MaturaPolski.pl Zdaj polski na 100%

Rozliczenie z mitem narodowym — Wyspiański, Żeromski, Gombrowicz

Spis treści (11)

Trzy utwory, trzy epoki, jeden gest: pokazać, że opowieść, którą naród opowiada sam o sobie, nie trzyma się rzeczywistości. „Wesele" Wyspiańskiego, „Przedwiośnie" Żeromskiego i „Ferdydurke" Gombrowicza omawia się w szkole osobno — jako dramat młodopolski, powieść polityczną i groteskę awangardową. Zestawione razem układają się w ciąg. Każdy z nich bierze inny element mitu narodowego i sprawdza, co się z nim stanie pod naciskiem.

Warto od razu powiedzieć, czym takie rozliczenie nie jest. Nie jest szyderstwem z narodu ani antypatriotyzmem. We wszystkich trzech tekstach demistyfikacja jest robotą wykonaną od wewnątrz — przez autorów, dla których sprawa polska jest na tyle ważna, że nie godzą się zostawić jej w postaci ozdobnej. Krytyka bywa tu formą przywiązania, tylko wyrażoną przez zdejmowanie warstw, a nie przez dokładanie kolejnych.

To opracowanie jest uzupełnieniem strony o ojczyźnie-matce i obowiązku. Tam motyw ojczyzny afirmuje. Tutaj sprawdzamy, ile z niego zostaje, gdy odjąć patos.

Trzy różne mity, trzy różne narzędzia

Zanim wejdziemy w teksty, trzeba rozdzielić przedmioty ataku — bo „mit narodowy" to nie jedna rzecz. Wyspiański, Żeromski i Gombrowicz nie demontują tego samego i nie robią tego w ten sam sposób. Właśnie ta różnica jest w wypracowaniu najbardziej wartościowa: pozwala zbudować pracę na kontraście, a nie na wyliczance tytułów.

  • Wyspiański rozlicza mit jedności narodowej i gotowości do czynu — przekonanie, że lud i inteligencja stanowią jeden organizm, który wystarczy zawołać. Narzędziem jest symbol sceniczny: róg, czapka, sznur, taniec.
  • Żeromski rozlicza mit odzyskanej Polski jako spełnienia — założenie, że niepodległość sama w sobie załatwia sprawę. Narzędziem jest zderzenie wizji z widokiem: szklane domy kontra grząskie miasteczko.
  • Gombrowicz rozlicza mit polskości jako naturalnej treści człowieka — przeświadczenie, że narodowa tożsamość jest w nas, a nie na nas. Narzędziem jest groteska i pojęcie formy: gęba, pupa, bratanie się z parobkiem.

Zwróćmy uwagę na kierunek. U Wyspiańskiego mit zawodzi w teraźniejszości — jest wezwanie, jest róg, nie ma czynu. U Żeromskiego mit zawodzi jako projekt przyszłości — obietnica została złożona i nie została dotrzymana. U Gombrowicza mit zawodzi na poziomie samego mówienia — okazuje się, że nie da się wypowiedzieć polskości inaczej niż cudzymi, zastanymi zdaniami.

„Wesele": rozmowa, w której obie strony mówią ponad przepaścią

Dramat otwiera scena, która wygląda na wymianę uprzejmości, a jest właściwą tezą utworu. Czepiec, chłop, pyta miejskiego Dziennikarza o wielką politykę. Dziennikarz odpowiada tak, jak odpowiada się dziecku — i w tej odpowiedzi mieści się cały program bierności inteligencji.

Dziennikarz do Czepca:

Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna.

To zdanie bywa cytowane jako ludowa mądrość o wartości spokoju. W tekście jest czymś przeciwnym: to zalecenie, żeby wieś nie interesowała się światem, wygłoszone przez człowieka, który sam zawodowo świat komentuje. Dziennikarz nie odmawia chłopu informacji przez zwykłe lekceważenie — odmawia mu prawa do polityki. Odpowiedź Czepca jest natychmiastowa i celniejsza od pytania.

Czepiec o inteligencji:

A, jak myślę, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!

„Nie chcom chcieć" to jedna z najlepszych formuł w polskiej literaturze na opisanie paraliżu woli. Czepiec nie zarzuca panom niemocy — zarzuca im brak pragnienia. To rozróżnienie jest kluczowe dla całego dramatu: w trzecim akcie okaże się, że nikt niczego nie chce dostatecznie mocno, a przeszkodą nie jest zabór, tylko wewnętrzna miękkość.

Po drugiej stronie stoi mit odwrotny — chłopomania. Gospodarz, inteligent, który ożenił się z chłopką i mieszka na wsi, wygłasza pochwałę chłopa brzmiącą jak wyznanie wiary.

Gospodarz o chłopie:

bardzo wiele, wiele z Piasta;
chłop potęgą jest i basta.

Zdanie jest szczere i całkowicie nieskuteczne. Wyspiański nie kwestionuje wartości chłopa — kwestionuje sposób, w jaki inteligencja o nim mówi. Gospodarz opisuje sąsiada w kategoriach obrazu historycznego: godność, Piast, święcie wykonywana praca. Widzi w chłopie ilustrację idei, nie partnera. Kilka scen dalej powierzy złoty róg pierwszemu napotkanemu parobkowi i nie sprawdzi, czy ten w ogóle zrozumiał, o co chodzi.

Złoty róg i czapka z piór — dlaczego mit przegrywa z rekwizytem

Sekwencja z Wernyhorą to moment, w którym mit dostaje szansę. Legendarny wieszcz przynosi Gospodarzowi Słowo i Rozkaz: rozesłać wici, zgromadzić lud przed kościołem, czekać w ciszy, a na dany znak zadąć w złoty róg. Instrukcja jest bardzo konkretna — i dokładnie dlatego nadaje się do sprawdzenia. Mit przestaje być nastrojem, a staje się zadaniem z terminem wykonania.

Gospodarz nie wykonuje go sam. Przekazuje róg Jaśkowi, drużbie, z poleceniem, by ten leciał nie zatrzymując się nigdzie po nic. Jasiek w drzwiach zawraca — po czapkę z pawim piórem, którą upuścił. Ten jeden gest przesądza o finale. Chłopak nie zdradza i nie tchórzy: schyla się po ozdobę, bo ozdoba jest oznaką jego świeżo zdobytej godności drużby. Zgubi róg właśnie wtedy, gdy będzie się schylał po pióro.

Chochoł do Jaśka w finale:

Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.

To najostrzejsze zdanie utworu i warto czytać je dokładnie. Chochoł nie mówi „zgubiłeś" — mówi „miałeś". Oskarżenie dotyczy posiadania, nie utraty: róg był w ręku, szansa była realna. Zostaje sznur, czyli rzecz, która jeszcze przed chwilą służyła do noszenia rogu na szyi — funkcja bez przedmiotu. Cały mit narodowego zrywu sprowadza się do pustego rzemienia.

Zauważmy też, kto to mówi. Nie Wernyhora, nie Rycerz, nie żadna z postaci historycznych — lecz chochoł, krzew róży owinięty na zimę słomą, przedmiot z podwórka, zaproszony na wesele dla żartu. Wyrok nad narodem wydaje rekwizyt gospodarski. Wyspiański konsekwentnie odbiera powagę wielkim zjawom, a oddaje ją rzeczom drobnym.

Chocholi taniec — diagnoza narodu czy diagnoza jednej nocy?

Zjawy drugiego aktu nie są przypadkowe. Chochoł zapowiada ich regułę od razu, gdy pojawia się o północy.

Chochoł zapowiada zasadę nocnych widziadeł:

Co się w duszy komu gra,
co kto w swoich widzi snach:
czy to grzech,
czy to śmiech,
czy to kapcan, czy to pan,
na Wesele przyjdzie w tan.

To znaczy, że widziadła nie przychodzą z zaświatów, lecz z wnętrza postaci. Dziennikarzowi ukazuje się Stańczyk, bo redaktor konserwatywnego pisma marzy o roli narodowego sumienia. Poecie — Rycerz spod Grunwaldu, bo tęskni za czynem, którego nie podejmie; gdy każe mu podnieść przyłbicę, znajduje pod nią noc. Panu Młodemu — Hetman-targowiczanin, czyli lęk przed zdradą. Dziadowi — Upiór, który przedstawia się jako Szela, przywódca rzezi galicyjskiej 1846 roku, i przychodzi umyć ręce, żeby dosiąść się do stołu.

Ta ostatnia zjawa jest dla naszego tematu najważniejsza. Szela pokazuje, że pod mitem jedności chłopsko-inteligenckiej leży niezałatwiona zbrodnia. Wesele w Bronowicach ma być pojednaniem dworu i chaty; Wyspiański przypomina, że pół wieku wcześniej chata mordowała dwór. Nikt tego nie rozliczył — więc rabacja wraca jako gość weselny i domaga się miejsca przy stole.

W trzecim akcie Gospodarz, otrzeźwiony i już spóźniony, formułuje diagnozę całości.

Gospodarz o polskiej rzeczywistości:

wszystko była maska podła:
chłopy, pany, pany, chłopy,
szable, godła, herby, kosy,
aż na głowie wstają włosy,
wszystko była podła maska
farbiona — jak do obrazka:
cały świat zaczarowany.

„Jak do obrazka" — to sformułowanie warto zapamiętać. Gospodarz nie mówi, że Polacy są źli. Mówi, że są pozowani: ustawieni jak do zdjęcia, w kostiumach, z rekwizytami, w kompozycji przewidzianej z góry. Szable i kosy stoją obok siebie nie dlatego, że ktoś ich użyje, lecz dlatego, że tak wygląda porządny obraz historyczny. Wyspiański, sam malarz, atakuje tu własne narzędzie.

Stąd pytanie, które w wypracowaniu robi różnicę: czy chocholi taniec jest wyrokiem na naród, czy tylko opisem jednej nocy? Tekst pozwala na obie odpowiedzi i to jest jego siła. Taniec w didaskaliach jest powolny, poważny, spokojny i pogodny — nie rozpaczliwy. To nie agonia, tylko trwanie. Naród nie ginie; naród krąży. A kogut, który pieje, i Jasiek, który krzyczy „chyćcie broni", pokazują, że gotowość istnieje — tyle że budzi się o kwadrans za późno i nikt jej już nie słyszy.

„Przedwiośnie": szklane domy, czyli mit przeniesiony w przyszłość

Żeromski ustawia sprawę inaczej. U Wyspiańskiego mit dotyczy teraźniejszości i zawodzi natychmiast. U Żeromskiego mit jest obietnicą i musi zawieść dopiero po drodze — a czytelnik przechodzi tę drogę razem z bohaterem.

Opowieść o szklanych domach pada w wagonie, w zatrutym powietrzu, z ust umierającego Seweryna Baryki. Jest to opis niemal inżynierski: kanał w kształcie litery U, prąd morski, turbiny, huta szkła, tafle formowane z roztopionego piasku, domy składane w trzy dni, ogrzewane wodą w ścianach, projektowane przez artystów. Do tego szklane szkoły, szklane kościoły, Wisła ujęta w szklane łożysko, elektryfikacja wsi. Ojciec nie sprzedaje synowi baśni — sprzedaje mu program cywilizacyjny.

Co ważne, Cezary od początku nie wierzy. Toczy z ojcem regularny spór ideowy, w którym broni rewolucji dokonanej siłą. Seweryn odpowiada mu zdaniem, które jest sercem tego sporu.

Seweryn Baryka o dwóch rodzajach rewolucji:

Rewolucją istotną i jedyną jest wynalazek. Rewolucją fałszywą jest wydzieranie przemocą rzeczy przez innych zrobionych

Ojciec przeciwstawia tworzeniu — zabieranie. Argumentuje konkretem: magnatów strąca się do piwnic, a w zrabowanych pałacach siadają nowi panowie, komisarze i naczelnicy, lud zaś po staremu mieszka w norach. To nie jest obrona własności, tylko obserwacja, że przemoc zmienia obsadę, a nie układ. I właśnie ten człowiek — trzeźwy w sporze o rewolucję — okazuje się autorem najbardziej nieprawdopodobnej fantazji w całej książce.

Zderzenie przychodzi zaraz po przekroczeniu granicy. Cezary widzi polsko-żydowskie miasteczko: grząskie uliczki, bajoro, chlewy, kałuże, kramy z oknami niemytymi od kwartałów, spalone rumowiska. Wiosna, pisze Żeromski, na próżno usiłuje osłonić to widowisko swoimi barwami.

Myśl Cezarego po wejściu do Polski:

Gdzież są twoje szklane domy?

Pytanie wraca w powieści jak refren i zmienia znaczenie. Za pierwszym razem jest zarzutem wobec ojca. Później, gdy Cezary mija nędzną wieś Odolany, wracając nad ranem z balu w pałacu, wycedzi te same słowa jako oskarżenie wobec ludzi, wśród których właśnie bawił. Mit szklanych domów przestaje być kłamstwem zmarłego i staje się miarą, którą bohater przykłada do wszystkiego, co widzi. Na tym polega jego rzeczywista funkcja: obietnica nie musi być prawdziwa, żeby być użytecznym narzędziem pomiaru.

Nawłoć — sielanka pokazana i podminowana zarazem

Druga część powieści to najbardziej podstępny fragment całości, bo Żeromski pisze dwór z prawdziwą czułością. Nawłoć jest ciepła: obiady, podwieczorki, przejażdżki, muzyka, karty, nocny podkurek, serdeczna pani Wielosławska, wesoły ksiądz Anastazy, cięta Karolina. Czytelnik ma prawo się w tym zakochać — i o to chodzi.

Pod spodem autor stale umieszcza sygnały. Cezary, jeszcze po pijanemu, ostrzega Hipolita, że za jedną srebrną cukiernicę ci sami Maciejunio i Wojciunio wywloką go do ogrodu i rozwalą mu głowę siekierą. Patrząc na stajenne konie, myśli o dniu, w którym Jędrek chwyci jaśnie pana za gardło. Jadąc lśniącą bryczką obok bosych chłopów brnących w błocie, czuje palącą chęć, żeby zejść i iść razem z nimi — po czym jedzie dalej, wygodnie.

To jest technika Żeromskiego w czystej postaci: pokazać urodę i natychmiast pokazać jej cenę. Dopełnieniem jest pobyt Cezarego na folwarku Chłodek, gdzie ogląda chaty komorników — bezrolną nędzę, w której staruszków wynosi się umierać do zimnej stodoły, a dzieci dusi błonica. Sielanka i ta stodoła leżą kilka kilometrów od siebie i należą do tego samego świata.

Warto zauważyć, że mit szlacheckiego dworu upada u Żeromskiego inaczej niż u Wyspiańskiego. Wyspiański pokazuje, że dwór nie potrafi działać. Żeromski pokazuje, że dwór żyje kosztem kogoś, kto stoi za oknem. Pierwsza diagnoza dotyczy woli, druga — ekonomii. W wypracowaniu to rozróżnienie warto postawić wprost, bo obie krytyki bywają zlewane w jedno ogólne „obnażanie wad".

Gajowiec i Baryka — spór o prawo do zwłoki

Trzecia część zamienia obrazy na argumenty. Szymon Gajowiec, wysoki urzędnik nowego Ministerium Skarbu, przedstawia stanowisko państwa: Polska jest dopiero na początku, otoczona wrogami, bez pieniędzy, z niezałatwioną kwestią rolną. Jego program mieści się w tytułowej metaforze.

Gajowiec o stanie odrodzonego państwa:

To dopiero przedwiośnie nasze. Wychodzimy na przemarznięte role i oglądamy dalekie zagony. Bierzemy się do własnego pługa, do radła i motyki, pewnie że nieumiejętnymi rękami.

Metafora jest uczciwa i zarazem wygodna. Uczciwa, bo nie obiecuje cudu — praca dopiero się zaczyna, narzędzia są liche, ręce nieumiejętne. Wygodna, bo usprawiedliwia zwłokę: skoro to dopiero przedwiośnie, każdy zarzut o rzeczy niezrobione można odbić stwierdzeniem, że jest za wcześnie. Cezary uderza dokładnie w to miejsce.

Cezary do Gajowca:

Ale ja nie chcę, nie chcę pańskich tłumaczeń. Ja chcę zaprzeczeń w czynie!

„Zaprzeczenia w czynie" to najkrótsza definicja tego, czego pokolenie Baryki domaga się od Polski. Nie zaprzeczenia słownego — dowodu. Chwilę później Cezary formułuje zarzut trafiający w sam rdzeń mitu państwowego.

Cezary o braku wielkiej idei:

Waszą ideą jest stare hasło niedołęgów, którzy Polskę przełajdaczyli: „jakoś to będzie"!

To zdanie łączy „Przedwiośnie" z „Weselem" mocniej niż jakikolwiek podręcznikowy komentarz. Czepiec mówił: „ino oni nie chcom chcieć". Baryka mówi: waszą ideą jest „jakoś to będzie". Ćwierć wieku i odzyskana niepodległość dzielą te dwie kwestie, a diagnoza jest ta sama — brak woli udający roztropność.

Gajowiec ma jednak kontrargument, którego nie wolno pominąć, bo Żeromski wyraźnie nie chce łatwego zwycięstwa jednej strony. Urzędnik odpowiada, że gdy ktoś napada nas w nocy, ideą staje się obrona; że nie ma pieniędzy na wykup ziemi; że trzeba utrzymać granice — nie dać Lwowa, Wilna, brzegu morskiego. Powieść nie rozstrzyga tego sporu. Kończy się obrazem, nie tezą.

Ostatnie zdanie powieści:

Baryka wyszedł z szeregów robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary mur żołnierzy — na czele zbiedzonego tłumu.

Ten finał jest celowo nierozstrzygnięty i tak trzeba go opisywać. Baryka wychodzi z szeregów manifestantów, więc nie idzie już z nimi; idzie „oddzielnie", ale „na czele". Naprzeciw ma nie policję, lecz oddział piechoty — wojsko własnego państwa. Żeromski nie mówi, czy bohater ma rację. Mówi, że państwo, które nie odpowiada na pytanie o nędzę, prędzej czy później zobaczy takiego człowieka przed murem swoich żołnierzy.

„Ferdydurke": polskość jako gęba, którą się nosi

Gombrowicz przenosi problem o piętro niżej. Wyspiański i Żeromski pytają, czy Polacy potrafią coś zrobić. Gombrowicz pyta, czy Polacy potrafią cokolwiek powiedzieć od siebie — i odpowiada, że nie, bo mówią zdaniami, które zostały im narzucone z zewnątrz.

Najsłynniejsza scena szkolna jest lekcją o Słowackim. Nauczyciel Bladaczka recytuje z podręcznika odpowiedź na pytanie, dlaczego Słowacki wzbudza w nas zachwyt i miłość.

Bladaczka na lekcji polskiego:

Dlatego, panowie, że Słowacki wielkim poetą był!

Argument jest kołowy: zachwycamy się, bo był wielki, a był wielki, bo się zachwycamy. To dokładnie struktura mitu narodowego — twierdzenie, które nie ma uzasadnienia poza tym, że jest powtarzane. Uczeń Gałkiewicz wyłamuje się jednym zdaniem: przecież on się wcale nie zachwyca. Reakcja Bladaczki nie jest reakcją nauczyciela literatury, lecz człowieka, który ma żonę i dziecko — czyli wyłącznie egzystencjalna. Wieszcz jest tu instytucją utrzymującą ludzi, nie doświadczeniem czytelniczym.

Teoretyczne uzasadnienie tej sceny Gombrowicz umieszcza w przedmowie do „Filidora", w passusie o Generalnym Odwrocie.

Narrator o formie narzuconej z zewnątrz:

Zrozumie syn ziemi, że nie wyraża się w zgodzie ze swoją najgłębszą istotą, lecz tylko i zawsze w formie sztucznej i boleśnie z zewnątrz narzuconej, bądź przez ludzi, bądź też przez okoliczności.

A zaraz potem pada zapowiedź konsekwencji — zdanie, które w polskim kontekście brzmi jak wyrok na całą tradycję wieszczą:

Wieszcz wzgardzi swym śpiewem. Wódz zadrży przed swym rozkazem. Kapłan zlęknie się ołtarza

Trzy filary narodowej tożsamości — poezja, dowództwo, religia — zostają wymienione jako trzy formy, które przestaną ufać samym sobie. To nie jest atak z zewnątrz. To opis mechanizmu obejmującego również tego, kto pisze.

Bolimowo — dwór, parobek i pęknięta mistyczna klamra

Wiejskie rozdziały „Ferdydurke" to najbardziej bezpośrednie rozliczenie Gombrowicza z mitem ziemiańskim, a zarazem parodia chłopomanii, którą przed nim portretował Wyspiański. Miętus chce się bratać z parobkiem, bo wierzy, że parobek jest prawdziwy — nieuformowany, autentyczny, wolny od inteligenckich fidrygałek. To dokładnie ta sama tęsknota, która w „Weselu" każe Gospodarzowi mówić, że chłop potęgą jest i basta.

Gombrowicz pokazuje, że próba jest niewykonalna z powodów strukturalnych, nie charakterologicznych. Miętus nie potrafi rozmawiać z Wałkiem inaczej niż przez rozkaz — nalej wody, otwórz lufcik, powieś ręcznik — a gdy wreszcie wyprosi u niego policzek, dostaje go na rozkaz, więc policzek nic nie znaczy. Równości nie da się zarządzić. Nawet gest zniesienia hierarchii zostaje wydany z góry.

Kulminacją jest nocna scena w kredensie, gdy wuj Konstanty i Zygmunt biją Wałka pod pretekstem kradzieży srebra. Narrator obserwuje, jak pretekst się rozpada.

Józio o tym, co naprawdę forsuje bijący dziedzic:

Zdawało się, że waląc i wywalając parobka siebie chce przeforsować, siebie, nie srebro ani majątek, lecz siebie.

Nie chodzi o srebro ani o majątek — chodzi o pańskość, polor, kulturę i rasę. Bicie jest tu aktem tożsamościowym: dziedzic potwierdza swoje istnienie, wykonując gest, który go definiuje. Gdy Wałek oddaje cios, pęka to, co narrator nazywa mistyczną klamrą spajającą oba światy, a lud wchodzi oknami. Dwór nie upada z powodów ekonomicznych ani politycznych. Upada, bo przestaje działać rytuał.

Finał całej książki jest jednym zdaniem, do którego zmierzają obie linie — szkolna i wiejska.

Zakończenie „Ferdydurke":

Gdyż nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka.

To najbardziej gorzki wynik z trzech omawianych. U Wyspiańskiego istnieje róg, którego nie zadęto — czyli szansa. U Żeromskiego istnieje mur, na który można iść — czyli decyzja. U Gombrowicza nie ma wyjścia poza formę, jest tylko wymiana jednej gęby na drugą. Mit narodowy nie zostaje więc obalony; zostaje pokazany jako jedna z gęb, które i tak trzeba nosić.

Warto dodać zdanie zdziecinniałego uczonego z noweli o Filidorze, bo streszcza metodę pisarza w pięciu słowach:

Wszystko podszyte jest dzieckiem.

Pod każdą dorosłą, honorową, narodową formą siedzi coś niedojrzałego, co ją kompromituje. Markiz broniący honoru żony, uczony broniący syntezy, dziedzic broniący rasy — wszyscy zachowują się jak dzieci przebrane za dorosłych. To najkrótsza definicja tego, co Gombrowicz zarzuca polskiej powadze.

Trzy demistyfikacje — czym się różnią

Zestawienie pokazuje przesunięcie, którego nie widać przy osobnym czytaniu. Nie chodzi o to, że kolejni autorzy krytykują coraz mocniej. Chodzi o to, że przenoszą krytykę na coraz głębszy poziom.

  • „Wesele" — mit zawodzi na poziomie czynu. Wezwanie jest, ludzie są, róg jest w ręku. Brakuje woli, więc zostaje sznur.
  • „Przedwiośnie" — mit zawodzi na poziomie obietnicy. Szklane domy nie powstały, a odzyskane państwo tłumaczy się zamiast działać. Zostaje pytanie „gdzież są" jako narzędzie pomiaru.
  • „Ferdydurke" — mit zawodzi na poziomie języka. Nie da się powiedzieć „Słowacki był wielkim poetą" tak, żeby to znaczyło coś własnego. Zostaje gęba.

Jest też różnica w tym, kogo autorzy oszczędzają. Wyspiański nie oszczędza nikogo, ale najmocniej uderza w inteligencję — to ona nie chce chcieć, to Gospodarz oddaje róg, nie sprawdziwszy komu. Żeromski nie oszczędza ziemiaństwa ani rządu, lecz zostawia Gajowcowi prawdziwe argumenty, a Barykę stawia przed murem bez rozstrzygnięcia. Gombrowicz nie oszczędza nawet siebie — narrator jest częścią mechanizmu i ucieka, jak sam pisze, z gębą w rękach.

Wspólny jest natomiast jeden rys, który w wypracowaniu warto nazwać wprost: we wszystkich trzech utworach narodowa forma trwa dłużej niż narodowa treść. Szable i godła wiszą na ścianie, gdy nikt już nie zamierza ich użyć. Legenda o szklanych domach żyje, choć jej autor zmarł, a domów nie ma. Zdanie o wielkim poecie jest recytowane, choć nikt się nie zachwyca. Rekwizyt przeżywa wiarę — i to jest właściwy przedmiot rozliczenia.

Jak pisać o rozliczeniu z mitem narodowym na maturze

  • Nazwij, który mit jest demontowany. „Krytyka Polaków" to nie teza. „Wyspiański rozlicza mit gotowości do czynu" — to już teza, którą można udowodnić.
  • Buduj pracę na kontraście dwóch tekstów, nie na wyliczance pięciu. Czepiec i Baryka wystarczą, żeby pokazać ciągłość zarzutu o brak woli.
  • Sięgaj po fragmenty psujące stereotyp: „ino oni nie chcom chcieć", „zaprzeczeń w czynie", „ostał ci sie ino sznur". Krótkie, mocne, łatwe do zapamiętania.
  • Pisz o cenie, nie o emocjach. W każdym z tych utworów ktoś płaci — Jasiek gubi róg, Karolina umiera, Wałek dostaje po twarzy.
  • Nie kończ wnioskiem, że autor „krytykuje wady narodowe". Wskaż mechanizm: forma przeżywa treść, rekwizyt przeżywa wiarę, zdanie przeżywa przekonanie.
  • Jeśli temat pozwala, zaznacz, że demistyfikacja bywa formą przywiązania. To jedno zdanie odróżnia pracę interpretującą od streszczającej.

Najczęstszy błąd w wypracowaniach o tym motywie polega na traktowaniu tych trzech utworów jako oskarżenia narodu. Żaden z nich nie jest oskarżeniem — wszystkie są sprawdzeniem. Wyspiański sprawdza, co się stanie, gdy podać komuś róg. Żeromski sprawdza, co się stanie, gdy przyłożyć obietnicę do widoku za oknem. Gombrowicz sprawdza, co się stanie, gdy uczeń powie, że się nie zachwyca. We wszystkich trzech przypadkach wynik jest zły — i we wszystkich trzech sam fakt przeprowadzenia próby dowodzi, że sprawy nie porzucono.

Jeśli chcesz przećwiczyć ten temat na konkretnych zadaniach maturalnych, zajrzyj do bazy zadań: zadania z języka polskiego.