekłada w ten sposób hierarchię majątkową na hierarchię moralną i pokazuje, że druga jest pochodną pierwszej. Tę samą myśl rozwija Vautrin dalej, przypominając, że drobnego złodzieja stawia się przed sądem jako dziwowisko, a ten, kto ukradł milion, uchodzi w salonach za wzór cnoty.
Najmocniejszym argumentem Balzaka nie jest jednak sam cynizm Vautrina, tylko to, że identyczną naukę Rastignac słyszy z przeciwnego bieguna społecznego. Wicehrabina de Beauséant, arystokratka z przedmieścia Saint-Germain, mówi mu praktycznie to samo, co galernik.
Pani de Beauséant o warunkach kariery w Paryżu:
Im chłodniej będziesz pan rachował, tym dalej zajdziesz. Kto bije bez litości, tego wszyscy się boją.
Zbieżność jest wymowna. Salon przy Saint-Germain i tania gospoda przy Saint-Marceau mówią jednym głosem, choć nie znają swoich argumentów. To dowód, że u Balzaka Paryż nie jest miejscem, w którym ludzie się psują — jest jednym systemem, którego regułę wszyscy znają i wszyscy stosują, tylko w różnych strojach.
Moloch — kiedy miasto zaczyna pożerać
Metafora molocha zakłada coś więcej niż strukturę: zakłada apetyt. Balzac wykłada ją już na pierwszych stronach powieści, w formie mocniejszej niż większość późniejszych obrazów Łodzi czy Nowego Jorku.
Narrator o cywilizacji miejskiej:
Rydwan cywilizacji, na kształt wozu bożyszcza Jaggernaty, opóźnia się wprawdzie, spotkawszy na swej drodze serce oporne, co się nie daje zgnieść tak łatwo jak inne; ale zmiażdżywszy je po chwili, posuwa się dalej w swym tryumfalnym pochodzie.
Jaggernata — dziś zapisywany raczej jako Dżagannath — to indyjskie bóstwo, którego posąg wożono w procesji na ogromnym rydwanie; w XIX-wiecznej wyobraźni europejskiej skojarzył się z wozem miażdżącym wyznawców. Balzac czyni z niego figurę postępu. Cywilizacja jedzie dalej, a serce, którego trudniej zgnieść, opóźnia ją tylko na chwilę. Ojciec Goriot będzie właśnie takim sercem: umrze opuszczony, a na jego pogrzeb przyjadą puste powozy z herbami zięciów.
Prus ma odpowiednik tego obrazu w młynie odrzucającym plewy, ale różnica działania jest istotna. Młyn Prusa segreguje: to, co bezużyteczne, spływa na dół i tam zostaje, w osobnej dzielnicy, na Powiślu. Rydwan Balzaka nie segreguje — miażdży i jedzie dalej, nie zauważając. Warszawa spycha na margines i pozwala patrzeć; Paryż przejeżdża.
Jest jeszcze trzeci obraz, najbardziej dwuznaczny — Paryż jako ul. Pojawia się na ostatniej stronie powieści, gdy Rastignac stoi na cmentarzu Père-Lachaise po pogrzebie Goriota i patrzy na miasto rozłożone po obu stronach Sekwany.
Narrator o spojrzeniu Rastignaca na miasto:
Zmierzył ten ul brzęczący spojrzeniem, które zdawało się od razu wszystek miód z niego wysysać
Ul to obraz organizmu doskonałego — Prus użył bardzo podobnego porównania, pisząc o pszczołach budujących regularne plastry. Ale Balzac odwraca kierunek patrzenia. U Prusa obserwator podziwia porządek i chce go zrozumieć; u Balzaka wysysa z niego miód wzrokiem. Miasto-organizm zostaje w jednym zdaniu przerobione na miasto-zdobycz. To najkrótsza definicja różnicy między badaczem a łowcą.
Dwa finały — Wokulski i Rastignac wobec miasta
Najciekawsze w tym zestawieniu jest porównanie zakończeń. Obaj bohaterowie kończą swoją drogę w podobnej pozycji — patrząc na miasto z zewnątrz i z dystansu — a wyciągają wnioski przeciwne.
Rastignac stoi nad świeżym grobem człowieka, którego córki nie przyszły pochować i za którego pogrzeb zapłacił on sam, student bez pieniędzy. Po takiej lekcji mógłby Paryż odrzucić. Robi coś dokładnie odwrotnego.
Rastignac rzuca wyzwanie miastu:
Teraz my się spróbujemy!
Zaraz potem idzie na obiad do pani de Nucingen — córki człowieka, którego właśnie pochował. Balzac nie dodaje żadnego komentarza i to milczenie jest wymowne. Okrzyk brzmi jak wyzwanie, a jest kapitulacją: Rastignac przyjmuje reguły łowów, o których mówił mu Vautrin, i po prostu wchodzi do gry po właściwej stronie.
Wokulski dochodzi do lustrzanie odwrotnej konkluzji. Po paryskich obserwacjach rozumie, dlaczego w Warszawie musi przegrać, i tłumaczy to sobie językiem przyrodnika — klimatem, temperaturą, ilością wolnych sił, którymi dysponuje społeczeństwo po zaspokojeniu potrzeb materialnych.
Wokulski o Warszawie i o ludziach swojego gatunku:
W tej strefie nie dojrzewają ani pewnego gatunku rośliny, ani pewnego gatunku ludzie…
Metafora jest botaniczna, czyli znowu organiczna — ale wniosek jest osobisty i ostateczny. Wokulski nie rzuca miastu wyzwania. Uznaje, że nie ma tu warunków wzrostu dla ludzi jego rodzaju, i znika z powieści. Paryski Rastignac wchodzi w miasto; warszawski Wokulski z niego wypada. To jedna z najczytelniejszych różnic między francuskim realizmem kariery a polskim realizmem klęski.
Czym różni się miasto-organizm od miasta-molocha
Obie metafory bywają mylone albo używane wymiennie, a to dwa różne narzędzia interpretacyjne. Warto trzymać je osobno.
- Miasto-organizm ma budowę, funkcje i prawa — można je badać. Postawa obserwatora to analiza, jak u Wokulskiego chodzącego po Paryżu z przewodnikiem.
- Miasto-moloch ma apetyt — nie da się go badać, można tylko zostać zjedzonym albo ocaleć. Postawa obserwatora to groza albo bunt.
- Wspólne założenie obu metafor: jednostka jest słabsza od miasta i nie decyduje o własnym losie.
- Różnica: organizm jest moralnie neutralny, bo działa jak prawo natury; moloch jest wrogi, bo pożera.
- Sygnał w tekście: organizm rozpoznasz po słownictwie anatomicznym i geologicznym (kręgosłup, anatomia, krystalizacja, ciąży, zsuwa się); molocha po słownictwie machiny i miażdżenia (młyn, plewy, rydwan, zgnieść).
W obu powieściach obie metafory występują naraz i nie jest to niekonsekwencja. Prus i Balzac pokazują, że wielkie miasto jest jednocześnie racjonalną strukturą i bezwzględną machiną, a to, którą stronę zobaczysz, zależy od miejsca, z którego patrzysz. Z Krakowskiego Przedmieścia Warszawa jest organizmem ciążącym ku rzece. Z Karowej — młynem. Rastignac widzi ul dopiero z cmentarza, czyli z zewnątrz i z góry.
Jak wykorzystać to zestawienie w wypracowaniu maturalnym
Para Prus–Balzac działa najlepiej wtedy, gdy nie zatrzymujesz się na tezie „miasto niszczy człowieka”. Ta teza jest prawdziwa, ale zbyt ogólna, żeby cokolwiek udowodnić. Mocniejsze są konkretne zastosowania.
- Temat o obrazie społeczeństwa: Powiśle jako miniatura kraju — Prus stawia diagnozę całości na materiale jednej dzielnicy.
- Temat o mieście: przeciwstaw uporządkowany Paryż Wokulskiego (kręgosłup, oś krystalizacji, dzielnice funkcjonalne) Warszawie, która całym ogromem zsuwa się ku Wiśle.
- Temat o karierze, awansie i cenie sukcesu: para Rastignac–Wokulski. Jeden przyjmuje reguły miasta i zostaje, drugi je rozumie i odchodzi.
- Temat o determinizmie i wolnej woli: zdanie o anatomii i fizjologii wielkiego miasta to gotowy dowód na przyrodnicze myślenie w realizmie.
- Temat o pieniądzu i moralności: formuła Vautrina o powozach grzęznących w błocie i o ludziach brnących pieszo.
- Konteksty rozszerzające: Łódź w „Ziemi obiecanej” Reymonta i Petersburg w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego — przywołuj je jako trzeci głos, nie jako główny materiał dowodowy.
Częsty błąd maturalny polega na traktowaniu Powiśla jako scenerii wzruszającej. Prus nie pisze reportażu o biedzie i nie prosi o współczucie — buduje argument przeciw możliwości reform w istniejącym układzie. Podobnie Vautrin nie jest u Balzaka wyłącznie łotrem, którego trzeba potępić; jest tym, kto formułuje prawdę o mieście najdokładniej ze wszystkich postaci, i dlatego jego cytaty ważą w wypracowaniu więcej niż deklaracje bohaterów pozytywnych.
Podsumowanie — dwa miasta, jedna diagnoza
Prus i Balzac docierają do zbieżnej diagnozy przeciwnymi drogami. Balzac zaczyna od molocha — rydwan cywilizacji miażdży oporne serca już na pierwszych stronach — a kończy na organizmie, na ulu, z którego bohater chce wyssać miód. Prus zaczyna od organizmu — Wokulski bada Paryż jak przyrodnik, szuka osi i praw — a schodząc na Powiśle odkrywa młyn, który odrzuca plewy.
Wspólny wniosek obu powieści jest niewygodny dla epoki wierzącej w pracę organiczną i indywidualną przedsiębiorczość: struktura wielkiego miasta jest silniejsza od woli tego, kto w nim mieszka. Wokulski, człowiek z kapitałem i wiedzą, mówi wprost, że jednostka z inicjatywą nic tu nie poradzi. Rastignac, człowiek bez majątku, dochodzi do tego samego rozpoznania i wyciąga z niego przeciwną konsekwencję: skoro reguł nie da się zmienić, trzeba wejść w nie jako pierwszy i najskuteczniej.
Dlatego warto czytać te dwa miasta razem. Warszawa Prusa pokazuje, co dzieje się z człowiekiem, który reguł miasta nie przyjmuje. Paryż Balzaka pokazuje, co dzieje się z człowiekiem, który je przyjmuje — łącznie z tym, ile go to kosztuje moralnie. Trzeciej drogi żadna z tych powieści nie proponuje i właśnie ten brak jest ich najostrzejszą tezą o nowoczesnym mieście.
Sprawdź swoją znajomość motywu miasta w zadaniach maturalnych z języka polskiego: matury-online.pl/zadania/polski/motyw-miasta.