Iliada — streszczenie szczegółowe
Spis treści (24)
- 1. Księga I
- 2. Księga II
- 3. Księga III
- 4. Księga IV
- 5. Księga V
- 6. Księga VI — Pożegnanie Hektora z Andromachą (początek: Glaukos i Diomedes, Hektor w Troi)
- 7. Księga VII — Pojedynek Hektora z Ajasem (wyzwanie)
- 8. Księga VIII — Zakazana bitwa: Zeus przeważa szalę
- 9. Księga IX — Poselstwo do Achillesa
- 10. Księga X — Wyprawa nocna (Dolonia, początek)
- 11. Księga XI
- 12. Księga XII
- 13. Księga XIII
- 14. Księga XIII (dokończenie) + Księga XIV
- 15. Księga XIV (dokończenie) + Księga XV
- 16. Księga XV (koniec) + Księga XVI (początek: Patrokl przed Achillesem)
- 17. Księga XVII — Walka o ciało Patrokla
- 18. Księga XVIII
- 19. Księga XIX
- 20. Księga XX
- 21. Księga XXI
- 22. Księga XXII
- 23. Księga XXIII
- 24. Księga XXIV
„Iliada” Homera to najstarszy zachowany epos europejski, opowiadający o pięćdziesięciu dniach dziesiątego roku wojny trojańskiej. Poniżej znajdziesz szczegółowe streszczenie księga po księdze — od gniewu Achillesa i zarazy zesłanej przez Apollina, przez śmierć Patroklosa i pojedynek z Hektorem, po wykup ciała syna przez Priama. Cytaty i imiona podano w klasycznym przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego.
Księga I
Poemat otwiera inwokacja: poeta wzywa boginię, by głosiła „gniew Achilla, obfity w szkody" — gniew, który ściągnął na Greków niezliczone klęski, mnóstwo dusz mężnych wtrącił do Erebu, a ciała rycerzy wydał na pastwę sępom i psom, bez pogrzebu. Tak spełniała się wola Zeusa od chwili, gdy poróżnili się sporem Agamemnon, król mężów, i waleczny Achilles. Źródłem niezgody był Feb (Apollo), syn Zeusa i Latony.
Do greckich okrętów przybył Chryzes, kapłan Apollina, z berłem i tiarą boga w ręku, przynosząc świetny okup za uprowadzoną córkę. Błagał Greków, a zwłaszcza obu Atrydów, o litość nad ojcowskim bólem. Wojsko przyjaznym szmerem opowiedziało się za uczczeniem kapłana i przyjęciem okupu, lecz Agamemnonowi mowa ta nie przypadła do serca: odprawił starca z obelgą i groźbą — dziewczyna zestarzeje się w Argos, daleko od swoich, tkając wełnę i dzieląc łoże króla. Struchlały Chryzes odszedł cicho brzegiem morza i dopiero z daleka wylał żale w modlitwie do Smintejczyka: jeśli kiedykolwiek wieńczył jego świątynie i palił mu ofiary z kozłów i wołów, niech bóg pomści łukiem zniewagę kapłana. Apollo wysłuchał: zstąpił z nieba gniewny, „jak noc posępny", z łukiem i kołczanem, w którym strzały szczękały przeraźliwie w biegu. Najpierw raził psy i muły, potem ludzi — przez dziewięć dni płonęły bezustannie stosy trupów.
Dziesiątego dnia Achilles — myśl tę wlała mu w pierś życzliwa Hera, bolejąca nad zagładą Achajów — zwołał lud na walną radę. Zaproponował, by wieszcz, kapłan albo tłumacz snów wyjaśnił, czym Feb został obrażony. Powstał Kalchas, syn Testora, najprzedniejszy z wieszczków, który znał to, co jest, co było i co będzie, i który prowadził achajskie okręty pod Troję. Zanim przemówił, zażądał od Achillesa przysięgi, że ten osłoni go słowem i ręką — wiedział bowiem, że rozgniewa męża, któremu Grecy dali władzę nad sobą, a gniew króla wobec słabszego, choćby na czas wstrzymany, znajdzie później sposobność zemsty. Achilles przysiągł na Apollina, że póki żyje, nikt — „ani sam Agamemnon" — wieszczka nie skrzywdzi. Ośmielony Kalchas wyjawił: zaraza nie jest karą za śluby ani ofiary, lecz za wzgardzenie świętym sługą. Feb nie uśmierzy gniewu, póki król nie odda Chryzeidy ojcu darmo, bez zapłaty, a do Chryzy nie popłynie święta hekatomba (stugłów).
Agamemnon zerwał się straszliwie pomieszany, z okiem błyskającym ogniem, i napadł na Kalchasa: zawsze prorokuje mu nieszczęścia. Przyznał, że wolałby zatrzymać brankę — ceni ją wyżej niż Klitajmestrę, którą pojął dziewczyną, bo równa jej rozumem, sercem, przemyślnością i pięknością — lecz odda ją, bo woli całość ludu. Zażądał jednak natychmiastowej rekompensaty: nie godzi się, by on jeden ze wszystkich Greków pozostał bez nagrody. Achilles odparł, że nazwał go w gniewie dumnym i chciwym: łupy ze zdobytych miast już podzielono i nie przystoi ich odbierać; gdy Grecy zdobędą Troję, król otrzyma zapłatę potrójną i poczwórną. Agamemnon zagroził, że jeśli Grecy nie wynagrodzą mu straty, sam weźmie gwałtem nagrodę — Achillesa, Ajasa lub Odysa. Wtedy Achilles wybuchnął: nazwał króla łakomcą i człowiekiem „bezwstydnego czoła", przypomniał, że Trojanie nie wyrządzili mu żadnej krzywdy — nie tknęli jego trzód, koni ani plonów żyznej Ftyi — a pod Troję przyszedł z dalekich stron tylko po to, by nadskakiwać czci Atrydy i mścić krzywdę jego brata. Na jego barkach spoczywa ciężar wojny, lecz przy podziale łupów lepsza część zawsze przypada królowi. Zapowiedział powrót do Ftyi. Agamemnon odparł z równym gniewem: niech jedzie — ma innych i ma Zeusa; ze wszystkich królów Achillesa nienawidzi najbardziej. I zapowiedział: skoro Feb zabiera mu Chryzeidę, on osobiście zabierze Achillesowi Bryzeidę „z pięknymi jagody" — by wszyscy poznali, kto mocniejszy, i by nikt nie śmiał się z nim równać.
Achilles zawahał się między dwiema myślami: czy dobyć miecza i rozsiekać Atrydę, czy powściągnąć gniew. Już wyciągał miecz z pochwy, gdy z nieba — z przysługi Hery, której obaj byli równie mili — zstąpiła Pallada (Atena). Widzialna tylko dla niego, pociągnęła go z tyłu za włosy. Zdumiony Achilles poznał boginię po groźnie iskrzących oczach. Atena nakazała: nie ruszaj miecza, nie zapędzaj się do krwi — lecz słów obelżywych możesz nie oszczędzać; za to posłuszeństwo czekają go kiedyś potrójne dary. Achilles uległ, wypowiadając maksymę, że nie błądzi, kto bogom ulega, a kto ich słucha, tego niebo chętniej wysłuchuje — i schował miecz, choć dalej „gniewy straszne w sercu warzył". Obrzucił króla wyzwiskami („z psim okiem, z łani sercem, bezecny opoju", „ludożerco panujący nad podłymi tłumy"), wytknął mu, że nigdy nie szedł do boju ani na zasadzki, bo drżał przed śmiercią — woli w obozie rozpościerać władzę i wydzierać łupy opornym. Następnie złożył uroczystą przysięgę na berło — które, raz odcięte toporem od pnia, nigdy już nie zakwitnie, a które noszą greccy monarchowie głoszący ludom prawa: Grecy będą wzywać Achilla, lecz próżno; gdy Hektor zacznie ich wtrącać „do wiecznej nocy", Agamemnona zgryzie żal, że nie uczcił najwaleczniejszego z mężów. Cisnął berło, nabite złotymi gwoździami, o ziemię i usiadł.
Wówczas powstał Nestor, władca Pylos, z którego ust płynęły słowa słodsze od miodu — przeżył już dwa pokolenia ludzi, a rządził trzecim. Ubolewał, jak gorzko zapłacze ziemia Achajów, a jak uradują się Pryjam i jego synowie na wieść, że zwadą poróżnili się dwaj pierwsi z Greków w męstwie i radzie. Powołał się na swój autorytet: za młodu obcował z większymi od nich — z Dryjantem, Kajneusem, Pejrytojem, Eksadiosem i Polifemem — którzy starli dumne karki Centaurom, mieszkańcom gór, a mimo to słuchali jego rad. Doradzał: niech Agamemnon, choć możny, zostawi Achillesowi dziewicę, dar, którym Grecy uczcili jego prawicę; niech Achilles nie zadziera z królem, bo żaden z królów nie jest mu równy — jeśli Pelida czyni dzielniejszym to, że jest synem bogini, to Agamemnona możniejszym czyni rozleglejsza władza. Prosił króla wprost: „złóż gniew na Achillesa — w nim jest obrona floty, w nim wojska podpora".
Agamemnon przyznał, że szanuje mądrą mowę starca, lecz zarzucił Achillesowi, że ten chce wynosić głowę nad wszystkich i przywłaszczyłby sobie najwyższą władzę — a któż będzie tak niski, by się przed nim płaszczył? Pelid przerwał mu: byłby ostatnim z ludzi, gdyby ustąpił. Zapowiedział, że o brankę bić się nie będzie — ani z nim, ani z innymi Grekami, skoro odbierają dar, który sami przyznali — ale jeśli Atryd sięgnie po cokolwiek innego z ładunku jego okrętu, włócznia natychmiast wytoczy z niego „czarną krew" na oczach całego wojska. Na tym rozjątrzeni przeciwnicy zakończyli radę. Achilles odszedł do swoich namiotów z nieodstępnym Patroklem i rotami tesalskimi; Agamemnon zepchnął okręt na morze, wybrał dwudziestu majtków, załadował hekatombę i wprowadził na pokład Chryzeidę — wodzem wyprawy do Chryzy został mądry Odyseusz. Wojsko tymczasem na rozkaz króla dokonało rytualnego obmycia, rzucając nieczystości w morze, i biło Apollinowi byki i kozy — tłuszcz skwierczał, dymy ofiarne wznosiły się do nieba.
Agamemnon jednak nie zaniechał groźby. Posłał woźnych, Eurybata i Taltybiosa, po „brankę z czarnym okiem", zapowiadając, że jeśli Achilles jej nie wyda, przyjdzie po nią sam z liczniejszą siłą, co sprawi tamtemu tym większą boleść i ohydę. Struchlali posłańcy stanęli w milczeniu przed siedzącym pod namiotem wodzem. Achilles, widząc ich trwogę, sam przemówił pierwszy: powitał ich jako posłów bogów i ludzi — nie oni winni, lecz wyniosły Atryd. Kazał Patroklowi wydać dziewczynę, lecz wziął woźnych na świadków przed niebem, ziemią i srogim królem: przyjdzie czas, gdy Achilles będzie Grekom potrzebny, a ten haniebny człowiek, niezdolny wnosić z przeszłości o przyszłości, gubi Greków, dogadzając głupiej dumie. Patrokl wydał brankę ślicznego lica; Bryzeida szła za posłańcami „niechętnymi kroki".
Achilles odszedł od swoich, usiadł samotnie na brzegu morza i tocząc hojne łzy, z wyciągniętymi rękami zaklinał matkę: skoro urodziła go na krótkie życie, niech przynajmniej Zeus da mu sławne imię i wielką cześć — a nie zaznał jej, gdy Atryd gwałtem wziął zdobycz przyznaną mu zgodnie przez greckich rycerzy. Tetyda, siedząca w głębinie u boku sędziwego ojca, usłyszała skargę i wyszła z morza „na kształt mgły", siadła przy synu i głaskała go ręką. Achilles poprosił, by poszła na Olimp i przypomniała Zeusowi dawną przysługę: gdy Pallada, Hera i Posejdon spiskowali, by zakuć go w więzy, to ona wezwała na pomoc sturękiego olbrzyma — ludzie zwą go Ajgajonem, bogowie Briareusem — silniejszego od swego ojca; na sam jego widok przelękli bogowie odstąpili od zamysłu. Niech teraz Zeus wspomaga oręż trojański i bije Greków, odpierając ich ze stratą ku nawom — niech zobaczą, jaką zapłatą jest „mądrość" ich króla, i niech Atryd pożałuje, że nie miał względu na najdzielniejszego z mężów. Tetyda, zalana łzami, rozpaczała nad losem syna: urodziła go na życie krótkie, a do tego najnędzniejsze. Obiecała wstąpić na Olimp, lecz kazała czekać: Zeus poprzedniego dnia odszedł z bogami za Ocean, na ucztę do „Etiopów czystych", i wróci dopiero za dwanaście dni. Do tego czasu Achilles ma siedzieć gniewny u floty i nie imać się broni. Tak też się stało: Achilles nie pokazywał się ani w boju, ani w radzie, lecz pogrążony w smutku „za bitwami dyszał".
Po dwunastu dniach bogowie wrócili na Olimp. Tetyda, pomna obietnicy, o rannej porze wzniosła się z morza i znalazła Kronidę siedzącego z dala od innych na szczycie Olimpu. Usiadła przed nim w pokornej postawie błagalnicy — lewą ręką objęła kolana, prawą ujęła go pod brodę — i prosiła: jeśli kiedykolwiek wsparła go czynem lub słowem, niech uczci jej syna, któremu dał wiek niedługi; niech wspomaga Trojan i daje im zwycięstwa, póki Grecy nie uczczą męstwa Achillesa. Zeus długo milczał, ważąc sprawę; Tetyda, nie puszczając kolan, zażądała wyraźnej odpowiedzi — odmowy albo zaręczenia. Kronida westchnął ciężko: prosi o rzecz twardą, bo narazi go na domowy niepokój z małżonką, która i tak wyrzuca mu sprzyjanie Troi. Kazał jej odejść, nim dostrzeże ją zazdrosne oko Hery, lecz prośbę przyrzekł spełnić i na potwierdzenie skinął głową — pieczęć ta przed bogami i ludźmi jest nieodwołalna. Gdy zmarszczył brwi, a nieśmiertelne włosy podniosły się na jego głowie, wstrząsnął się Olimp i zadrżały całe niebiosy.
Hera jednak dostrzegła ciche narady męża z Tetydą i przywitała go na tronie wymówkami: z kim spiskował, obłudnik, za jej plecami? Zeus odparł, że wiedzieć o wszystkim — to ciężar dla niej zbytni, choć mu jest żoną; co godzi się jej wiedzieć, dowiaduje się pierwsza z bogów i ludzi, ale w zamysły, które układa sam, badać się nie waży. Hera odgadła prawdę: to córka morskiego starca ściskała mu kolana i zapewne wyprosiła cześć dla syna, a klęskę dla Greków. Zeus uciął: choćby i zgadła jego wyrok — co chce, to się ziści; niech siedzi cicho i słucha rozkazu, bo przed zamachem jego ogromnej ręki nie zasłonią jej wszyscy bogowie razem. Hera umilkła, drżąc ze strachu — jej niezgięta dusza musiała ulec mężowi, a jej zmartwienie poruszyło wszystkich bogów. Wtedy Hefajstos, sławny budowniczy Olimpu, pocieszał matkę: smutno patrzeć, jak niebo różni się „dla śmiertelnych doli" — gdy niezgoda ima się samych bogów, znikną uczty i rozkosze. Radził powolność wobec Zeusa, bo rozgniewany mógłby wszystkich wytrącić z niebieskiego domu. Podał matce okrągłą czarę i przypomniał własny przypadek: gdy raz ośmielił się ją wesprzeć przeciw ojcu, ten porwał go za nogę i cisnął z niebieskiego gmachu — leciał cały dzień i wieczorem upadł na Lemnos, gdzie ducha ocucili w nim Syntyjowie. Białoramienna bogini roześmiała się i przyjęła czarę z ręki syna. Hefajstos zaczął od prawej strony roznosić bogom nektar z poświęconych dzbanów, a niebianie śmiali się do rozpuku, że tak grzecznie usługuje im kulawy („krzywonogi") Hefajstos. Biesiadowali do zachodu słońca — Apollo grał na formindze, a chór muz śpiewał na przemiany — po czym każdy bóg odszedł do własnego złotego pałacu, dzieła przemyślnego Hefajstosa, a Zeus udał się na spoczynek.
Księga II
Gdy spali bogowie i ziemscy rycerze, tylko Zeusa nie brał słodki sen: całą noc rozmyślał, jak uczcić Achilla, a zgnębić Achajów. Uznał, że dokona tego, zsyłając na Agamemnona Sen zwodniczy. Rozkazał mu lecieć do achajskiej floty i wiernie powtórzyć królowi: niech bez zwłoki wiedzie lud zbrojny do boju, bo przyszła zguba Trojan i kres długiej wojny — bogowie, przedtem niezgodni, stoją teraz w jednym zdaniu, wszystkich skłoniła Hera, a złe wisi nad Troją. Sen stanął nad śpiącym Atrydą, przybrawszy postać starca, którego król najbardziej poważał w radzie (Nestora), zganił go, że mąż rady nie powinien przesypiać całych nocy, gdy niebo oddało mu pieczę nad rządem ludzi, przekazał słowa Zeusa i odszedł, zostawiając króla rozważającego w głowie to, czego nie miało być mu dane dokonać.
Narrator komentuje wprost: głupi, uwierzył, że weźmie miasto Pryjama — bezrozumny, nie przeniknął, że Zeus zamierzył przez krwawe boje przywalić klęskami i Greków, i Troję. Agamemnon zbudził się jeszcze pełen boskiego głosu, wdział piękną nową szatę z miękkiej wełny, drogi płaszcz i kształtne obuwie, zawiesił srebrem błyszczący miecz i z dziedzicznym berłem pospieszył do floty. O świcie kazał woźnym zwoływać Achajów na zgromadzenie, lecz wcześniej zebrał osobną radę najcelniejszych wodzów przy okręcie Nestora. Opowiedział im sen i wyłożył podstęp: zanim poprowadzi lud do boju, „zgłębi serca" wojska — powie żołnierzom, by uciekali z flotą do domu, a zadaniem wodzów będzie ich od powrotu wstrzymać. Nestor poparł go wymijająco: gdyby sen taki opowiadał ktokolwiek inny, można by nim wzgardzić, ale objawił się królowi — trzeba więc myśleć, jak wzbudzić w wojsku chęć do boju.
Lud zbiegł się na brzeg jak roje pszczół wychodzące jedna po drugiej z wydrążonej skały i obsiadające wiosenne kwiaty; przodem szła Wieść, posłanka Zeusa, ziemia jękła pod ciężarem narodów, a dziewięciu woźnych z trudem uciszało wrzawę. Agamemnon wstał, wsparty na berle roboty Hefajsta — poeta wylicza jego rodowód: Hefajstos wykonał je dla Zeusa, od niego wziął je Hermejas (Argobójca), potem Pelops ujeżdżacz koni, po nim Atrej, następnie bogaty w trzody Tyestes, wreszcie Agamemnon, by hołdowały mu wyspy i kraina Argów. Król wygłosił mowę-próbę: Zeus, okrutny, obiecał mu niegdyś, że nie wróci, póki nie obali stolicy Trojan, a teraz każe płynąć do Argos bez sławy, gdy stracił już tyle ludu. Wstyd przed wiekami potomnymi: tak ogromne siły Greków prowadzą próżny bój z mniejszą liczbą mężów — gdyby oba narody policzyć, a Greków podzielić na dziesiątki i każdej dziesiątce dać jednego Trojanina za podczaszego, wielu dziesiątkom zabrakłoby podczaszych; lecz Trojan wspiera wielki lud posiłkowy. Dziewiąty rok widzi ich obozy, zbutwiały okręty, przegniły powrozy, żony znaczą dni jękami, dzieci rzewnie płaczą wyglądając ojców. Niech więc każdy wraca do ukochanej ojczyzny, bo zwycięstwa nad Troją trudno się doczekać.
Podstęp omal nie obrócił się w katastrofę: zgromadzenie, nieświadome rady wodzów, wzruszyło się jak morze wzdęte wichrami Nota i Eura, jak niwa gięta gwałtownym wiatrem — z wrzaskiem rzucono się do okrętów, kurz przesłonił niebo, oczyszczano przekopy i wyciągano belki spod naw. Powrót pewnie by nastąpił, gdyby Hera nie posłała Pallady: czyż Grecy mają uciec, zostawiając chwałę Pryjamowi, a Helenę — dla której tylu wytępił miecz — przy Troi? Atena zstąpiła do okrętów i znalazła Odyseusza stojącego w zasępieniu, nietykającego swej nawy. Wezwany przez boginię, by słodką mową wstrzymał Achajów, bohater zrzucił płaszcz (podniósł go woźny Eurybat), wziął od Agamemnona dziedziczne berło i obiegał z nim wojsko. Wodzów i przedniejszych ujmował łagodną wymową: nie godzi się im stąpać śladem ludzi podłych; król tylko doświadcza wojska i wnet ukarze opornych — nie wszystkim dano znać jego myśli. Gdy zaś dostrzegł krzyczącego prostego żołnierza, okładał go berłem i łajał: niech siedzi cicho i słucha lepszych od siebie, bo ani w boju ceniony, ani poważny w radzie. W mowie Odyseusza pada sentencja: „niedobry jest rząd wielu, niech więc jeden rządzi" — król, którego sam Zeus przyodział powagą.
Gdy wojsko wróciło na miejsca i ucichło, burzył się jeszcze tylko Tersyt — człek wielomównej gęby i niesfornego języka, stawiający się hardo samym królom, byle gryźć wyższych i budzić śmiech gawiedzi. Poeta daje mu najbrzydszy portret w całym poemacie: zezowaty, kulawy, rzadki potwór — garb spycha mu skręcone łopatki na piersi, głowa długa, spiczasta, kryta rzadkim włosem; odwieczny potwarca Odysa i Achilla. Teraz lżył Agamemnona: namiot pełen miedzi i ślicznych branek, które Grecy mu oddają po zdobyciu każdego miasta — czego jeszcze łaknie „król najchciwszy"? Grecy są podli, niegodni imienia mężów, „kobiety trwożliwe" — niech odpłyną i zostawią go samego pod Troją, by poznał, czy zdoła coś bez ich oręża. Skrzywdził przecież Achilla, męża dzielniejszego od siebie, gwałtem wydzierając mu nagrodę — i tylko gnuśności Pelida zawdzięcza, że ta zniewaga nie była jego ostatnią. Odyseusz przyskoczył do niego z groźbą: ze wszystkich, co przyszli pod trojańskie mury, nikt nie jest podlejszy — i przysiągł na imię ojca Telemacha, że jeśli Tersyt jeszcze raz rozpuści „narzędzie złości", obnaży go z szat i ochłostanego wypchnie ze zgromadzenia. Przyłożył mu berło do grzbietu — Tersyt skulił się z płaczem, na plecach wyskoczył mu guz od twardego razu, usiadł drżący i szpetnie patrząc wokoło ocierał oczy. Grecy, choć smutni, musieli się rozśmiać i chwalili Odyseusza: męstwem wsławiony w boju, roztropnością w radzie, dziś zrobił rzecz najlepszą, uskramiając zuchwałego potwarcę.
Potem Odyseusz — a przy nim Atena w postaci woźnego, uciszająca lud, by słyszeli go pierwsi i ostatni — przemówił do wojska. Grecy okryją się ohydą, łamiąc przyrzeczenie dane w Argos, że nie wrócą, póki nie zniszczą Ilijonu. Zrozumiałe, że po dziewięciu latach wzdychają do domu jak dzieci i wdowy — przykro i temu, kogo burza miesiąc trzyma z dala od żony — ale brzydko wracać z niczym po tak długim czasie. Przypomniał znak z Aulidy, którego żyjący są świadkami: gdy floty greckie zbierały się tam przed wyprawą i bito ofiary pod wyniosłym klonem przy czystym źródle, spod ołtarza wyszedł straszny smok w czerwone plamy, wspiął się na drzewo i pożarł ośmioro piskląt ukrytych w listowiu, a na koniec — dziewiątą — chwycił za skrzydło ich matkę, niosącą próżny ratunek. Zeus natychmiast zamienił smoka w kamień, a Kalchas wyłożył wieczne przeznaczenie: jak smok zadławił osiem piskląt i dziewiątą matkę, tak Grecy będą walczyć dziewięć lat, a dziesiątego roku zdobędą Troję.
Mowę Odyseusza wojsko przyjęło głośnym okrzykiem, który echem odbiły stojące przy brzegu okręty. Wtedy podniósł głos poważny Nestor i zawstydził Achajów: „jużeśmy chłopcami się stali" — gdzie się podziały obietnice, przysięgi i podane prawice? Wszystko „znikło z dymami ofiary", a kłótnie nie doprowadzą do celu. Wezwał Atrydę, by uzbroił piersi stałością i prowadził wojsko na trwałe boje, gardząc tymi, którzy ośmielają się oddzielać od rady — niech gnuśnieją podle w niemęskim próżnowaniu, i tak nie ruszą stąd kroku, aż okaże się fałsz lub prawda wyroku Zeusa. Przypomniał bowiem, że gdy Achiwowie wsiadali na okręty niosące Troi zniszczenie, niebo wróżyło pomyślne obroty, uderzając „prawymi grzmoty". Niech więc nikt nie myśli o powrocie, póki każdy nie weźmie „ładnej Trojanki w podziele", mszcząc jęki i kłopoty Heleny; a kto uporczywie żąda powrotu, niech tylko wsiądzie na okręt — wpośród morskich toni dogoni go zasłużony wyrok i kara. Na koniec dał królowi radę praktyczną: niech podzieli mnóstwo na narody, a narody na szyki, by wojownicy nieśli sobie wzajem pomoc — wtedy pozna dostatecznie, kto z wodzów i żołnierzy gnuśny, a kto dzielny, bo każdy zmierzy się na placu własną siłą; i okaże się, czy wzięciu miasta na zawadzie stoją bogowie, czy tchórzostwo ludu.
Agamemnon odpowiedział z podziwem: starzec celuje nad wszystkimi radą i wymową — gdyby Feb, Pallas i Kronid dali mu dziesięciu takich radców między Achiwami, dawno zniszczyliby „złe Dardanów plemię", a wyniosłe miasto Pryjama wbili w ziemię. Lecz syn Kronosa ukarał go bez miary, wciągając w niepotrzebne swary: skłócił się z Achillesem o dziewczynę — i tu padło znamienne wyznanie: „a jam dał przyczynę". Gdy niechęć, która się w nich wkradła, zgaśnie — zguba Dardanów i upadek Troi będą przesądzone. Rozkazał rycerzom wziąć posiłek i gotować się do walki: opatrzyć puklerze, naostrzyć dzidy, nie szczędzić obroku koniom, doświadczyć wozów i wszelkiej broni, bo „srogim Aresem" bić się będą cały dzień bez chwili wytchnienia, aż bój przerwie dopiero noc — zapocą się piersi i tarcze, zdrętwieje dłoń od rohatyny, hojny pot obleje konie. A kto się oddali od boju ku okrętom, tego nic nie ocali od zguby: dostanie się psom i sępom „na brzydką pastwę". Wojsko odpowiedziało wołaniem straszliwym jak ryk bałwanów morskich, które rozgniewany Not ciska na przybrzeżną skałę, a ta odpiera jego gniew silnym barkiem. Gromady rozeszły się do naw, zapalono ognie w namiotach i posilono ciała.
Po posiłku Nestor doradził nie tracić czasu — to chwila, którą daje łaskawy Zeus: niech woźni zwołają lud od naw na brzegi morza, a wodzowie, przechodząc gęsto ściśnione szeregi, wydadzą „znak Aresa", że pora bitwy. Atryd przyjął zdanie starca; donośni woźni krzykiem zgromadzili walecznych Achiwów, a „berłowładne króle, Zeusa zastępce" stawiali lud w orszaku i gotowali w pole. Pośród nich krążyła modrooka Pallada, niosąc w boskim ręku nieśmiertelną egidę, z której zwisa sto złotych frędzli przecudnej roboty, każda w szacunku równa stu wołom — obiegając z tą tarczą greckie roty, wlewała w piersi mężów rycerską ochotę. Wszelka chęć powrotu natychmiast ustała: wszyscy wołają wojny, wojny chęć w nich pała.
Marsz wojska poeta maluje kaskadą porównań: miedź zbroi błyszczy pod obłoki jak zajadły pożar lasu na górze, rozpościerający jasność na pola; tłumy wylewające się z naw i namiotów na brzegi Skamandru są jak stada ptaków — gęsi, żurawi i długoszyich łabędzi — zbiegające się z wrzawą na azjatyckiej łące nad wodami Kaistru; ziemia drży, gdy stąpają męże i konie. Greckich wojowników czyhających na zgubę Trojan i Troi stoi w polu Aresa tyle, ile kwiatów i liści zdobi skronie wiosny, ile much uwija się latem wokół naczynia, które pasterz napełnia słodkim mlekiem. Wodzowie rozeznają swoje roty tak, jak pasterze kozy pomieszane na pastwisku. Nad wszystkimi góruje Atryd: głowę i oko ma jak u Kronijona, kształt Aresa, a siłę piersi Posejdona — przenosi inne króle powagą, jak pyszny buhaj góruje nad stadem wypędzonym w pole; taki majestat i okazałość dał mu w tym dniu Kronid.
Przed wyliczeniem sił poeta wzywa Muzy, mieszkanki niebieskich domów, których umysł wie wszystko, gdy śmiertelnych dosięga ledwie czczy odgłos: nie zdołałby wymienić wszystkich ludzi ani szyków, „chociażbym miał ust dziesięć i dziesięć języków, i głos nieprzełamany, i piersi miedziane" — wspomnieć wodzów i nawy starczy na jego zdolność. Następuje słynny katalog okrętów. Beotów prowadzi pięciu wodzów (Penelej, Lejt, Arcesylaj, Protenor, Kloni) — pięćdziesiąt naw, a na każdej stu dwudziestu mężów; z Aspledonu i Orchomenu idą Askalaf i Jalmen, synowie Aresa, który „zdybał po kryjomu" czystą pannę Astiochę — trzydzieści naw; Focejczycy pod Epistrofem i Schediosem — czterdzieści. Lokrom przywodzi Ajaks mniejszy, syn Ojleja — nosi lniany kirys, a dzidą robi najzręczniej między Grekami — czterdzieści naw; Abantowie z Eubei pod Elefenorem, rycerze słynni z odwagi, którzy włos noszą z tyłu i walczą z bliska, rwąc dzidami pancerze na piersiach nieprzyjaciół — czterdzieści. Ateńczyków, lud z miasta Erechteja wykarmionego przez Palladę, wiedzie Menestej, syn Peteja, któremu w szykowaniu jezdnych i pieszych dorównuje tylko stary Nestor — pięćdziesiąt naw; Ajaks z Salaminy przywiódł dwanaście i postawił je przy rotach ateńskich. Z Argos, Tyryntu i okolic — osiemdziesiąt naw pod Diomedem, „zastępów nadzieją", z towarzyszami Stenelosem i Euryalem; z Myken, Koryntu i Sykionu — sto okrętów pod samym Agamemnonem, którego największą chwałą jest to, że stoi na czele tylu bohaterów i ściągnął wojsk najwięcej; z górzystego Lacedemonu — sześćdziesiąt pod Menelajem, który zapala innych do boju i sam płonie gniewem, chcąc pomścić „płacze swej żony i jęki". Nestor stawia dziewięćdziesiąt naw z Pylos i Areny — przy tej okazji poeta wtrąca historię pieśniarza Tamira, którego w tych stronach spotkała okrutna niedola: nadęty swoją sztuką chełpił się, że w pieśniach przejdzie same Muzy, a obrażone boginie oślepiły nędznika, na wieki odebrały mu głos i oniemiła jego lira. Arkadów, lud śródlądowy niećwiczony w sztuce żeglarskiej, prowadzi Agapenor na sześćdziesięciu nawach — okręty dał im sam król ludów Agamemnon; Epejów z Elidy wiodą czterej wodzowie, każdy z dziesięcioma nawami; Meges, syn Fileja, przywodzi czterdziestu nawom z Dulichionu i wysp Echinad. Odyseusz prowadzi mężnych Kefalenów — mieszkańców lesistego Nerytu, Itaki, Zakintu i Samy — na zaledwie dwunastu okrętach „z czerwonymi przody"; Toas, syn Andremona, wiedzie czterdzieści naw Etolów, bo szlachetne plemię Ojneusa wygasło i nie żył już Meleager; Kreteńczyków ze stumiastej Krety — osiemdziesiąt naw — prowadzą sławny dzidą Idomenej i Merion; Tlepolem Heraklid przywodzi na dziewięciu nawach dzielny lud Rodyjczyków.
Przy Tlepolemie poeta zatrzymuje się dłużej: ten ogromny z siły i wzrostu syn Herkulesa i Astiochei zabił nieszczęsnym przypadkiem własnego dziada (po mieczu wuja matki), podeszłego Licymna, „cne Aresa plemię" — i musiał rzucić lubą ziemię ojców, bo zemsty nad nim chcieli wnukowie Herkulesa; po długiej tułaczce przybył z ludem na Rodos, gdzie z jednego narodu powstały trzy osady, którym Zeus obficie udzielił dostatków. Z Symy przewodzi trzem nawom Nirej, syn Charopa i ślicznolicej Aglai — najpiękniejszy z Greków, którzy przyszli pod Troję, po jednym tylko Achillesie; ale przy urodzie był i niemężny, i wojska miał niewiele. Trzydzieści naw z Kos i okolicznych wysp wiodą Fidip i Antyf, wnukowie Herkulesa. Pięćdziesiąt naw z Ftyi i Hellady prowadził „Pelid niezwalczony" — to są Mirmidonowie — lecz w ich uszach zgładził się już dźwięk Aresa: nie ma wodza, który by ich wiódł w pole, bo Achilles siedzi bezczynnie na okręcie, rozgniewany o wzięcie pięknej Bryzeidy, nagrody rycerskiego znoju zdobytej, gdy po długim boju wziął Lirnes i Teby; siedzi pogrążony w okrutnym bólu — „lecz wnet się miał pokazać na marsowym polu", zapowiada poeta. Hufce z Filaki przywodził, póki żył, Protezylaj — teraz przygniatają go czarne bryły, bo gdy pierwszy z Greków wysiadał na brzeg trojański, jeden z Trojan zadał mu raz śmiertelny; pochowany niewcześnie, zostawił dom bez podpory i żonę w żałobie. Wojsku nie zabrakło wodza — stanął jego młodszy brat, mężny Podarces — ale żołnierz i tak nie był bez boleści po stracie pierwszego. Dwanaście naw wiedzie syn Admeta (Eumel), zrodzony z Alcesty, najpierwszej urodą i najmilszej z córek Peliasa. Siedem naw, po pięćdziesięciu zręcznych łuczników w każdej, należy do słynącego strzelaniem Filokteta — lecz ten leżał nieszczęśliwy na Lemnos, gdzie Achiwowie zostawili go skaleczonego jadowitym żądłem węża; poeta dodaje, że w niedługim czasie Grecy mieli sobie o nim przypomnieć i wezwać jego usługi; tymczasem ludem dowodzi Medon, syn Ojleja. Trzydzieści naw przyprowadzili Podalir i Machaon, synowie Eskulapa, lekarze zręczni w uśmierzaniu ludzkich boleści. Dalej idą: Eurypil, syn Ewemona, z czterdziestoma nawami; silny Polipet, wnuk Zeusa, syn Pirytoja i Hippodamii (poczęty w dniu, gdy ojciec ukarał srogie potwory Centaurów i przegnał ich z Pelionu), dzielący władzę z Leontejem, uczniem Aresa — czterdzieści naw; Gunej z dwudziestoma dwiema nawami, wiodący Enijenów i Perebów znad zimnej Dodony i znad Tytaresu — rzeki, która wpada do Peneju, lecz nie miesza z nim wód, płynąc wierzchem jak olej, bo wytryska ze Styksu, na którego imię przysięgają bogowie; wreszcie Protoj z czterdziestoma nawami Magnetów spod Pelionu.
Na zamknięcie katalogu poeta pyta Muzę, kto był największy z mężów, a kto najdzielniejszy z koni. Z koni — klacze Eumela, wychowane przez Feba na Pijerze: tej samej maści, tego samego wzrostu i wieku, szybsze niż ptak zmiata powietrze. Z mężów pierwszy był Ajaks — ale tylko póki gniewał się Pelid, bo Achilles brał pierwszeństwo i siłą, i wzrostem, i odwagą, i konie miał najdzielniejsze. Teraz jednak siedział gniewny w nawie, a jego wojsko, nie będące „w rycerskiej sprawie", przerywało bezczynność grą: jedni ciągnęli tęgie łuki, inni robili dzirytami albo rzucali kręgi; wozy stały w namiotach, konie pasły się obok, a smutni bohaterowie snuli się po obozie, pragnąc, by wielki wódz prowadził ich do boju. Reszta wojska szła jak niszczące kraj ogniste potopy — ziemia stękała pod stopami długim jękiem, jak wtedy, gdy Zeus ciska powtórzone pioruny w olbrzyma Tyfeja na skale Arymów.
Zeus posłał do Trojan Irydę ze straszną wiadomością. Ci właśnie radzili na dworze Pryjama, młodzi i starzy, na powszechnym zgromadzeniu. Bogini wzięła postać Polita, syna Pryjama i trojańskiego szpiega, który ufny w szybkość nóg wypatrywał ruchów Achajów ze starożytnego grobu Ezyjeta. Skarciła starców, że czas im schodzi na długich rozmowach, jakby żyli na łonie pokoju, a chwila okrutnego boju się zbliża: widziała wielkie wojska, lecz nigdy takiej liczby mężów — idą pod mury jak liście wiosny albo chmury piasku. Hektorowi poradziła: skoro w mieście Pryjama jest liczny lud posiłkowy różnych narodów i różnych języków, niech każdy wódz stanie na czele swoich i uczyni porządek do boju. Hektor poznał głos bogini: zerwano radę, chwycono za broń, otwarto bramy — męże i konie runęli hurmem w pole, a wrzask przebijał się do samych obłoków. Na pagórku za miastem — ludzie zwą go Bateją, bogowie grobem Myrynny — trojańskie zastępy wzięły się do zbroi.
Następuje krótszy katalog trojański. Na czele Trojan stoi Hektor, syn Pryjama — z nim wojska najliczniejsze i najtęższe, gorejące, by czym prędzej przelewać krew dzidą. Dardanów prowadzi Eneasz, ukochany syn Anchiza i Wenery (bogini uczyniła śmiertelnego uczestnikiem swych pieszczot i powiła mu syna na Idzie), a dzielą z nim dowodzenie Archiloch i Akamas, synowie Antenora. Lud bogatej Zelei spod Idy idzie pod Pandarem, synem Likaona, któremu sam Apollo dał łuk w drogim darze. Rycerzy z Adrastei wiodą Amfi i Adrast, kochani synowie Meropa z Perkozu — najbieglejszego z wieszczbiarzy, który przeglądając przyszłość wstrzymywał synów od wojny, „zgubnej krwi szafarki"; nie usłuchali ojca, bo ciągnęły ich Parki. Z Perkoty, Sestu, Abydos i Aryzby przybył na dzielnych koniach Azjos, syn Irtaka; Pelazgów z bujnej Laryssy wiodą Hippotous i Pilej; Traków znad szumnego Hellespontu — Pirus i Akamas; Cykonów — Eufem; Peonów z łukami — Pirechm z odległej Amidony nad Aksjuszem; mężnych Paflagonów z kraju Henetów, „gdzie mułów ród dziki" — mądry Pilemen; rycerzy z dalekiej Aliby, „gdzie srebrne są szyby" (kopalnie srebra) — Odiusz i Epistrof. Na czele Mizów stoją Chromis i wieszczek Ennom — lecz wieszczba niewiele mu w boju pomogła: poeta uprzedza, że zwali go w rzece zwycięski oręż Pelida. Frygów prowadzą Forcys i Askaniusz, Meonów spod Tmolu — Mestles i Antyf, Karów „grubego języka" z Miletu — Nastes i Amfimak, synowie Nomijona; Amfimak szedł w bój okryty złotem „jakby dziewka" — głupi, drwi narrator, złoto nie zbawi go przed śmiertelnym grotem: legnie w rzece z pocisku Achilla, a zwycięzca zabierze jego złoto w zysku. Wreszcie Sarpedon z Glaukiem ustawiają w szyki Lików znad wartkich nurtów Ksantu.
Księga III
Uszykowane wojska ruszają na siebie w znamiennym kontraście: Trojanie postępują z wrzawą jak żurawie, które uciekając przed zimą i słotą wzbijają się pod niebiosa i z brzmiącym odgłosem niosą śmierć i strach Pigmejom, wydając im bitwy, gdy spadają na nich z chmur; Grecy zaś idą w najgłębszym milczeniu, tchnący męstwem, gotowi wspierać się wzajemnym ramieniem. Spod nóg maszerujących rozciąga się szeroko tuman kurzu — jak szara mgła, którą wiatr odziewa wierzch góry, zła dla pasterzy, a od nocy lepsza dla złodziei, bo oko ledwie sięga na rzut kamienia.
Gdy armie są już blisko, przed trojańskie roty wybiega śmiałymi krokami piękny Parys — odziany w skórę pantery, zbrojny w miecz i łuk, kręcący dwoma oszczepami — i junaczy się przeciw najdzielniejszym Grekom, wyzywając, by który zmierzył się z nim w bitwie. Dostrzega go waleczny Menelaj i raduje się jak zgłodniały lew, który spotkał rogatego jelenia albo dziką kozę i rwie paszczęką zdobycz, choć gonią go rącze psy i żwawi młodzieńcy — bo chciał pomsty nad zdrajcą. Skoczył z wozu i pałając gniewem zaszedł mu drogę. Na jego widok Parys uczuł w sercu trwogę i cofnął się w zastępy, szukając schronienia dla swojej głowy — jak pasterz, który nadybał smoka w parowie i cofa się przelękniony, a blada bojaźń zimnem przeszywa mu kości i osiada na licach.
Hektor skarcił brata słowami bez litości: „podły nikczemniku, zręczny tylko do niewiast, chytry płci zwodniku" — cała jego zaleta z kształtu; oby się nie rodził i nigdy nie wchodził w śluby małżeńskie — byłoby to lepiej i dla niego, i dla Hektora, bo nie stałby się ludzkim igrzyskiem. Achajowie szydzą: postać wróżyła im, że potrafi śmiało dostać placu, lecz nie ma w sercu męstwa ani w duszy cnoty. Jak śmiał — pyta Hektor — spuszczać nawy na morze, zebrać lud do niecnej wyprawy i wykraść śliczną niewiastę, krewną dzielnych bohaterów, skąd szkoda ojcu, państwu zguba ostateczna, radość nieprzyjaciołom, a jemu hańba wieczna? Czemu nie stanął przeciw Atrydzie — doświadczyłby, jakiego męża żonę trzyma; nie wyrwie go od zguby lutnia, kształt ani trefiony włos, dary Kiprydy, w których szuka próżnej chluby. I Trojanie podli — kończy gorzko — że za tyle nieszczęść nie odziali go dotąd „w kamienną szatę" (nie ukamienowali). Parys boskiej urody przyjmuje naganę jako słuszną: serce Hektora odpiera wszystkie trudności jak siekiera cieśli ścinająca twarde dęby na okręty, tak mocny i niczym niezgięty jest jego umysł. Prosi jednak, by nie mówić z ohydą o darach Kiprydy — darów, które idą od bogów, godzi się przyjąć i nikt, kto je bierze, nie zasługuje na naganę.
I składa propozycję: jeśli Hektor żąda, stanie do bitwy — niech oba wojska spokojnie usiądą w polu, a on sam na sam rozprawi się z Menelajem „o Heleny wdzięki"; czyjej ręce przeznaczone zwycięstwo, ten przyswoi sobie i bogactwa, i żonę, po czym Trojanie będą żyć szczęśliwi w Troi, a Achajowie popłyną do Argos. Hektor ucieszył się niezmiernie: wziąwszy oszczep wpół, wyszedł między wojska hamować ich zapęd. Achajowie sypali na niego oszczepami, strzałami i gęstym głazem, póki Agamemnon nie krzyknął: nie strzelać — odważny Hektor ma coś mówić. W ciszy syn Pryjama ogłosił warunki pojedynku, a Menelaj dodał od siebie: to on ponosi z tej wojny największe strapienia — niech zginie ten z dwóch, komu śmierci życzy wyrok, a reszta niech kosztuje słodyczy ciągłego pokoju. Zażądał ofiar: białej owcy dla Słońca, czarnej dla Ziemi, trzeciej dla Zeusa — i obecności samego starego Pryjama przy zaprzysiężeniu, bo synowie jego „zmienni i niepewnej wiary", a młodzi zwykle wahają się w myślach, gdzie stary patrzy zarazem na przeszłość i przyszłość. Oba ludy ucieszyły się niezmiernie w nadziei, że nadszedł pożądany koniec wojny: wstrzymano konie w szykach, zsiadano z wozów, zdejmowano zbroje i kładziono je na ziemi. Hektor posłał dwóch woźnych do Troi po ofiary i po Pryjama, Agamemnon zaś wyprawił Taltybiosa do naw po owcę.
Tymczasem do Heleny przyszła złotopióra Irys, wziąwszy postać Laodyki, najpiękniejszej z córek Pryjama, żony Helikaona. Zastała niewiastę „przecudnego wdzięku" w domu, tkającą delikatną ręką śnieżne płótno, na którym niedoścignioną sztuką wyszywała igłą „Aresowe zapasy" Greków i Trojan — boje toczone o nią samą. Bogini wezwała ją, by wstała i zobaczyła nową postać rzeczy: ci, którzy dopiero co wściekli zaczynali bój, nagle wyrzekli się wojennego szaleństwa — dzidy tkwią w ziemi, wojsko wspiera się na tarczach, a Parys i Menelaj idą walczyć pojedynkiem o jej wdzięki; zwycięstwo uczyni ją żoną jednego z nich. Tym słowem Irys wzbudziła w Helenie czułą pamięć pierwszego męża, ojczyzny i miłych rodziców: oblewając prześliczne lice łzami i okrywszy boską twarz śnieżnymi zasłonami, poszła ku murom, a z nią dwie matrony, Ajtra i Klimena.
Przy Bramie Skajskiej, na wierzchołku wieży, siedział Pryjam, a przy nim starcy: Lamp, Ukalegon, Hiketaon, Klitios, Tymojtes, Pantus i Antenor, radca znakomity — pochyłe lata nie dawały im już działać bronią, lecz prowadzili mądre rozmowy, poszeptując jak grono koników polnych słodko gwarzących na drzewie. Ujrzawszy wchodzącą Helenę, mówili cicho do siebie słowa, które stały się najsłynniejszym hołdem dla jej urody: nie godzi się dziwić, że Grecy i Trojanie czynią bronią przez tyle lat o taką niewiastę — „istna z niej bogini!"; lecz chociaż jest taka, niech płynie do domu, niech przez nią nie ginie miasto z potomstwem. Pryjam zawołał ją serdecznie: „chodź do mnie, siądź tu, córko miła" — nie ją wini o te boje, lecz bogów, którzy zesłali na niego straszliwy pogrom. I poprosił, by wymieniała mu greckich mężów. Zaczęła się scena oglądania wojsk z murów. Na pytanie o męża, którego sama postać głosi wielkość i wspaniałość — niejeden przenosi go wzrostem, ale kształt i powaga znaczą oczywiste pierwszeństwo — Helena, łącząc skromność z wdziękiem, wyznała najpierw własny ból: obecność teścia wraża jej cześć i bojaźń; obyż była obrała śmierć, nim poszła za jego synem — dziś opuszczony mąż, bracia, jedyna córka i kochane rówiennice miłej młodości; nie chciał los, i dlatego zlewa lice łzami. To Agamemnon — odpowiedziała — król, którego panowanie szeroko się rozciąga, mąż wsławiony z dwóch miar: razem wielki król i niezwalczony wódz; „szwagrem go nazywałam przed moim zhańbieniem, jeżelim godna była zwać go tym imieniem". Pryjam zadumał się nad szczęściem Atrydy i wspomniał, jak niegdyś we Frygii widział mnóstwo wojsk Otreusa i boskiego Migdona nad brzegami Sangaru — sam złączył z nimi sprzymierzone siły w uporczywym boju z Amazonkami — lecz o ile liczniejsi są Achiwowie!
Następnie wskazał męża o głowę niższego od Agamemnona, ale o większych piersiach i szerszych ramionach, który zostawił zbroję na ziemi i obiegał zastępy jak baran ze świetnym runem obchodzący owce na murawie. To mądry Odys — odparła Helena — władca Itaki, której grunt dla skał całkiem nieużyty, lecz on sam obfituje w mądre rady i sztuki. Tu wtrącił się Antenor, potwierdzając jej słowa wspomnieniem: znał Odyseusza od dawna, bo przyjął go w swoim domu wraz z Menelajem, gdy przed wojną przybyli w poselstwie o Helenę. Gdy stali wśród skupionych Trojan, Menelaj celował wysokimi ramionami, lecz gdy siedzieli, poważniejszą postawę miał Odyseusz. Menelaj mówił krótko, ale mocno, na słowa się nie sadząc, choć młody — każdy wyraz ściśle strzegł rzeczy. Odyseusz zaś, gdy zaczynał, spuszczał oczy i trzymał berło niewzruszenie, nie chyląc go w żadną stronę — zdawało się, że sztuka mówienia jest mu obca, i niejeden sądził go za prostego nieuka; ale gdy wypuścił głos z mocno brzmiących piersi, a słowa spadały „na kształt śniegów w zimie", nikt nie umiałby mu dotrzymać i każdy zadumiewał się nad jego wymową. Pryjam zapytał jeszcze o osobę przenoszącą Achajów barkami i głową — to Ajas, „Achajów podpora warowna" — a obok niego Helena wskazała Idomeneja, który „się bogom równa". Mogłaby poznać i wymienić wielu królów, lecz na próżno szukała w tym gronie dwóch rycerzy: Kastora, ujeżdżacza niehamownych koni, i Polideuka, niezwyciężonego w walce na pięści — rodzonych braci, z jednego z nią wyszłych łona. Może nie chcieli opuścić ojczystej krainy, przenosząc luby pokój nad wawrzyny wojny — może też przybyli, lecz wstydzą się iść w pole „dla mojej niesławy". Tak mówiła — a oni już leżeli pochowani w Lacedemonie, „w rodzinnej ziemi słodkim łonie"; narrator zamyka scenę tym poruszającym sygnałem niewiedzy Heleny o śmierci braci.
Woźni nieśli już przez Troję rękojmie ugody: dwa barany i wino w kozim worze, „rozkoszny owoc ziemi, co umysł weseli"; Idaj dźwigał wielką czaszę i złote puchary. Wezwał Pryjama, by stwierdził zawarte umowy. Starzec zląkł się i zadrżał na wieść o pojedynku syna, lecz kazał zaprzęgać: z Antenorem u boku wyjechał przez Bramę Skajską między oba wojska. Rozpoczął się obrzęd przysięgi. Agamemnon dobył tasaka ukrytego przy pochwie miecza, zrzezał sierść z głów owiec, którą rozebrali między siebie wodzowie Greków i Trojan, po czym wzniósł ręce i modlił się do Zeusa rozwodzącego moc z Idy, do Słońca — „świata oka", przed którym nic nie jest tajemne — do Ziemi, Rzek i Mocy podziemnych gotujących srogą karę krzywoprzysięzcom: niech będą świadkami umów. Warunki brzmiały: jeśli Parys zabije Menelaja, zatrzymuje wszystkie skarby i żyje z Heleną, a flota grecka natychmiast odpływa do Argos; jeśli Parys zginie z ręki Menelaja, Troja odda Helenę i jej zbiory, a nadto będzie płacić należne pobory, by pamiątka tej winy przeszła do późnych lat; gdyby zaś po śmierci Parysa Pryjam lub jego synowie płacić nie chcieli — Agamemnon nie ruszy spod Troi, aż z chwałą skończy wojnę i wymusi winę. Zabił owce ostrym nożem — ostatki życia drganiem znaczyły złożone na ziemi ofiary — czerpano i wylewano wino, wzywając niebiosa na świadectwo. Pryjam zabrał głos: musi wrócić do miasta, bo widok jest zbyt bolesny dla jego duszy — nie mógłby znieść patrzenia, jak jego ukochany syn staje do pojedynku z mężnym Menelajem; Zeus i inni bogowie wiedzą, na którego z dwóch padnie srogi wyrok śmierci. Włożył święte ofiary na wóz i odjechał z Antenorem do Ilionu.
Hektor, zaszczycony z męstwa, i Odyseusz, zaszczycony z rady, rozmierzyli plac między zbrojnymi gromadami i potrząsali losami w przyłbicy, komu pierwszemu wypadnie rzucić pocisk. Oba narody wznosiły ręce do bogów z tą samą modlitwą: niech sprawca tylu nieszczęść natychmiast zginie i niech go zabierze czarne siedlisko Hadesa, a dwa narody niech złączy wieczne przymierze. Hektor, odwróciwszy oczy, wstrząsnął szyszakiem — wyskoczył los „gładkiego" Parysa. Wojska siadły w rzędach przy koniach, a równina zajaśniała od świetnej broni. Parys, „mąż prześlicznej żony", przywdział zdobiony oręż: kształtne obuwie ze srebrnymi haftkami na białe nogi, pancerz brata Likaona (akurat przypadał mu do wzrostu i miary), spiżowy miecz w srebrzystych pochwach błyszczących od gwoździ, niezłomną tarczę, szyszak z groźnie pływającą kitą i długą dzidę, którą zręcznie robił. Podobnie sposobił się Menelaj. Weszli na środek, nie znając w sercu trwogi, patrząc na siebie strasznie — oba ludy przejęło zdumienie na tak srogi widok. Pierwszy cisnął silny oszczep Parys: utrafił w środek tarczy, lecz jej nie przebił — grot zwinął się, znalazłszy odpór. Menelaj, zanim rzucił, prosił Zeusa o pomstę nad tym, co zdradził szkaradnie: niech zwodnik Parys padnie trupem z jego ręki, by przyszły wiek brzydził się każdym, kto skaził przyjaźń i obraził gościnność domu, w którym był przyjęty. Jego dzida przebiła puklerz, przedarła kirys i przewierciła szatę przy samym boku — lecz Parys schylił się zręcznie „i wydarł się śmierci". Wtedy Menelaj dobył miecza i uderzył w przyłbicę — głownia strzaskała się w sztuki i upadła na ziemię. Rozżalony bohater spojrzał w niebo z gorzką skargą: „o Zeusie, o z bogów ty najmniej litosny!" — mniemał, że z tej ręki padnie sprosny zdrajca, a tymczasem miecz prysnął w kawały, dzida niosła próżny raz i zbrodzień został cały.
Z gołymi rękami Menelaj rzucił się na przeciwnika „ledwie się nie wściecze": chwycił go za przyłbicę i powlókł ku Grekom — kształtne wiązanie hełmu dusiło Parysa pod brodą i Atryd byłby go przyciągnął, zyskując wieczną chwałę, gdyby Kiprys (Afrodyta), odwracając ostateczną zgubę, nie przecięła rzemienia z wołowej skóry. W ręce Menelaja został goły szyszak; zakręcił nim kilkakroć i cisnął między swoich, a wierni słudzy podnieśli go z pola. Gdy bohater z nową bronią ponowił zamach, bogini bez trudu wyrwała mu zdobycz: okryła „gładysza" ciemną mgłą, uniosła go z placu i posadziła w komnacie, na łożu tchnącym przyjemną wonnością. Menelaj, podobny do rozjuszonego lwa, biegał wśród zastępów, szukając Parysa — lecz nikt z Trojan nie umiał wskazać, gdzie się ukrył, a z przyjaźni nie zasłoniłby go nikt, bo wszyscy brzydzili się nim jak śmiercią. Wówczas między oba wojska wystąpił Agamemnon i ogłosił: niech słyszą Trojanie, Dardanie i ich sprzymierzeńcy — zwycięzcą jest Menelaj; niech więc wydadzą Helenę i skarby, i płacą pobory takie, by usłyszeli o nich dalecy potomkowie. Grecy zgodnie potwierdzili słowa swego króla.
Księga IV
W złotym domu Zeusa, wspartym na obłokach, zebrani bogowie radzili o wiecznych wyrokach, przepijając do siebie czaszami nektaru, który toczyła Hebe, i spoglądając na mury Troi. Zeus, chcąc rozdąsać dumną żonę, zaczął ją „przekąsać" chytrymi docinkami: Menelaj ma po swojej stronie dwie boginie, Palladę i Herę, ale te tylko przyglądają się z rozkosznych pałaców Olimpu jego rycerskim pracom — podczas gdy Kiprys, „matka śmiechów", zawsze stoi przy lubym Parysie i właśnie wydarła go bliskiej zgubie. Skoro jednak zwycięstwa Menelajowi nikt nie przeczy, trzeba radzić: rozszerzyć na nowo pożar srogich bojów, czy złączyć oba ludy wiecznym przymierzem? Gdyby bogowie to drugie pochwalili, ocalałoby możne miasto Pryjama, a Atryd wziąłby żonę bez zatargów. Hera i Pallada gryzły wargi, a w piersiach obu wrzała zaciekła złość przeciw Troi; Pallada zmilczała, choć w głębi serca zjadał ją straszliwy gniew, lecz Hera wstrzymać się nie mogła: czyż mają pójść na marne jej prace i znoje — pozajeżdżała konie, sama gromadząc greckie wojska na zgubę Troi i Pryjama? Niech czyni, co chce, ale niech wie, że różni się z całym niebem.
Zeus odpowiedział z zapałem: zajadła bogini — czym zgrzeszyli przeciw niej Pryjam i jego synowie, że tak zawzięcie dąży do zniszczenia Troi? Chyba wtedy dopiero ukoi zemstę, gdy wszedłszy w miasto, które jest „cudem Azyi", pożre surowo króla z synami i ludem. Postawił jednak warunek: niech go nasyci swoją nienawiścią, ale na przyszłość — jeśli on zechce zburzyć jakieś miasto miłe Herze, niech ona nie wstrzymuje jego gniewu i nie wstawia się za nim, bo Troję oddaje jej z niemałym zmartwieniem: ze wszystkich miast pod słońcem najmilszy jego sercu jest potężny Ilijon, król Pryjam i jego mężny lud — tam nigdy nie brakowało mu ofiar, świętych obrzędów i wszystkich względów należnych nieśmiertelnym. Hera o wielkich oczach przystała: trzy miasta kocha nad inne — Argos, Spartę i Mykeny — niech zginą, gdy staną się mu nienawistne. Jest boginią, z jednego z Zeusem rodu, czcigodną córką Kronosa i żoną władcy bogów — niech więc odtąd ulegają sobie nawzajem: ona jemu, on jej, a ich wspólnej woli nic się w niebie nie oprze. Teraz zaś niech bez zwłoki rozkaże Atenie zerwać zawartą między ludami ugodę — niech za jej namową Trojanie, łamiąc przymierze, pierwsi uderzą na wyniosłych świeżą chwałą Greków. Ojciec nieśmiertelnych chętnie się skłonił i posłał Palladę z tym właśnie rozkazem.
Wrząca z gniewu bogini zbiegła ze śnieżystego Olimpu jak gwiazda, którą Zeus zsyła na znak żeglarzom albo wojsku — sypiąca tysiącem iskier i złotym blaskiem, ściskająca serca nagłym przestrachem. Zdumienie ogarnęło oba wojska; rycerze tłumaczyli sobie znak dwojako: albo znów znaczą się krwawe bitwy, albo odrodzi się pokój — „wszak Zeus waśni ludzi i Zeus ich godzi". Pallada stanęła pośrodku hufców w postaci mężnego Laodoka i bystrym okiem wyśledziła wśród szyków Pandara, syna Likaona, otoczonego rycerzami w puklerzach, ściągniętymi znad Ajzepu. Podsunęła mu chytrą radę: niech wypuści z łuku zgubną strzałę na Menelaja — zyska u Trojan znakomitą chwałę, a od Parysa może się spodziewać wielkiego upominku; cóż by ten bohater mógł mu odmówić, gdyby król Sparty legł w smutnym grobie z jego ręki? Niech tylko ślubuje likijskiemu bogu wsławionemu łukiem (Apollinowi) hekatombę z pierworodnych jagniąt, gdy wróci do świętych grodów ojczystej Zelei. Rada bogini przypadła do serca „niebacznemu mężowi". Pandar dobył świetny łuk — łup z dzikiego kozła, którego sam niegdyś ustrzelił z zasadzki w pierś, gdy wychodził ze skały; zwierz nosił rogi długie na szesnaście dłoni, a sztukmistrz przecudnie wyrobił z nich łuk, oba końce przyozdabiając złotem. Towarzysze okryli go tarczami, by Grecy nie dostrzegli strzelca, nim grot dosięgnie Atrydy. Pandar wyjął z kołczanu strzałę jeszcze nieużywaną, nastrzępioną piórami, raniącą straszliwie — strzałę, „co tylu bólów przyczyną się stanie" — nałożył ją na cięciwę, przyrzekł Apollinowi stugłową ofiarę i napiął łuk wielkim natężeniem siły. Szczękła struna, łuk warknął i skrzydlata strzała wyleciała ku Grekom, niosąc okrutny cios.
Ale bogowie pamiętali o Menelaju: pierwsza przybiegła mu na pomoc Pallada i odpędziła grot — jak matka zgania muchę ze śpiącego dziecka — kierując strzałę tam, gdzie złoty pas, spięty na rycerzu, stawał się drugim kirysem. Cios nie został jednak odparty całkiem: strzała przedarła pas i kirys, zdziurawiła nawet miedzianą blachę chroniącą przed tysiącznymi pociskami, dosięgła ciała i rozerwała skórę — trysnęła krew na kształt purpury. Poeta zdobi ten obraz porównaniem: jak meońska czy karyjska robotnica barwi purpurą słoniową kość na ozdobę końskiego wędzidła — piękność, której tysiące pragną, lecz schowana jest w domu dla króla, chwała jeźdźca i świetność rumaka — tak krwią zafarbowały się biodra i golenie Menelaja. Agamemnon wzdrygnął się na widok krwi z rany; sam ranny zmieszał się również, lecz nabrał serca, widząc, że kolce strzały utkwiły w pasie i ledwie sięgnęły ciała. Król, czule ściskając brata w ramionach, z westchnieniem wyrzucał sobie umowy zawarte na jego zgubę — nadstawił Trojanom jego głowę za wszystkich Greków, a oni, zdrajcy, ranili go i podeptali przymierze. Lecz przysięga uczyniona w świętej wierze, poświęcenie wina, podanie prawic i krew ofiar nie pójdą na marne: jeśli pan nieba nie ukarze tej zdrady teraz, da w przyszłości okropne przykłady pomsty — na ich głowy, żony i dzieci. Agamemnon nosi bowiem w sercu pewną nadzieję, że przyjdzie dzień, gdy zginie Pryjam i jego lud, a Ilijon zagrzebie się w smutnej ruinie. Gdyby jednak Menelaj zginął marnie — z jakim bólem i w jakiej ohydzie przyszłoby wracać do Argos! Menelaj uspokajał brata: niech nie traci serca i nie szerzy trwogi w wojsku — rana nie jest śmiertelna, uratowały go pas, kirys i blacha. Atryd posłał woźnego Taltybiosa po Machaona, syna Asklepiosa, boskiego lekarza. Ten, zasmucony wieścią, przecisnął się przez wojsko z otaczającymi go mężnymi wojownikami z Tryki, wyjął strzałę z pasa (kolce skrzywiły się przy wyciąganiu), zdjął pas i blachę, wyssał krew z rany i rozlał na nią balsam o wsławionej mocy, który jego ojciec dostał od Chejrona.
Gdy opatrywano rannego, trojańskie zastępy znów się zbliżały i Grecy wzięli się do „Aresowej sprawy". Wtedy okazał się żwawy umysł Agamemnona: nie znał trwogi ani zwlekania — wysiadł z wozu (konie, z których pryskał ogień, hamował opodal powoźnik Eurymedon, syn Ptolemeja) i pieszo przechodził między greckim ludem, czyniąc przegląd wojsk. Gdzie widział serca chciwe „kurzawy i znoju", tam zagrzewał: niech szlachetny zapał nie stygnie — Kronid nie dźwignie prawicy za zdrajcami, którzy niegodnie złamali świętą przysięgę; ich ciała pójdą sępom na brzydką pastwę, a gdy padnie zburzony Ilijon, Grecy powiozą na okrętach ich dzieci i żony. Na gnuśnych zaś powstawał ostrym słowem, zapalony sprawiedliwym gniewem: „motłochu podły", czemu stoi odurzały, wystawiony na łup nieprzyjacielskiej strzały, jak łanie zmordowane długim biegiem, ledwie wspierające się na mdłych nogach, patrzące na plac bitwy z zimną trwogą w sercach? Czy czekają, aż trojańskie szeregi zastąpią całe brzegi morza — czy dopiero wtedy zechcą doświadczyć wsparcia mocnej prawicy Zeusa?
Tak obchodząc szyki, doszedł do słodkiego mówcy Nestora. Starzec stawiał swoich ludzi przy wodzach bitew świadomych — Alastorze, Hajmonie, Biasie, Pelagonie i Chromim — według przemyślnego porządku: w pierwszym rzędzie wozy z końmi, w tyle liczną piechotę ku obronie, a podejrzanych w męstwie zamknął w środku, by gnuśny, choćby nie chciał, żwawo się potykał. Jezdnym przykazał wstrzymywać rumaki i nie lecieć do boju w zmieszanych orszakach: niech żaden, zbyt ufny w sztuce jazdy i niewczesnym zapałem zagrzany, nie wybiega przed szyk na Trojan ani nie cofa kroku, bo się osłabią; kto zaś z własnego wozu dosięgnie rydwanu przeciwnika, niech wtedy robi dzidą — tak wojują męże i tymi sposoby dawni, sławni w sztuce wojennej, brali miasta i wygrywali pole. Agamemnon ucieszył się w sercu żywą radością i życzył starcowi: oby jak dusza w nim niezłamana, tak miał jeszcze dzielne siły i krzepkie kolana — lecz starość go nachyla; oby raczej gniotła innych, a on był w kwiecie lat. Nestor przyznał: wiek go osłabił — czemuż nie jest tym, którym był, gdy zabił Ereutala; ale niebo nie daje ludziom wszystkich darów naraz: wtedy był młody i silny, dziś jest słaby i stary. Mimo to będzie w boju i wesprze walczących przestrogą — to jedno jeszcze mogą starzy; dzidą niech nieprzyjaciół zmiata ten, kogo podżegają „ogniem kwitnące lata".
Król pospieszył dalej z pociechą w sercu — i trafił na obraz mniej budujący: przy Menesteju nic nie zapowiadało boju, bezczynny wódz i bezczynne wojsko ateńskie, a tuż obok stał Itak (Odyseusz), wielki radą i niezmordowany trudem, otoczony walecznymi Kefallenami. Nie doszły do nich jeszcze wojenne okrzyki, bo szyki Trojan i Greków dopiero się poruszały — czekali więc, aż jakiś inny zastęp pierwszy uderzy. Agamemnon wyrzucił im gnuśność prosto w oczy: krwi Peteja i ty, co zawsze przemyślasz chytre fortele — czemu stoicie z dala i czekacie, aż was drudzy uprzedzą do boju? Wam pierwszym należało zacząć sprawę i poruszyć w polu „Aresową kurzawę" — tak jak pierwszych przyzywam was do mojego stołu: dobrze wam smakuje zgotowana biesiada, dobrze się wino spija i mięso zjada, lecz gdy trzeba mężnie wystawić w polu życie, pozwolicie dziesięciu wodzom się uprzedzić. Odyseusza wymówki te przebodły na wskroś: do mnież, królu, obracasz tak podły wyrzut? Niech tylko zacznie się krwawy bój — zobaczy, że Odyseusz nikomu nie ustąpi kroku: „w najpierwszym rzędzie ojciec Telemacha stanie", a król będzie się wstydził za tak płoche zdanie. Atryd poczuł, że słowa te idą z gniewu, więc z uśmiechem złagodził pierwsze wyrzuty: nie łaje go ani nie grzeje do mężnego czynu — wie, że myśli Odyseusza płodne są w roztropne rady, a jego uczucia zgodne z królewskimi; niech zbyt prędkie słowo nie wzbudza niechęci i niech je bogowie na zawsze wygładzą z pamięci.
Ruszające do boju wojska poeta znów zestawia w kontraście. Greckie roty idą jak morze ozionięte ogromną paszczą wiatru: bałwany zbierają się najpierw na głębi, potem hukliwymi taranami szturmują ziemię, wzdymają się nad skaliste góry i daleko wybuchają pienistą słonością — zastęp za zastępem spieszy do boju, każdej rzeszy przoduje jej wódz, a w tylu mężach panuje najgłębsze milczenie: „sądziłbyś, że tak liczny lud mówić nie umie" — tym milczeniem szanują swoich przewodników, a wokoło rozstrzelają blask świetne zbroje. Trojanie zaś poruszają się z wrzaskiem jak owce beczące w stajni, gdy doją je z wymion, a matka odpowiada na głos jagnięcia: powietrze rozlega się niesfornymi krzykami, bo różne ludy wołają różnymi językami. Jedną stronę wspiera Ares, drugą Pallada; wszędzie krąży Bojaźń, Popłoch i Niezgoda szalona — nigdy krwi niesyta, dysząca za wojnami, sroga siostra towarzysząca srogiemu bratu: mała w początkach, wnet wzbija się w górę, nogami depce ziemię, a głowę kryje w niebie; ta wlewa w serca ludów zajadłą nienawiść i przechodząc przez roty zagrzewa do mordów. A gdy wojska zeszły się w polu Aresa, zmieszał się puklerz z puklerzem, dzida z dzidą, siła walczyła na siłę, tarcza tarła się z tarczą, pociski warczały w powietrzu — krzyczeli zwycięzcy, smutnie jęczeli zwyciężeni, a ziemia rozmiękła płynęła od krwawych strumieni. Zgiełk bitwy jest jak huk dwóch bystrych potoków, które spadając z urwisk wyniosłej opoki łączą nurty w przepaścistej dolinie, a pasterz z daleka słucha, co znaczy ta wrzawa. Kto by przeszedł po tym krwawym bojowisku — nie lękając się gęstych pocisków, niesiony przez Palladę chroniącą od szwanku — wielbiłby zarówno męstwo obu stron: tak na śmierć biegli i Trojanie, i Grecy, a pole zaległy zmieszane trupy jednych i drugich.
Księga V
Pallada zagrzała nowym ogniem Tydejdę (Diomedesa), wlewając mu w piersi własne męstwo i zapał, by przeszedł wszystkich bohaterów i zyskał wieniec nieśmiertelnej chwały. Jego puklerz i szyszak otoczyła promiennym blaskiem: ogień połyskiwał mu z czoła i ramion jak gwiazda, która w czasie jesiennym, skąpana w Oceanie, ciska żywą światłość. Tak uzbrojonego pchnęła rycerza tam, gdzie pożar wojenny szerzył się najbardziej.
Żył w Troi Dares, człowiek cnotliwy i możny, pobożny kapłan Hefajsta, ojciec dwóch synów znaczących wiele w bohaterskiej sprawie. Ci, ujrzawszy Diomedesa, odbiegli od trojańskiej rzeszy i natarli na niego z wozu — on walczył pieszy. Pierwszy uderzył Fegej, lecz raz był mylny: silny grot przeleciał nad ramieniem bez szwanku. Diomedes nie cisnął oszczepu próżno — trafił go w piersi i zwalił wpośród bojowiska. Brat (Idajos) skoczył z wozu, lecz nie śmiał bronić trupa; i on nie uszedłby czarnej śmierci, gdyby Hefajst nie ocalił go, okrywszy obłokiem — żeby smutek nie przywalił do reszty ojca. Zwycięzca zabrał ich pyszne rumaki i odesłał przez swoich żołnierzy do nawy. Na widok jednego syna Daresa w ucieczce, a drugiego rozciągniętego na piasku, zmieszali się Trojanie i trwoga padła w ich serca. Wtedy Pallada wzięła za rękę boga wojny: „Ares, Ares okrutny! Co gubisz narody, przelewasz krew, a w gruzy świetne mienisz grody" — czy bogom przystoi mieszać się do tych bojów? Niech pan nieba sam da zwycięstwo Grekom lub Troi, a oni niech ustąpią, by nie obrazić ojca. Ares, „ludzi zbojca", usłuchał: bogini wyprowadziła go daleko z pola bitwy i posadziła na brzegach kwiecistego Skamandru. Trojanie zaczęli uciekać — strach osłabił im piersi, a każdy z greckich wodzów zabił swojego rycerza.
W zajadłym boju nie sposób było rozeznać, czy Diomed walczy po greckiej, czy po trojańskiej stronie — tak wszędzie miotał się zapalony rycerz. Szedł jak rzeka wezbrana szumnymi potokami, która wyparłszy brzegi ucieka z łoża na pola, wywraca wszystkie tamy, niesie zwaliska groblom i warownym mostom, a wzdęta nagłymi ulewami Zeusa porywa pracowite zasiewy rolników: tak Tydejd gromił Trojan i pędził drżące roty — jednemu nie wystarczyłyby tysiące rycerzy. Widząc, że bohater miesza całe szyki, Pandar natężył przeciw niemu łuk i ranił lecącego na siebie męża: strzała przeszyła pancerz nad ramieniem, doszła ciała i wypłynął obfity strumień krwi. Pandar zawołał radośnie: Trojanie, wróćcie i stawcie czoła — ranny najwaleczniejszy mąż między Achiwami i niedługo przeżyje postrzał z tej cięciwy, jeśli to bóg łuku wywabił go z Likii. „Tak triumfował Pandar, ale go nie zabił." Tydejd cofnął się za wóz i wezwał Stenela, najwierniejszego w życiu przyjaciela, by wyrwał mu z barku bolesny grot; krew lunęła czarnym potokiem. Wtedy Diomedes ślubował w modlitwie do wielkiej córki Zeusa: jeśli kiedykolwiek wsparła silną prawicą jego albo ojca, niech dziś będzie mu przychylna — niech da mu położyć na pobojowisku i sama postawi pod sztych pocisku tego, który go ranił, a teraz się nadyma, że słońce na wieki zgasło przed jego oczyma.
Pallada łatwo skłoniła się do prośby: nadała szybkość jego nogom i dzielność rękom, a zbliżywszy się, rzekła: niech pewna ufność wiedzie go na Trojan, bo uczyniła go dziś rycerzem równym ojcu — takim, jakim był groźny Tydej wstrząsający puklerzem z wozu. Zdarła mu też ciemną mgłę z oczu, by rozeznawał boga od człowieka: gdyby więc który z bogów doświadczał jego dłoni, niech nie bierze się do broni przeciw nieśmiertelnym — lecz gdyby bój odwiedziła Kiprys, „na mdłą boginię możesz użyć ręki śmiało". Bogini znikła, a bohater wmieszał się między pierwszych wojowników, zapalony trzykroć większą śmiałością niż przedtem: jak lew, którego pasterz pilnujący trzody zranił, gdy wpadał do owczej zagrody — rana tym bardziej go rozjada, grzywa mu się jeży, pasterz już go nie odpiera, lecz ucieka do chaty, a przelęknione owce cisną się gromadą i kładą jedna na drugiej, gdy lew z zdobyczą przesadza wysokie płoty: tak Diomed rzucał się na trojańskie roty.
Ajnejasz (Eneasz), widząc, jak rycerz gromi zastępy, pospieszył przez krwawe pole i świszczące groty szukać Pandara. Znalazłszy męża bogom równego, zapytał: gdzież się podziały twój łuk i niechybne strzały, gdzie sława, której nikt ci nie zaprzeczał — że nad syna Likaona nie ma lepszego łucznika? Niech wzniesie ręce do Zeusa i puści strzałę na tego męża, który zwycięża i tylu wsławionych bohaterów Troi już pobił — chyba że to bóg jakiś, gniewny o ofiary, bo gniewne bogi zwykły chłostać ciężkimi karami. Pandar odparł: mąż ten ze wszystkiego — z koni, przyłbicy i puklerza — podobny do syna Tydeja, choć może i bóg wziął jego postać; a jeśli to Diomed, ma od bogów wsparcie, bo bez nich nie miotałby się tak zażarcie w boju — pewnie ktoś z nieśmiertelnych, ukryty w obłoku, odwraca strzały mierzone w jego bok. Już przecież wypuścił na niego grot, przeszył kirys i zranił ramię — już się cieszył, że tamten odwiedzi Hades — a zwalić go nie zdołał: „jakiś mi bóg niechętny musiał go ocalić". Jego strzały ruszyły już Diomeda i Atrydę, z obu dobyły krwi, lecz tylko bardziej ich rozjuszyły. Złym wyrokiem zdjął te łuki ze ściany, gdy wezwany przez szlachetnego Hektora, powolny jego chęci, szedł pod Troję; jeśli jeszcze ujrzy ojczyznę, dom luby i kochaną żonę, niech mu nieprzyjaciel głowę z karku zdejmie, jeżeli tych łuków, potrzaskanych w sztuki, nie odda ogniom — bo widzi, że nosi je jako próżny ciężar. Ajnejasz wstrzymał go: niech przestanie tak podle ich cenić; los wojny nie odmieni się inaczej, aż obaj zmierzą się z tym zajadłym rycerzem. Niech siada na wóz — doświadczy koni Trosa, jak zręcznie umieją koleją i nacierać, i bystro uciekać; te ich ocalą, jeśli Zeus zechce dać zwycięstwo Diomedesowi. Niech jeden walczy, a drugi weźmie bicz i lejce. Pandar wolał, by końmi władał Ajnejasz: pod znaną ręką wóz będzie bezpieczniejszy — gdyby konie, nie czując głosu swego pana, zbiegły się spłoszone, nieprzyjaciel zabiłby ich obu i zabrał rumaki; on sam przyjmie natarcie Tydejdy silną dzidą.
Wsiedli i polecieli bystrym pędem na Diomedesa. Dostrzegł ich mężny Stenel i ostrzegł przyjaciela: jadą przeciw niemu dwaj zapaleni mężowie, obaj zręczni i silni — Pandar, sławny syn likijskiego Likaona, i mężny Ajnejasz, syn wielkiego Anchizesa, zrodzony z Kiprydy; niech się cofną, by ślepy zapęd nie pozbawił go drogiego życia. Tydejd odparł gniewnie: niech nie kusi jego serca, bo nikt go nie zmusi do ucieczki — nienawykły drżeć ani cofać się nikczemnie, czuje w sobie nienaruszone siły. Na wóz wsiadać nie myśli: tak jak stoi, zajdzie im drogę — Pallas nie pozwala mu przyjąć w piersi trwogi. I z tych dwóch żaden nie wróci ojczyźnie koni, jeśli choć jeden wyśliźnie się z bitwy. Wydał też Stenelowi polecenie: gdy Pallas pozwoli mu obu obalić, niech przywiąże jego konie do wozu, a rumaki Ajnejasza uprowadzi ku Achajom — idą bowiem z tych, które Kronid dał (Trosowi) za Ganimeda, a pod słońcem nikt żadnym koniom nie da przed nimi pierwszeństwa. Gdy tak mówili, wrogowie nadlecieli z grzmotem kopyt. Pandar krzyknął: zuchwały Tydejdzie, jeszcze nie zaległeś ziemi od mojej strzały? Skoro łuku użył próżno, doświadczy włóczni — i cisnął długi oszczep: pocisk trafił w środek puklerza i przebił go, lecz kirysu przewiercić nie zdołał. Pandar już wołał chełpliwie: zginąłeś, grot sięgnął cię do wnętrza, ty umrzesz, a ja dostąpiłem wiecznej sławy. „Mylisz się" — odpowiedział niezmieszany Diomed: bogowie nie sprzyjają jego prawicy; ta sroga zajadłość nie odbiegnie ich obu, póki jeden nie legnie trupem i nie nasyci krwią strasznego boga wojny. To rzekłszy, chwycił silny oszczep i rzucił na Pandara — a cel nie chybił.
Oszczep, niesiony ręką samej Pallady, ugodził Pandara pod oczy: utrafił w nos, ciął język, wybił zęby i wyszedł tam, gdzie szyja łączy się z brodą. Rycerz padł, szczęknął na nim oręż i świetna zbroja, ogniste rumaki przelękły się i usunęły nagłym zwrotem w tył — a Pandar „z lubym na zawsze rozstał się żywotem". Żeby Grecy nie porwali trupa do obozu, Ajnejasz wyskoczył z wozu z długą dzidą i jak lew ufny w swą moc stanął nad poległym: obchodził go, zasłaniał wielkim puklerzem i każdemu, kto zbliżał się po zdobycz, groził śmiercią ze straszliwym krzykiem. Diomed jednak nie odbieżał placu: chwycił ogromny kamień leżący na ziemi — taki, że dwóch dzisiejszych ludzi, choćby z największą mocą, dobrze by się zapociło, nim ruszyliby go z miejsca, a on podźwignął go z bardzo małym trudem — i uderzył Ajnejasza w miejsce między biodrami a udem: głaz złamał kość, porwał żyły i rozdarł skórę. Bohater padł na kolana, podparł się ręką, a czarny cień rozwinął mu się w oczach. Zły wyrok już by go nie minął, gdyby w niebezpieczeństwie nie dostrzegła syna Kiprys — matka, która powiła go Anchizesowi, gdy ten pasł woły. Pieszczoną dłonią uchwyciła go wpół, okryła dokoła śnieżnymi zasłonami, by nikt z Greków go nie zranił i nie wydarł mu duszy, i unosiła go z pola.
Stenel tymczasem pamiętał wolę Diomeda: z dala od wrzawy Aresa przywiązał lejcem do wozu własne konie, a rumaki Ajnejasza o przepysznej grzywie czym prędzej poprowadził między greckie orszaki. Obarczył tą pracą miłego Deipila — w nim sobie najwięcej podobał, bo byli w jednym wieku i jedne mieli myśli obaj — by pognał z nimi z pola do okrętów; sam wziął lejce, wsiadł na swój pyszny wóz i wkrótce dopadł przyjaciela. A Tydejd, uzbrojony lśniącą spiżem dzidą, ścigał Kiprydę — wiedział, że to „mdła bogini". Dopędziwszy ją długim biegiem między szeregami walecznych Trojan, rzucił oszczep i dosięgnął ręki: żeleźce przebiło boską zasłonę, którą tkały same Wdzięki (Charyty), i zdarło nieco skóry. Z rany trysnęła — nie krew, lecz czysty sok (ichor): inny jest bowiem pokarm ludzi, inny władców nieba — bogowie nie znają wina i nie ciągną sił z chleba, więc krwi nie mając, wiodą żywot nieśmiertelny. Raniona Kiprys, pierwsza z bogiń urodą, krzyknęła i rzuciła syna — przejął go Apollo i obwlókł nieprzejrzanym cieniem, by greccy rycerze nie wzięli mu życia. Diomed zawołał za boginią groźnie: idź stąd, córo Zeusa — nie tu jej zalety; czy nie dość, że uwodzi słabe kobiety? Jeśli jeszcze zapragnie wojny, sama jej wzmianka „róże z twojej spędzi twarzy". Pomieszana, cierpiąca ostry ból z rany, wolnym krokiem opuściła pole.
Diomed ścigał dalej Ajnejasza, choć wiedział, że dźwiga go w ręku sam Apollo — nie uląkł się nawet wielkiego boga: pragnął zabić rycerza i odrzeć go ze zbroi. Trzykroć nacierał zabójczym dzirytem i trzykroć Feb odpierał go silną tarczą; lecz gdy „jak bóg" zagroził czwartym, zgubnym ciosem, Apollo przemówił straszliwym głosem słowa, które wyznaczają granicę całej arystei: „Umiarkuj się, Tydejdo, w szalonym zapędzie i nie chciej się z bogami w jednym stawiać rzędzie! Inny ród bogów, górne dzierżących siedlisko, inny ludzi, po ziemi wlekących się nisko". Diomed ustąpił, chroniąc się gniewu boga, „który śmiercią strzela". Apollo zaniósł Ajnejasza do Pergamu, do swojej świątyni, gdzie Troja głosi jego moc — tam pieczę nad bohaterem objęły Leto i Artemis, lecząc go we wspaniałym przysionku. By zaś złudzić Greków, Feb stworzył marę przyodzianą w postać i zbroję Ajnejasza — i wokół tego widma trojańscy i greccy rycerze tłukli długimi dzirytami ogromne puklerze i lekkie tarcze w srogiej walce.
Wtedy bóg srebrnego łuku zwrócił się do boga wojny tymi samymi słowami, którymi wcześniej Pallada: „Ares, Ares okrutny! Co gubisz narody, przelewasz krew i w gruzy mienisz pyszne grody!" — czy nie pójdzie usunąć z boju męża, który porwałby się do oręża na samego Zeusa? Najpierw zranił zuchwalec Kiprydę, potem krwawym grotem ścigał jego samego, równając się z bogami. Rzekłszy to, usiadł na wyniosłym Pergamie, a Ares, którego sercem władała zapalczywość, nie mógł dłużej spokojnie pozostać na miejscu: wziąwszy postać Akamasa, wodza Traków, zapalał bohaterów trojańskiej krainy i zachęcał szlachetnych synów Pryjama: plemię wielkiego króla — pókiż Grecy będą czynić jatki z ich rot? Czy czekają, aż bój zostanie przyparty pod same bramy? Leży przecież rozciągnięty na piasku mąż, którego czczą i kochają jak Hektora — Ajnejasz, syn Anchiza: niech wyrwą towarzysza spośród krwi i wrzasku. Tak Ares dodawał wszystkim śmiałości. Hektor skoczył z wozu, wykręcając oszczepy, obiegł liczne szyki i zachęcił do boju; ruszyli mężni Trojanie, lecz Grecy zwarli roty i sparli nieprzyjaciół „murem nieprzełomnym". Jak przy wianiu zboża, gdy Demeter ciska czyste ziarnka, a klepiska bieleją plewami — tak cały lud achajski okrył się kurzem, który twardymi kopytami wzruszały konie. Wozy wracały, jeźdźcy walczyli z nową mocą, a Ares okrył pole nieprzejrzaną nocą. Feb tymczasem, ukrywszy Ajnejasza w swoim kościele, tchnął mu w piersi ogień i postawił go na czele: towarzysze niezmiernie się ucieszyli, że wódz wrócił im pełen zdrowia, męstwa i siły — ale nikt go nie pytał, jak się ocalił: nie pozwalała bitwa, którą rozpalali Feb, Ares i krwawa Niezgoda.
Achajom przywodzili niezwalczeni mężowie: Odyseusz, Diomed i dwaj Ajasowie. Nie trwożyły ich siły trojańskie ani krzyki — stali na ich wstrzymanie jak chmury, które Zeus zawiesza u urwistych szczytów wśród cichych błękitów, gdy śpi Boreasz z innymi wiatrami rozpędzającymi najgrubsze mgły: tak stale greckie roty oczekiwały Trojan. Agamemnon obiegał szeregi, dodając ochoty: niech walczą śmiało i pokażą się mężami, a nade wszystko niech lękają się zmazać hańbą — „ludzi, cześć kochających, więcej się ochroni; dla tchórza i czci nie masz, i śmierć go dogoni". Dostrzegł ich zapalony Hektor i poleciał, napełniając pole głośnymi krzykami, a za nim tłumem pospieszyli trojańscy wojownicy. Na ich czele stanął Ares i Enijo — bogini szerząca zgiełk i smutne zamieszanie bojów; Ares, wstrząsając dzidą, by skąpać się we krwi, stąpał wielkim krokiem już przed, już za Hektorem. Na jego widok nawet Diomed uczuł w sercu drżenie: jak wędrowiec, który obiegłszy długie przestrzenie zatrzymuje się nad brzegiem niezgłębionej rzeki pędzącej nurty do morza i cofa się przerażony groźnym szumem — tak cofnął się Tydejd i zawołał między tłumem: patrzcie, jaki Hektor — jak śmiało robi dzidą, jak ściele zastępy; nieustannie zasłania go boska opieka, teraz Ares jest przy nim w postaci człowieka. Niech się cofają zwróceni czołem ku Trojanom, bo przeciw bogom ludzka prawica nic nie zdoła. Grecy, słysząc, że na czele Trojan przywodzi sam Ares, ani nie uciekali z podłą trwogą ku okrętom, ani nie nacierali — cofali się tylko niewiele kroku.
Z nieba widziała Hera, jak tysiące Achajów giną pod żelazem Hektora i Aresa, i rzekła do Pallady: można córo z głowy Zeusa zrodzona — jakże ostoi się ich obietnica, że Menelaj wróci do domu po zburzeniu Troi, jeśli Ares dłużej będzie tyle broił? Trzeba spieszyć i wstrzymać go w szalonym zapędzie. Pallada usłuchała rady królowej niebios. Hera zaprzęgła konie pod złoty szor, a śliczna Hebe wyniosła do wozu koła o ośmiu niezłomnych szprychach, krążące wartko na żelaznej osi: obwody ze złota wzmacnia spiżowa blacha, piasty są z czystego srebra, świetne rzemienie utrzymują wspaniałe siedzenie, a srebrny dyszel wybiega na przodek — do niego Hebe przywiązała złote jarzmo i bogate cugle. Pallada zaś w mieszkaniu ojca zrzuciła z siebie fałdzistą okrywkę, cudowne dzieło własnej przemyślnej ręki, i spiesząc na walkę „płodną w płacz i jęki", okryła piersi kirysem boga gromów: na groźnej egidzie wije się mnóstwo wężów, otacza ją Strach i wszystko, co dyszy na krew — Zwada, Przemoc i Napaść — a pośrodku skrwawiony znak gniewnego Zeusa: łeb srogiej Gorgony, okrutnego potworu. Na głowę wzięła mocny, czterokitny szyszak, którego nie przełamią rycerze ze stu miast, i chwyciła długą, ciężką, ogromną dzidę — tę, którą obala zastępy największych bohaterów, gdy gniew lub zemsta zapali jej serce. Hera ostrzegła biczem bystre konie; same, skrzypiąc, otwarły się podwoje niebios, których pilnują czuwającym okiem Hory — one to niebo otwierają i zamykają obłokiem.
Boginie znalazły Zeusa siedzącego na stronie, na wyniosłym Olimpie. Hera wstrzymała wóz i spytała męża: czy nie obrażają go zabójcze czyny Aresa — ilu ludzi zgubił ten srogi „poniewierca", bez ładu i prawa? Ją boleści przejmują do gruntu serca, a Kiprys i Apollo naigrawają się, pobudziwszy szaleńca. Czy obruszy gniew ojca, jeśli zrani Aresa i przymusi go ustąpić z boju? Zeus odpowiedział krótko: niech wzbudzi na niego Palladę — „nieraz mu ból zadała i teraz go zada". Uradowana Hera zacięła ogniste rumaki: leciały między ziemią a niebem gwiazdolitym szlakiem, a ile przestrzeni ogarnia wzrokiem mąż wpatrujący się w ocean z wyniosłej góry — tyle boskie konie przesadzały jednym skokiem. Przybywszy na pola trojańskie, tam gdzie Symois łączy wody ze Skamandrem, Hera wyprzęgła konie, zamknęła je w obłoku, a Symois dostarczył im słodkiego obroku. Boginie poszły cichym krokiem, jak trwożne gołębice, niosąc Grekom życzliwe prawice. Gdy dotarły tam, gdzie wokół Diomedesa stało najwięcej rycerzy — otaczających wielkiego męża jak lwy żrące ścierwo albo silne dziki — Hera przybrała kształt Stentora, co miedzianym głosem grzmiał jak pięćdziesięciu ludzi, i obudziła w Grekach męstwo: o hańbo! Grecy, którzy tylko postać macie męską — póki zwycięską prawicą gromił Achilles, Trojanie nie śmieli wyruszyć nogą z bram, taką trwogą nabawiał ich jego oręż; teraz zuchwali ocierają się już o nawy. Tymi słowy zapaliła w piersiach wojenny ogień.
Pallada zaś podeszła do Tydejda. Rycerz stał przy wozie i chłodził ranę, którą zadał mu Pandar: pod twardym rzemieniem ogromnego puklerza pot ciekł strumieniem, ręka straciła moc od długiej pracy — unosił puklerz i ocierał czarną krew. Bogini, dotknąwszy jarzma koni, rzekła z przyganą: można by wierzyć, że płynie w nim krew Tydeja? Ojciec miał umysł wielki, choć w ciele małym, i z jednakim zapałem wychodził na plac boju — nawet gdy chciała go czasem utrzymać w zapędzie, rycerz nie przestawał zżymać się w mężnym sercu: posłany do Teb jako poseł wspólnej rady Greków, miał z jej rozkazu spokojnie używać biesiady, lecz męstwo nie dało się uhamować — wyzwał wszystkich Kadmejów i nad wszystkimi odniósł zwycięstwo, bo w każdej potrzebie miał od niej wsparcie. Jego też wspiera i grzeje, by śmiało potykał się z trojańskim ludem — lecz on albo jest wysilony długim trudem, albo nikczemny strach ścina mu serce w piersiach: „jakże od siebie Tydejd różnego ma syna!" Diomed odpowiedział spokojnie: poznaje boginię, więc powie wszystko i nic nie zatai — nie osłabia go strach ani nie ima się go gnuśność; trzyma go rozkaz z jej własnych ust: zakazała podnosić dłoń przeciw bogom, pozwalając użyć broni jedynie na Kiprydę, gdyby śmiała odwiedzić krwawe boje. Dlatego sam się cofa i kazał zgromadzić się achajskiej młodzi — bo widzi, że Trojanom przywodzi tam Ares. Modrooka Pallada odrzekła: Tydejdo, sercu jej najmilszy człowiecze — niech nie boi się ani Aresa, choć bije zażarcie, ani innego boga: ma jej wsparcie. Niech zwróci dzielne rumaki wprost przeciw Aresowi i rani własną prawicą boga, który miota się jak szaleniec, w niczym nie zna statku, a obietnicą uwiązał się jej i Herze, że będzie wspierał Greków — dziś zaś, wiarołomca, jest pomocnikiem Trojan i pogromcą Greków. To rzekłszy, ściągnęła z wozu Stenela (plemię Kapaneja) — ten natychmiast wyskoczył na ziemię — i nieprzelękła siadła przy wielkim Diomedzie: oś straszliwie jękła pod ciężarem bogini i dzielnego męża. Pallada wzięła lejce i tchnąca pożarem gniewu zacięła rumaki ku Aresowi — który właśnie zwalił olbrzymiego Peryfanta, Etola, syna Ochezjosa, i zdzierał z zabitego krwawy łup. Pędząc na niego, bogini wdziała na głowę „niewidkę Aidową" (czapkę Hadesa), by ukryć się przed wzrokiem boga wojny. Ares dostrzegł jadących śmiało przeciw sobie i porzucił ciało zabitego Peryfanta.
Bóg wojny pierwszy cisnął oszczep, pewny, że tym grotem powali Diomeda, lecz Pallada, siedząca na wozie, chwyciła pocisk lecący nad jarzmem i lejcem i odwróciła go na bok, czyniąc zamach Aresa daremnym. Wtedy z kolei ugodził Diomed: niesiony ręką bogini oszczep trafił tam, gdzie pas okrywa podbrzusze, rozdarł boską skórę — a Pallada wyrwała grot. Ares zaryczał z bólu tak doniośle, jakby dziewięć czy dziesięć tysięcy ludzi krzyknęło razem w bitewnym zwarciu; obu wojskom, Grekom i Trojanom, zimny strach przeniknął serca, gdy „niesyty boju" bóg ryknął. Diomedowi wydał się Ares mglistą chmurą, gdy wstępował do nieba uniesiony obłokiem. Odpędziwszy gromcę mężów z pola, Hera i Pallada wróciły do domu Zeusa — i tym kończy się arysteja Diomedesa.
Księga VI — Pożegnanie Hektora z Andromachą (początek: Glaukos i Diomedes, Hektor w Troi)
Bogowie wrócili na Olimp i odtąd los wojny chwiał się raz na jedną, raz na drugą stronę, gdy między korytami Symoentu a Ksantu (Skamandra) latały spiżowe dziryty. Ajaks, syn Telamona — „mur Greków" — przełamał szyk trojański i odżywił nadzieję swoich, kładąc trupem Akamasa, syna Eusora, najdzielniejszego z Traków: włócznia przeszła przez przyłbicę aż do czoła i zgruchotała kości. Tu wraca okrutny ton wojny totalnej. Menelaj pochwycił żywcem Adrasta, którego konie, spłoszone, rozbiły wóz o pniak i zrzuciły pana twarzą w piach. Adrast objął kolana Atrydy i błagał o życie, obiecując hojny okup z bogactw zamożnego ojca — złota, miedzi, żelaza. Menelaj, „łzą i prośbą tknięty", już kazał odprowadzić jeńca ku okrętom, gdy nadbiegł Agamemnon i ostro skarcił brata za „miękką litość": niech żaden Trojanin nie ujdzie śmierci, nawet dziecko w łonie matki, niech wyginą bez pogrzebu i śladu. Słowa odmieniły Menelaja — odepchnął błagającego, a Agamemnon utopił mu dzidę w piersi, po czym, nastąpiwszy nogą na trupa, wyrwał pocisk. Nestor wzmacnia tę bezwzględność praktyczną radą: nie czas teraz łupić zabitych, najpierw słać wroga trupem — łupy zbierze się później.
Trojanie omal nie schronili się za mury, gdy zatrzymał ich Helenos, najlepszy z wieszczów. Polecił Eneaszowi i Hektorowi powstrzymać pierzchający lud przed bramami, by hańba nie padła na wojsko ginące na rękach żon, a Hektorowi kazał iść do miasta: niech matka Hekabe zwoła czcigodne matrony, zaniesie do świątyni Pallady najpiękniejszą, największą szatę ze swych zbiorów i złoży ją na kolanach bogini, ślubując ofiarę z dwunastu rocznych, jarzmem nie tkniętych cielic — byle Atena oddaliła od murów Diomeda, który „wszędzie strach i pogrom nieci". Hektor usłuchał i ruszył zagrzewać roty.
Tymczasem na placu spotkali się Glaukos (syn Hippolocha, wódz Lików) i Diomed, obaj chciwi walki. Diomed, pomny przestrogi Pallady, że na bogów ręki podnosić nie wolno, zapytał najpierw przeciwnika o ród — czy nie jest bóstwem, bo na nieśmiertelnych grotów nie ciska. W odpowiedzi padają słynne słowa o znikomości ludzkiego losu: „Jako się liście rodzi, tak i ludzkie plemię; jako wiatr liście wstrząsa, okrywa nim ziemię (…) jedno plemię się rodzi, a drugie wymiera". Glaukos wywodzi jednak swój rodowód: z miasta Efir w Argolidzie, od mądrego Syzyfa, przez Glauka do Bellerofonta. Tego pięknego i zacnego młodzieńca fałszywie oskarżyła Anteja, żona króla Projta, gdy wzgardził jej miłością; Projt, nie chcąc sam zbroczyć rąk, wysłał go do Licji z listami, w których „śćmierć dla zacnego młodzieńca wyryta" — licząc, że teść go zgubi. Król Licji gościł przybysza dziewięć dni, a dziesiątego, przeczytawszy złowrogie znaki, zaczął zlecać mu śmiertelne próby: Bellerofon zabił Chimerę (z przodu lew, w środku koza, od spodu smok, ziejącą ogniem), pokonał Solimów i Amazonki, wybił zasadzkę najprzedniejszych Lików. Uznany za potomka bogów, dostał królewską córkę, pół królestwa i najlepszą ziemię; z małżeństwa przyszły troje dzieci — Laodamija, Izander i Hippoloch, ojciec Glauka, który posyłając syna pod Troję kazał mu zawsze celować w męstwie i nie kalać krwi przodków.
Słysząc to, Diomed uradował się: utknął dzidę w ziemię i odkrył, że łączy ich dziedziczna gościnność — jego dziad Ojnej przez dwadzieścia dni podejmował Bellerofonta i wymienili dary (złoty kielich za purpurowy pas). Skoro więc są „od przodków gośćmi", nie godzi się im walczyć ze sobą — niech każdy bije innych wrogów. Na przypieczętowanie przyjaźni zamienili zbroje, lecz Zeus odjął Glaukowi rozsądek: oddał złotą zbroję wartą stu wołów za miedzianą wartą dziewięciu.
Hektor stanął pod bukiem przy Bramie Skajskiej, gdzie obległy go trojańskie żony i córki, dopytując o losy synów, braci i mężów; on kazał wszystkim modlić się do bogów, bo nad wieloma wisiał już wyrok śmierci. W pałacu Pryjama — wspaniałym gmachu, gdzie pięćdziesiąt komnat synów i dwanaście komnat zięciów otaczało dziedziniec — zabiegła mu drogę matka, czule ujmując go za rękę: chciała przynieść wina, by pokrzepiło zmęczonego i posłużyło ofierze dla Zeusa. Hektor odmówił — wino osłabiłoby go do boju, a krwią zbroczony i z nieobmytymi rękami nie śmie składać czci bogu. Powtórzył polecenie Helenosa: niech matka z matronami zaniesie najpiękniejszą szatę Atenie i ślubuje dwanaście cielic, by oddaliła Diomeda; sam zaś idzie wezwać do boju Parysa, sprawcę nieszczęść Troi, życząc mu, by go ziemia pożarła. Hekabe rozesłała służebne po matrony, a sama wybrała ze skarbca jedną z różnobarwnych zasłon roboty sydońskich niewiast — tych, które Parys przywiózł z wyprawy po Helenę — świecącą jak gwiazda, najcenniejszą, i poniosła ją w darze. W świątyni na zamku kapłanka Teano, żona Antenora, przyjęła szatę, złożyła ją na kolanach bogini i modliła się, by Pallada złamała oszczep Diomeda i powaliła go przed Skajską Bramą — za co Trojanki ślubowały jej dwanaście rocznych, jarzmem nie tkniętych cielic. Bogini jednak nie wysłuchała modlitwy: na ich głosy „ucho było zamknięte".
Hektor tymczasem poszedł do pałacu Parysa — gmachu, którego kształt sam Parys wymyślił. Zastał brata pod domowym cieniem, jak gładził puklerz, kirys i krzywy łuk, a Helenę pośród licznych służebnic, którym rozdzielała robotę. Gniewnie napadł na niego: „Opętańcze", czyż pora teraz dąsać się, gdy lud ginie pod murami — to przez Parysa toczy się wojna i spadają na Troję wszystkie klęski; sam by takich łajał, co unikają bitwy, niech więc co prędzej wyjdzie, nim ogień strawi miasto. Parys przyznał słuszność wyrzutu, lecz wyjaśnił, że pole opuścił nie z gniewu na ziomków, ale by w cichości przeboleć klęskę pojedynku; teraz żona namawia go słodkim słowem, a i sam ma ochotę spróbować szczęścia orężem — niech Hektor zaczeka, aż się zbroi, albo idzie przodem, a on dogoni.
Hektor nie odrzekł nic, lecz odezwała się Helena — z gorzkim samooskarżeniem nazywając siebie „sprawczynią zguby", życząc, by w dniu narodzin porwał ją wicher między skały albo pochłonęło morze, nim doszło do takich kroków; żałuje, że los nie złączył jej z mężem czulszym na wstyd. Prosi szwagra, by usiadł i odpoczął, bo on jeden tyle trudu znosi dla występku Parysa i jej niesławy — a kiedyś ich hańba stanie się przysłowiem. Hektor odmawia: słodkie są jej słowa, lecz serce rwie się stanąć na czele Trojan, którzy czekają jego oręża; niech raczej ona zagrzeje męża, by porzucił gnuśność. Sam chce wpierw odwiedzić dom — zobaczyć żonę i dziecię, bo nie wie, czy wróci żywy, czy padnie pod grecką bronią.
Andromachy nie zastał jednak w domu: wieść o naporze Greków pognała ją na wieżę ilijońską z synkiem i służącą, gdzie trapiła się płaczem „podobna odeszłej od siebie kobiecie". Szafarka tak wyjaśniła, gdzie pobiegła. Hektor zawrócił przez miasto i pod samą Bramą Skajską, gdy już miał wyjść w pole, zabiegła mu drogę żona — Andromacha, córka Etiona, władcy Teb pod Plakos, pana Kilików. Mamka niosła na ręku ich jedynaka, maleńkiego jak wschodząca zorza: Hektor nazywał go Skamandriosem, inni Astianaktem — „Władcą Miasta" — bo to on sam strzegł murów Ilionu. Rycerz w milczeniu uśmiechnął się do syna, a Andromacha, lejąc łzy, ujęła go za rękę. Jej skarga to jedno z serc poematu: „Mężu! Męstwo cię twoje zgubi nieodwłocznie" — Achaje runą na jednego i odbiorą mu życie; jeśli ma go stracić, lepiej niech sama legnie w grobie, bo nie zostanie jej już żadna pociecha. Wylicza swoje sieroctwo: ojca zabił Achilles, gdy obrócił Teby w perzynę; siedmiu jej braci posłał jednego dnia do podziemia, gdy paśli woły na górach; matkę uprowadził z łupem, puścił za okupem, lecz tę w domu ojca strzałami zabiła „bogini lasów" (Artemida). Dlatego: „Tyś mi ojcem, tyś matką, kochany Hektorze, tyś mi bratem, ty mężem" — niech zostanie na wieży, nie czyni jej wdową, a syna sierotą.
Hektor odpowiada z czułością, lecz nieugięcie: czułby się okryty hańbą przed Trojanami i Trojankami, gdyby chronił się z dala od boju jak tchórz; serce nie pozwala mu się „upośledzać" — musi walczyć w pierwszym szeregu, dźwigając chwałę własną i ojca. Wie, że nadejdzie dzień, gdy padnie „święte Ilijon", zginie Pryjam i jego lud — ale nie tak boli go zguba Troi, ojca, matki i braci, jak los samej Andromachy: gdy któryś z Greków uprowadzi ją w niewolę, każe nosić wodę ze źródła Messeidy albo Hyperei i tkać pod rozkazem obcej pani, a patrząc na jej łzy powie: „Oto żona Hektora, co pierwszy był wśród Trojan" — i ból odnowi się w jej sercu. Woli wprzód paść trupem i być przysypany ziemią, niż usłyszeć jej jęki i ujrzeć jej więzy.
Wyciągnął ręce po syna — lecz dziecię z krzykiem przytuliło się do piersi mamki, przestraszone błyszczącą miedzią i kitą falującą na szczycie przyłbicy. Rodzice roześmiali się z tej próżnej bojaźni; Hektor zdjął hełm i położył go lśniący na ziemi, ucałował dziecko, kołysał je i modlił się do Zeusa i bogów: niech syn będzie wśród Trojan sławny jak on, niech z mocą dziedziczy dziadowskie berło, a gdy wróci z boju z krwawą zdobyczą, niech ktoś powie „on ojca przewyższa" — i niech to słowo uraduje serce matki. Oddał syna młodej żonie, a ta przyjęła go „z płaczliwym uśmiechem", tuląc do łona. Wzruszony Hektor pogłaskał ją i pocieszał: niech los tak jej nie boli, bo nikt nie pośle go do Hadesu wbrew wyrokowi, a wyroku nie ujdzie ani bohater, ani gnuśnik; niech wróci do domu, do kądzieli i wrzeciona, i pilnuje robót służebnic — „o wojnie męże niech pomną, a najszczególniej Hektor". Włożył znów ogromną przyłbicę. Andromacha odeszła, oglądając się za każdym krokiem i zalewając łzami; w domu służebnice, widząc panią we łzach, opłakiwały Hektora jeszcze żywego, nie spodziewając się, że wróci z pola cało.
Wreszcie i Parys, zbrojny w błyszczącą miedź, ruszył pełen ufności w swą rączość — porównany do wypasionego konia, który zerwawszy uwiązanie pędzi przez pole, dumnie potrząsając grzywą, ku znanym pastwiskom i rzece. Dogonił Hektora w tym samym miejscu, gdzie ów rozstał się z żoną, i spytał, czy nie zwlekał zbyt długo. Hektor odrzekł, że nikt rozsądny nie odmówi mu rycerskiej zdatności — ma serce, lecz z własnej woli poddaje się gnuśności; jego, Hektora, boli, gdy słyszy Trojan szarpiących sławę brata. Lecz pogodzą się, gdy Zeus pozwoli poświęcić bogom czarę wina za odpędzenie Achajów od Troi.
Księga VII — Pojedynek Hektora z Ajasem (wyzwanie)
Obaj bracia wypadli z bramy chciwi boju, a ich przybycie ucieszyło Trojan jak żeglarzy, zmęczonych długim wiosłowaniem, cieszy pomyślny wiatr. Gdy Pallada ujrzała, jak biją Greków, zbiegła z Olimpu ku murom Troi; lecz dostrzegł ją Apollo, pragnący zwycięstwa Trojan, i wyskoczył z wieży Pergamu. Spotkali się przy buku Zeusa. Feb zagadnął pierwszy: po co przyszła rozgniewana — czy dać Grekom zwycięstwo, bez litości dla ginących Trojan? Lepiej dziś wstrzymać wojnę, a narody znów chwycą za broń później, aż Troja legnie w gruzach, skoro boginie tak na nią zawzięte. Pallada przyznała, że ta sama myśl ją sprowadziła, i spytała, jak zatrzymać zajadłość obu wojsk. Apollo poradził: wzbudźmy w Hektorze męstwo, by wyzwał jednego z Greków na pojedynek sam na sam.
Zamysł bogów przeniknął wieszczek Helenos i przystąpił do Hektora: jako brat radzi mu — równemu w radzie Zeusowi — wstrzymać oba wojska i wyzwać najdzielniejszego z Greków, bo losy nie skazują go dziś na śmierć; słyszał bowiem głosy samych bogów. Uradowany Hektor pochwycił oszczep w pół, wstrzymał Trojan, a Agamemnon powściągnął Greków. Apollo i Pallada, niczym dwa sępy, usiedli na buku Zeusa, pasąc oczy nowym widokiem; oba zastępy zasiadły gęsto najeżone dzidami i przyłbicami, srogie jak morze marszczone wianiem Zefiru. Hektor stanął w środku, wyzbyty wszelkiej bojaźni: Zeus uczynił przymierze próżnym i gotuje obu narodom nieszczęście, aż albo Grecy zdobędą Troję, albo zginą przy okrętach. Niech więc wystąpi najwaleczniejszy z nich i zmierzy się z Hektorem. Z Zeusem na świadka stawia warunki: jeśli zginie, przeciwnik weźmie zbroję, lecz ciało odeśle do Troi na pogrzeb; jeśli zwycięży łaską Feba, weźmie zbroję i zawiesi ją w świątyni Apollina, ciało zaś odeśle do naw, by Grecy usypali poległemu kurhan na brzegu Hellespontu — i każdy żeglarz przyszłych wieków, mijając ten grób, rzeknie: „Tu leży mąż, co poległ mężnie walcząc z Hektorem", a sława Hektora nigdy nie zgaśnie.
Grecy zamilkli „jak wryci": wstydzili się odmówić, a bali się przyjąć. Zasmucony Menelaj zerwał się, wyrzucając im hańbę — „o kobiety, nie męże!" — i sam wdział zbroję, choć wiedział, że to walka nad siły. Już byłby zginął pod prawicą mocniejszego Hektora, gdyby nie wstrzymali go wodzowie: Agamemnon ujął brata za rękę i odwiódł od zgubnego zapału — nie jemu mierzyć się z groźnym Hektorem, którego lęka się nawet Achilles; naród wzbudzi innego rycerza. Menelaj usłuchał, słudzy z radością zdjęli mu zbroję. Wtedy Nestor zawiódł żałosną mowę: jaka hańba dla ziemi achajskiej, gdyby stary Pelej usłyszał, że wszystkich strwożył Hektor; gdyby tylko miał lata młodości — wspomina, jak nad Jardanem pod Feją powalił olbrzyma Ereutala, „człowieka z ogromną maczugą", zbroję po Arejtoosie noszącego. Wstyd, że z pierwszych rycerzy świata żaden nie chce stanąć.
Tak zagrzani powstali dziewięciej: Agamemnon, Diomed, obaj Ajasowie, Idomeneus, Merion, Eurypil, Toas i roztropny Odyseusz — wszyscy chętni. Nestor poradził rozstrzygnąć losem; wojska modliły się, by padł los Ajasa, Diomeda albo samego króla Myken. Z potrząśniętego szyszaka wyskoczył los Ajasa, syna Telamona; woźny obniósł go, aż rycerz uznał swój znak i z radością ogłosił, że ma pewną nadzieję pokonać Hektora. Prosił, by modlono się za niego — choć sam strachu nie zna, wyrosły w rycerskiej Salaminie. Ajas wdział zbroję i ruszył sążnistym krokiem niczym sam Ares, z dumnym, groźnym uśmiechem; Grecy się cieszyli, Trojan zdjął lęk, a i Hektorowi „zimne przeszło drżenie" serce — lecz cofać się już nie było pory, bo sam wyzwał. Niósł przed sobą puklerz jak wieżę, dzieło Tychiosa z Hyli, powleczony siedmioma skórami tłustych byków i ósmą blachą z miedzi.
Po wymianie gróźb — Ajas każe Hektorowi poznać, jakich Grecy mają rycerzy oprócz Achillesa; Hektor odpowiada, że nie ulęknie się słów jak dziecko czy kobieta, bo rzemiosło wojenne zna od kolebki — rozpoczął się pojedynek. Hektor cisnął dzidą: grot przebił blachę i sześć skór puklerza, ledwie utknął w ostatniej. Ajas przeszył tarczę, kirys i szatę Hektora od boku — ten zręcznym uchyleniem wydarł się śmierci. W zwarciu z bliska, niczym lwy lub dziki, Ajas zadrasnął Hektorowi szyję, aż trysnęła czarna krew. Hektor porwał z ziemi głaz i ugodził nim w puklerz Ajasa; ten odpowiedział kamieniem wielkim „jak młyński", który strzaskał tarczę i podciął Hektorowi nogi — bohater runął na wznak, lecz dźwignął go Apollo. Już dobywali mieczów, gdy między nich wkroczyli woźni — Idajos z trojańskiej, Taltybios z greckiej strony — kładąc berła: dość, noc nadchodzi, a obu kochają bogowie. Ajas zdał decyzję Hektorowi, ten zaś, choć sam wyzwał, przystał na rozejm „bez uporu": jeszcze się ich męstwo zetrze w polu, lecz teraz niech rozejdą się tak, by Grecy i Trojanie mówili: „walczyli w gniewie, a rozeszli się w przyjaźni". Na dowód szacunku Hektor dał Ajasowi srebrnopochwy miecz z pasem, Ajas jemu pas purpurowy. Trojanie z radością odprowadzili żywego Hektora do miasta, Grecy poprowadzili Ajasa do Agamemnona.
Obie strony ucztowały — Grecy przy winie nad morzem, Trojanie w mieście. Lecz Kronid „gotował im nieszczęść wiele": zagrzmiał strasznie, aż zbledli i lali wino na ziemię, nie śmiejąc tknąć czaszy ustami, póki nie złożyli ofiary bogu pioruna; potem legli do snu.
Księga VIII — Zakazana bitwa: Zeus przeważa szalę
O świcie, gdy Jutrzenka w szkarłacie rozsiała promienie, Zeus zwołał na szczycie Olimpu radę bogów i ogłosił niezmienną wolę: niech nikt z bogów ani bogiń nie waży się wesprzeć Trojan ani Greków. Kto wbrew temu pospieszy komuś na pomoc, wróci do nieba zraniony albo zostanie strącony w przepaść Tartaru — w jamy tak głębokie pod Hadesem, jak niebo wysoko nad ziemią, za miedzianym progiem i żelaznymi bramami. Na dowód swej potęgi rzucił wyzwanie: niech wszyscy bogowie uwiążą złoty łańcuch i ciągną — nie zdołają ściągnąć Zeusa z nieba; on zaś, gdyby chciał, pociągnąłby w górę ziemię, morza i wszystko, przywiązałby łańcuch do szczytu Olimpu, a cały świat zawisłby u góry — tak dalece przewyższa ludzi i bogów. Po tej groźbie zaprzągł miedzionogie, złotogrzywe rumaki, wdział złotą szatę, wziął złoty bicz i pomknął ku Idzie, „płodnej matce zwierza"; na poświęconym sobie Gargarze wyprzągł konie, okrył je mgłą i usiadł w chwale, skąd widział i Troję, i grecką flotę.
Oba wojska zbroją się i zwierają w polu: puklerz o puklerz, dzida o dzidę, ziemia rozmięka od krwi, zwycięzcy krzyczą, ranni jęczą. Do południa bój trwa równo, lecz gdy słońce minęło połowę drogi, Zeus wziął w ręce złote szale, włożył na nie dwa wyroki głębokiego śmiertelnego snu — los Greków i los Trojan — i zaważył: szala Achajów opadła ku ziemi (a Trojan wzbiła się ku niebu), zapowiadając, że nieszczęście pada na Greków.
Sam Zeus zagrzmiał z Idy, a gromy zmieszały i pobladziły Achajów: nie śmiał stać ani Idomenej, ani Atrydzi, ani obaj Ajasowie. Został tylko Nestor — i to wbrew chęci, bo Parys ugodził strzałą jego koński zaprzęg w samo czoło (gdzie rana najgroźniejsza); koń wspinał się i plątał w uprzęży, a starzec mieczem przecinał lejce. Już pędził na niego Hektor i byłby to ostatni dzień Nestora, gdyby nie dostrzegł go Diomedes. Krzyknął na Odyseusza, by razem zasłonili starca — lecz Odyseusz, choć zahartowany w bojach, nie usłuchał i pobiegł ku okrętom. Diomedes sam rzucił się przed dzidy, wziął Nestora na własny wóz (zaprzężony w zdobyczne konie Ajnejasza) i oddał mu lejce, a Eurymedon ze Stenelem odprowadzili konie starca. Ruszyli na Hektora; Diomedes cisnął pierwszy, chybił Hektora, lecz trafił jego woźnicę Eniopa — ten runął z wozu, konie się cofnęły. Hektor zabolał nad stratą, lecz zostawił go w polu i wziął nowego woźnicę, Archeptolema. Trojanie zostaliby wparci do miasta „jak trzoda do stajni", gdyby nie wejrzał Zeus: zagrzmiał strasznie i cisnął płonący piorun tuż przed końmi Diomeda — buchnął płomień siarki, konie przypadły z trwogi. Nestor wypuścił lejce i wzdrygnął się: rzućmy dziś bój, Zeus odmawia nam zwycięstwa, dziś daje chwałę Hektorowi, kiedy indziej da i nam; przeciw Zeusowi nic nie zdoła nawet największa siła. Diomedes przyznał prawdę, lecz duszę paliła mu boleść: Hektor będzie się chełpił, że zapędził Tydejdę aż do naw — „niech się raczej ziemia rozstąpi pode mną". Nestor pocieszał: choćby Hektor nazwał go gnuśnym, nikt mu nie da wiary, bo zbyt wielu Trojan legło z jego ręki i niejedna trojańska żona go opłakuje.
Hektor głośno urągał Diomedowi: „Grecy szanują cię biesiadą, pełnym krużem i lepszą częścią — teraześ wzgardy godzien, o podła niewiasto! Nie ty zwalisz nasze wieże ani weźmiesz nasze żony: prędzej legniesz na piasku tą ręką". Serce Diomeda zachwiało się na dwoje: trzykroć chciał zawrócić konie i stawić mu czoło, i trzykroć Zeus zagrzmiał z Idy, dając Trojanom znak zwycięstwa. Hektor zagrzewał Trojan i Lików — widzi, że Zeus sprzyja; grecka tama ich nie odeprze, konie przeskoczą rowy, a gdy dopadnie naw, niech ogień będzie gotów. Przemówił nawet do swych koni (Ksanta, Podarga, Ajtona i Lampa), przypominając, że Andromacha karmi je obrokiem i poi winem pierwej niż jego, młodego małżonka — niech więc dziś wysłużą się panu i pomogą zdobyć złoty puklerz Nestora i kirys Diomeda, dzieło Hefajsta; gdyby zdobyli te dwa łupy, jeszcze tej nocy Grecy wsiedliby na okręty.
Hera, bolejąc nad rzezią, wezwała Palladę: czyż nie damy wsparcia ginącym Grekom? Pallada odparła, że Hektor dawno by zginął z greckiej ręki przed murami Troi, lecz „twardy" ojciec wstrzymuje jej zapędy — sprzyja Tetydzie, która ujęła go za brodę i kolana, by uczcił Achilla; przyjdzie czas, że Zeus znów nazwie ją swą lubą córą. Niech Hera zaprzęga konie, a ona tymczasem się zbroi. Pallada zrzuciła u progu swą haftowaną zasłonę, wdziała ojcowski kirys, wzięła ciężką, ogromną dzidę, którą obala zastępy rycerzy; Hera zacięła rumaki, a niebieskie wrota same się otwarły — strzegą ich Hory, co Olimp zasłaniają obłokiem. Lecz Zeus, ujrzawszy to z Idy, zapłonął gniewem i posłał złotopiórą Irydę: niech mu się żona i córa wrócą, niech się nie ważą stawać; inaczej skaleczy im konie, postrąca je z wozu, wóz połamie, a na ciele wypiętnuje rany, których i dziesięć lat nie zagoi — „co to jest walka z ojcem, obaczy Pallada". Iryda dopadła boginie u bramy i powtórzyła groźbę. Hera ustąpiła: serce jej nie zezwala walczyć z Zeusem dla śmiertelnych — niech ludzie giną lub żyją, jak wyrok rozrządzi. Zawróciły; Hory wyprzęgły konie, dały im ambrozyjską paszę, a boginie siadły zasępione wśród innych bogów. Zeus przyjechał z Idy, Posejdon wyprzągł mu konie, a władca zasiadł na tronie — Olimp drżał pod każdym jego krokiem. Spostrzegłszy nadąsane Herę i Palladę, pierwszy zagadnął szyderczo: czemu strapione, skoro w krótkiej potyczce zniosłyście znienawidzonych Trojan? Gdybyście trwały w swej niecnocie, uderzone piorunem nigdy nie wróciłyby do bogów siedliska. Pallada milczała, choć wrzał w niej gniew; Hera nie wytrzymała: któż nie wie, że nic nie oprze się jego sile — żałują tylko Greków, lecz wstrzymają się od wojny, poprzestając na radzie dla nich. Zeus zapowiedział groźnie wielki sens nadchodzących ksiąg: skoro tylko błyśnie Jutrzenka, ujrzy, jak Hektor bije Greków ręką zwycięską, i nie ustanie w rzezi, aż „wielki stanie Achilles na pobojowisku", niosąc wsparcie Achajom — w dzień, gdy będą walczyć nad ciałem poległego Patrokla. Gniewy Hery ma za nic, choćby zaszła aż tam, gdzie w czarnym Tartarze siedzą Kronos i Japet. Hera zamilkła.
Noc okryła ziemię czarnym kirem; gasnące światło zmartwiło Trojan, lecz cierpiącym od rana Grekom przyniosło trzykroć pożądaną ulgę. Hektor zwołał Trojan na radę nad Skamandrem, z dala od trupów; w ręku trzymał jedenastołokciową dzidę o ostrzu objętym złotym pierścieniem. Mniemał, że zniszczy Achajów i wróci zwycięzcą, lecz noc ocaliła Greków i ich okręty. Każe ustąpić nocy, gotować wieczerzę, wyprząc i nakarmić konie, zwieźć z miasta woły, owce, wino, chleb i drewno, a ognie palić nieustannie aż do świtu — by Grecy nie wymknęli się skrycie morzem, lecz uchodząc, unieśli w domach niejedną ranę po greckim grocie.
Księga IX — Poselstwo do Achillesa
Hektor kończy mowę nadzieją, że klęska na zawsze odbierze obcym narodom ochotę najazdu na Troję, i każe ogłosić w mieście, by młodzież i siwi starce strzegli wież, a kobiety paliły ognie po domach, czuwając, żeby Grecy zdradziecko nie wpadli do opustoszałego miasta; rano poniesie bój aż pod nawy. Trojanie z radosnym okrzykiem wyprzęgli konie i rozpalili stosy. Następuje słynne porównanie: jak gwiazdy lśnią pięknie przy księżycu w bezwietrzną noc, gdy pasterz raduje się w sercu, tak między grecką flotą a czystym Skamandrem świeciło tysiąc ogni, a przy każdym siedziało po pięćdziesięciu wojowników, podczas gdy konie chrupały jęczmień, czekając Jutrzenki na różanym tronie.
Po stronie greckiej zaś zapanowała trwoga: na Achajów padła Ucieczka, siostra zimnego Strachu, a serca najmężniejszych zachwiały się jak morze, gdy nagle zwieją Boreasz z Zefirem. Zbolały Agamemnon kazał woźnym cicho zwołać wodzów. Powstał płacząc — jak zdrój sączący się spod skały — i wyznał: Zeus, który przedtem przyrzekł mu zburzenie Troi, dziś każe wracać do Argos bez sławy, po stracie tylu ludzi; trzeba więc pospieszyć do ojczyzny, bo zwycięstwa nie doczekają. Rada zamilkła w smutku, aż przerwał ją Diomedes: niech król wraca sam, skoro chce — okręty blisko, morze otwarte — lecz reszta Greków zostanie, póki Troi nie zdobędzie; on zaś ze Stenelem będzie walczył do końca, „bo za boskimi przybili powody". Rada przyklasnęła. Wstał Nestor: pochwalił Diomeda jako pierwszego w polu i radzie, lecz przypomniał, że jako młodszy nie dopowiedział najgłówniejszego. Teraz trzeba usłuchać nocy: ustawić straże młodzieży przy rowie i murze, a król niech sprawi w namiocie biesiadę dla starszyzny i zasięgnie najlepszej rady — bo nigdy Grekom rady tak nie było trzeba, gdy ognie trojańskie palą się tuż przy okrętach: ta noc albo zgubi wojsko, albo je ocali. Na straż wyszło siedmiu wodzów z młodzieżą — Trazymed (syn Nestora), Askalaf i Jalmen (synowie Aresa), Afarej, Deipir, Meryjon i syn Kreona — każdy wiódł stu młodzieńców.
W namiocie Agamemnona, po uczcie, Nestor wyłożył sedno: „Królu, od ciebie zacznę i skończę na tobie" — Zeus dał ci berło i prawa, więc twoja jest pierwszość zdania, lecz powinieneś słuchać i przyjmować lepszą radę, gdy ją kto inny daje. Szczerze przypomniał, że już wtedy odradzał zabranie branki Achillowi i nikt króla nie chwalił — a łup rycerza wciąż leży w jego namiocie; trzeba więc pomyśleć, jak zmiękczyć jego gniew „miłymi upominki i słodkimi namowy". Agamemnon przyznał błąd bez krycia się: mąż, którego czci Zeus, sam wart całego wojska; chce go przejednać hojnymi darami i wymienił je — dziesięć talentów złota, siedem trójnogów, dwadzieścia naczyń, dwanaście ognistych koni, siedem mistrzowsko wybranych branek z Lesbos, a wśród nich Bryzeida (przy czym zaręcza, że nigdy nie dzielił z nią łoża) — wszystko to natychmiast. A gdy bogowie pozwolą zdobyć Troję, Achilles załaduje okręt złotem i miedzią oraz weźmie dwanaście najpiękniejszych Trojanek. Po powrocie zaś Agamemnon uczci go jak syna, na równi z Orestem, i odda mu jedną z trzech córek — Chryzotemis, Ifijanassę albo Laodykę — za żonę bez okupu, owszem, z posagiem siedmiu miast, jakiego nikt jeszcze córce nie dał. Nestor pochwalił dary i wyznaczył poselstwo: na czele bogom miły Fojniks, z nim Odyseusz (mistrz mowy) i Ajas (sławny dzidą), oraz dwaj woźni, Odyj i Eurybat. Po obmyciu rąk i ofiarach posłowie ruszyli brzegiem, prosząc Posejdona, by zmiękczył zacięte serce Achilla.
Zastali bohatera, jak cieszył duszę grą na wdzięcznej lirze (zdobytej przy wzięciu Teb) i śpiewał „rycerskie dzieła", a naprzeciw w milczeniu słuchał go Patrokl. Na widok wchodzących Achilles porwał się zdumiony, z lirą w ręku, i powitał ich serdecznie: choć zagniewany, wita ich jako najdroższych przyjaciół. Posadził gości na purpurowych krzesłach i kazał Patroklowi przynieść największy dzban i mocniejsze wino; sam z Patroklem i Automedonem przyrządził i upiekł mięso z kozy, barana i wieprza, podzielił je, a pierwiastki spalił bogom. Po uczcie Odyseusz (Ajas dał wprawdzie znak Fojniksowi, lecz Itak nie czekał) wzniósł czarę i przedłożył prośbę: nie czas na spokojne biesiady, bo lękają się klęski — Trojanie obozują tuż przy nawach, ognie błyskają przed namiotami, Hektor szczęściem nadęty grozi, że spali flotę i wytępi Greków w dymie, a Zeus daje mu pomyślne znaki grzmotami. Niech Achilles wstanie i ocali Greków, „choć nierychło", bo po zgubie żal będzie spóźniony. Przypomniał mu przestrogę ojca Peleja z dnia wyprawy: bogowie dadzą odwagę, lecz „ty hamuj dumne serce" — lepsza ludzkość, silniejsze ponęty dobroci. Powtórzył cały rejestr darów Agamemnona, a na koniec dodał: jeśli nawet król i jego dary są nienawistne, niech Achilles ulituje się nad Grekami — będzie ich „zbawcą i bogiem", a oto pora, by trupem położyć zuchwałego Hektora, który chełpi się, że nie ma wśród Greków równego.
Achilles odrzekł twardo i otwarcie: „W równej mam nienawiści z Hadem obłudnika, w którym serce odbiega od języka". Ani król, ani nikt z Greków go nie odmieni. Nie ma tu ceny męstwo: jednaka cześć i nagroda czeka tchórza i walecznego, a „rycerz i gnuśnik równie legną w grobie". Cóż zyskał, narażając życie w każdym boju jak ptak, co głodząc się, nosi żer pisklętom? Dobył dwanaście miast z okrętów i jedenaście pieszo, a wszystkie łupy oddawał wiernie Atrydowi, który mało rozdał, a więcej zatrzymał — i jeszcze wydarł mu brankę. Niech teraz Agamemnon broni naw bez niego: wzniósł mur, wykopał rów, nasrożył szańce palami — a Hektora i tak nie zatrzyma. Póki sam Achilles chodził na czele, Hektor nie zapuszczał się daleko od murów, raz zaczekał nań pod bukiem, lecz uciekł, gdy Pelida się zbliżył. Z pierwszą Jutrzenką spuści okręty na morze i za trzy dni ujrzy żyzną Ftyję; radzi i innym wracać, bo Troja nie padnie, gdy Zeus jej broni. Niech Fojniks zostanie i nocuje u niego, a jutro popłynie z nim, jeśli zechce.
Oniemiałe poselstwo poruszył dopiero łzami stary Fojniks: jakże tu zostanie sam, bez Achilla, którego młode lata powierzył mu ojciec, by nauczył go „dzielnie walczyć i rozsądnie radzić"? Wspomniał własne dzieje — jak uchodząc przed gniewem ojca (przez spór o ojcowską nałożnicę, rzecz w tekście zawoalowaną) dotarł do Ftyi, gdzie Pelej przyjął go jak syna, wzbogacił i uczynił królem Dolopów; i jak sam wychował Achilla — najczulszy obraz całej księgi: dziecko nie chciało jeść, póki Fojniks nie posadził go na kolanach, krajał mu kęsy i przytykał czaszę, a malec niejeden raz wypluwał wino na jego szatę. Nie mając własnego potomka, przybrał Achilla za syna, by ten wsparł jego starość. Błagał, by Pelida zmiękczył upór: nawet bogowie, wyżsi od ludzi cnotą i władzą, dają się przebłagać prośbą, kadzidłem i ofiarą. Tu przypowieść o Prośbach (Litaj): są córami Zeusa — ułomne, kulawe, ze zmarszczonym czołem i spuszczonym okiem — wlokące się z trudem za Winą (Ate), która silna i rącza wyprzedza je, siejąc szkody między ludźmi; Prośby idą w ślad, lecząc rany, które tamta zadała. Kto je uszanuje, gdy przyjdą, temu sprzyjają i jego prośby bywają wysłuchane; kto je odrzuci, na tego ściągają Zeusową Winę i karę. Niech więc Achilles uczci błagających go najlepszych przyjaciół — bo gdyby Agamemnon darów nie dawał, Fojniks nie żądałby ustępstwa, lecz dziś król daje wiele.
Achilles odparł łagodniej, lecz nieugięcie: takiej czci mu nie trzeba, bo zaszczyca go sam Zeus. Nie każe jednak Fojniksowi „jęczeć tu za Atrydę" — niech nie kocha jego wroga, by sam nie stał się znienawidzony; niech dzieli z nim cześć, zostanie i prześpi się, a o świcie wspólnie rozstrzygną, czy ruszać, czy zostać. Skinął na Patrokla, by posłał starcowi łoże — dając tym znak, że reszta posłów ma już myśleć o powrocie. Wtedy zabrał głos wyniosły Ajas, zwracając się do Odyseusza: chodźmy, prośby nic nie wskórają, trzeba odnieść radzie odpowiedź, choć smutną. Achilles ma duszę „twardą i okrutną", zaciął się w gniewie dla jednej kobiety — gdy nawet za śmierć brata czy syna przyjmuje się okup i morderca zostaje w kraju — a tu ofiarują mu siedem branek i wiele więcej; niech uszanuje własny dom i gości pod swoim namiotem. Achilles przyznał Ajasowi rację co do otwartości, lecz serce wzdyma mu ohyda zniewagi: Atryd potraktował go „jak najpodlejszego wyrzutka". Każe odnieść odpowiedź: nie wróci do boju, póki Hektor, bijąc Argiwów, nie dotrze aż do okrętów i namiotów Mirmidonów i nie podpali ich — tam, przy własnej nawie, spodziewa się go wreszcie zatrzymać. Posłowie spełnili libacje i wrócili; w namiocie zaś Patrokl posłał Fojniksowi łoże, a Pelida legł w głębi.
Wodzowie powitali wracających czarą, między trwogą a nadzieją pytając o skutek. Odyseusz, zahartowany na wszystko, doniósł wiernie: nic nie odmienia serca Achilla — odrzuca dary, grozi odpłynięciem o świcie i radzi i innym wracać, bo Troja nie padnie. Rada zamilkła zdumiona dumnym tonem. Przerwał ją Diomedes: lepiej było wcale go nie błagać ani tak hojnie obsypywać — dość był dumny, a teraz spotężniał w pysze; nie myślmy już o nim, sam rozstrzygnie, czy płynąć, czy zostać — ujmie się broni, gdy własny zapał lub bóg go skłoni. Niech tymczasem wszyscy posilą się i prześpią, a o świcie sam król niech ustawi przed flotą jazdę i piechotę i głosem oraz przykładem zagrzewa do boju. Męska rada przypadła wszystkim do serca; spełniwszy libacje, legli na spoczynek.
Księga X — Wyprawa nocna (Dolonia, początek)
Gdy inni wodzowie utopili trudy w śnie, sam Agamemnon, dzierżący rząd nad Grekami, nie zmrużył oka, ważąc tysiączne myśli. Patrząc na obóz trojański, przerażały go tysiące płonących ogni, głos piszczałek i wrzawa mężów; widząc, w jakim stanie flota i wojsko, targał włosy z rozpaczy, wzywał Zeusa, a jęk po jęku rwał mu się z piersi. Postanowił pójść do Nestora, najmędrszego z ludzi, by wspólnie obmyślić radę odwracającą zagładę. Wstał, wdział szatę, związał sandały, narzucił płową lwią skórę i wziął oszczep. Równie czujny był Menelaj, drżąc, by Grecy, którzy dla niego przebyli wielkie wody, nie polegli pod Troją; wdział panterzą skórę i miedziany szyszak, wziął oszczep i poszedł zbudzić brata, którego zastał zbrojącego się przy okręcie. Spytał, czemu się uzbraja — czy chce wysłać kogoś na zwiady do Trojan? wątpi jednak, by ktokolwiek podjął się tak trudnej powinności: iść samemu i w nocy między wrogów. Agamemnon: trzeba chytrej rady, by zachować od zguby flotę i ludzi; Zeus się zmienił, dziś milsze mu ofiary Hektora, który jednego dnia zmazał chwałę największych bohaterów. Niech Menelaj przywoła Ajasa i Idomeneja, on zaś pospieszy do Nestora, by poszedł z nim do straży, gdzie przewodzi syn starca z Meryjonem — straż najlepiej usłucha rozkazu Nestora. Menelaj, by uniknąć błędu, spytał, czy ma czekać przy strażach, czy wrócić; król odrzekł, że lepiej zostać, by w ciemnościach się nie minęli, i wszędzie głośno zalecać baczność, czuwając i zagrzewając lud.
Agamemnon ruszył do Nestora i zastał go śpiącego w miękkim łożu, z całym rynsztunkiem złożonym przy boku — dwie dzidy, puklerz, szyszak i pas — bronią, którą stary nieustraszenie nosił, prowadząc szyki na boje mimo podeszłych lat. Przebudzony król Pylos podniósł się na łokciu i ostro spytał, kim jest ten, co błąka się po obozie w nocy, gdy wszystkich ujął sen — szuka kogoś ze straży czy z towarzyszy? — i kazał mu nie zbliżać się w ciszy. Atryd przedstawił się jako „nieszczęśliwy syn Atreja", którego Zeus nad wszystkich przeznaczył na nędzę: sen mu powiek nie zamyka, trwożą go klęski wiszące nad Grekami, gaśnie w nim ostatnia iskra nadziei. Zaproponował, by razem obejrzeli straże — czy nie uległy snowi i znużeniu, bo nieprzyjaciel blisko i nie wiadomo, czy nie zamyśla nocnego napadu. Nestor pocieszył go: nie wszystkie myśli Hektora Zeus przywiedzie do skutku; chętnie pójdzie, ale niech wstaną i inni — Diomedes, Odyseusz, prędki Oileid (Ajaks mniejszy) i waleczny Meges — a ktoś niech pobiegnie do odległych stanowisk obudzić Idomeneja i Ajasa. Włożył szatę, przywiązał sandały, spiął srebrną haftką dwoisty purpurowy płaszcz, wziął dzidę i razem z Agamemnonem ruszył wzdłuż okrętów.
Najpierw Nestor zawołał na Odyseusza; czujne ucho rycerza pochwyciło głos i wybiegł, pytając, czemu błąkają się nocą. Dowiedziawszy się o niedoli, porwał tarczę i poszedł z nimi do Diomeda. Tego znaleźli śpiącego pod gołym niebem przy namiocie, w pełnej zbroi, otoczonego mężnymi wojownikami, którzy głowy wsparli na tarczach, a piki powbijane w ziemię rzucały blask jak błyskawice; pod sobą wódz miał posłanie z wołowej skóry, a pod głową przepyszny kobierzec. Nestor trącił go nogą i zganił, że jeden śpi, gdy inni czuwają, choć wrzask wroga ledwie o krok od floty. Diomedes zerwał się i z wyrzutem nazwał starca niezmordowanym: czyż nie ma między Grekami młodszych do zwoływania wodzów? Nestor przyznał mu rację — ma i synów, i wielu ludzi — lecz potrzeba dziś najsroższa, rzecz zawisła „jak na ostrzu stali": ta chwila albo zgubi, albo ocali. Posłał go więc po Megesa i Ajasa. Diomedes zarzucił na bary lwią skórę, wziął oszczep i wnet przyprowadził wodzów.
Gdy zeszli się przy straży, ujrzeli, że ta czuwa bez zarzutu — każdy rycerz na stanowisku, błyszcząc od miedzi. Poeta porównuje strażników do wiernych psów, które pilnują owiec w owczarni i na odgłos lwa schodzącego z gór podnoszą wielki hałas, odpędzając sen od siebie i pasterzy. Uradowany Nestor zachęcił ich: „Tak czuwajcie, dzieci! Precz sen!", po czym przeskoczył rów, a za nim wodzowie, syn Nestora i Meryjon. Usiedli za rowami, w miejscu czystym od krwi, gdzie wstrzymała się ręka Hektora, gdy noc okryła ziemię cieniem. Tam Nestor poddał myśl: czy nie znajdzie się mąż dość śmiały, by zakraść się między Trojan — schwytać kogoś z towarzyszy Hektora albo podsłuchać ich rady, czy zamierzają trzymać oblężenie floty, czy po zwycięstwie wrócić do miasta. Kto tego dokona i wróci cały, zyska wielką chwałę i bogaty upominek.
Zgromadzenie zamilkło; przerwał ciszę śmiały Diomedes: mimo czujnych straży jego umysł każe mu iść do obozu Trojan, ale chętniej poszedłby z towarzyszem, bo gdy idzie dwóch, „co ten chybi, ten widzi", a sam człowiek, choćby najbystrzejszy, mniej dostrzeże. Zgłosili się obaj Ajasowie, Meryjon, mężny syn Nestora, Menelaj i niespracowany Odyseusz. Wtedy Agamemnon, drżąc w duchu o brata, polecił Diomedowi wybrać najmężniejszego, nie bacząc na krew, stopień władzy ani dostojeństwo: „kto lepszy, nie kto wyższy, niech ten ma pierwszeństwo". Diomedes nie wahał się — wybrał Odyseusza, którego serce nigdy się nie miesza w największych trudnościach i którego kocha Pallada; z jego przezorną roztropnością wyjdą cało „i z samych płomieni". Odyseusz przerwał pochwały i nagany: czas nagli, dwie części nocy minęły, gwiazdy bledną, do świtu została niedługa chwila. Uzbroili się, a Pallada zesłała im za przewodnika czaplę; nie widząc jej w ciemności, kierowali się jej krzykiem słyszanym po prawicy. Odyseusz wezwał córę Zeusa o pomoc i szczęśliwy powrót; Diomedes modlił się podobnie, przypominając, jak bogini wsparła jego ojca Tydeja w poselstwie do Teb, i ślubując roczną jałowicę o pozłacanych rogach. Tak, jak srogie lwy pod osłoną nocy, ruszyli przez krew, trupy i porozrzucany oręż.
Po stronie trojańskiej Hektor również nie dał wojsku spać: zwoławszy przedniejszych do rady, spytał, kto za wielką nagrodą podejmie się pójść pod grecką flotę — wypatrzyć, czy Achajowie wciąż pilnie odprawiają straże, czy też, starci wojną, myślą już tylko o ucieczce. Obiecał za to wóz i najlepsze rumaki z obozu wroga. Zgłosił się Dolon, syn woźnego Eumeda — bogaty w złoto i miedź, z wyglądu niepoczesny, lecz w nogach skory, jedyny syn pośród pięciu sióstr. Zażądał pod przysięgą wozu i koni samego Achillesa. Hektor, wezwawszy Zeusa na świadka, przysiągł — lecz krzywo — że nikt inny tych koni nie dosiądzie, i tym zagrzał Dolona. Ten wziął łuk i kołczan, zarzucił na ramiona szarą wilczą skórę, na głowę włożył przyłbicę z tchórzowej skóry, uzbroił prawicę w oszczep i pospieszył ku okrętom — lecz wyrok przeznaczył, że z wieścią do Hektora już nie wróci. Gdy mijał mężów i konie, dostrzegł go bystry Odyseusz i szepnął Diomedowi: ten człowiek idzie z trojańskiego obozu, na zwiady albo po łup — niech nas najpierw minie, a wtedy go schwytamy; gdyby zaś biegiem chciał umknąć, trzeba go oszczepem zapędzić ku okrętom, by odciąć mu powrót do miasta. Ukryli się w stosie trupów; Dolon przeszedł obok nieświadomie, a gdy oddalił się na odległość, o jaką muły wyprzedzają woły w orce, wypadli za nim. Na łoskot przystanął, sądząc, że to ktoś z rozkazu Hektora go zawraca — lecz na rzut dzidy poznał wrogów i rzucił się do ucieczki, oni zaś w pościg, jak biegłe w myślistwie psy gnające sarnę albo zająca. Już niemal wpadał między grecką straż, gdy Pallada dodała Diomedowi nowej siły, by nikt inny nie chełpił się pierwszym ciosem. Bohater zawołał, by stanął, bo go oszczep doścignie i od śmierci nie ujdzie — i cisnął pocisk, który celowo go nie przeszył, lecz otarł ramię i utkwił w ziemi. Dolon stanął wybladły, drżąc i szczękając zębami; uziajani wodzowie dopadli go i schwytali. Rozpłakany prosił o życie i kajdany: ojciec da za niego nieskończony okup w złocie, miedzi i żelazie. Podstępny Itak uspokoił go pozornie — niech strach śmierci nie pada mu w serce, jeśli powie prawdę — i spytał, po co w nocy rzucił obóz i śpieszył do floty. Dolon, drżąc na całym ciele, wyznał: to Hektor namówił niechętnego wielką nadzieją, przyrzekając konie i wóz niezwalczonego Achillesa, i kazał mu pójść nocą do floty, by wyśledzić, czy Grecy wciąż pilnie strzegą straży, czy też, starci wojną, myślą już o ucieczce.
Odyseusz z uśmiechem skwitował jego marzenie: rumakami Achilla nie zdoła rządzić ręka śmiertelnika — słuchają tylko swego pana, zrodzonego z nieśmiertelnej matki. Wypytał jeńca dokładnie: gdzie jest Hektor, jego oręż i konie, jak rozstawione straże, namioty, jakie zamiary Trojan. Dolon wyjawił wszystko: Hektor z przedniejszymi radzi z dala od zgiełku, przy nagrobku Ila; właściwych straży nie wystawiono — czuwają tylko Trojanie przy ogniskach, podając sobie hasło, bo ich przyciska potrzeba, natomiast sprzymierzeńcy ściągnięci z dalekich krain śpią spokojnie, zdawszy całą baczność na Trojan, bo nie mają przy sobie żon ani dzieci. I dorzucił wiadomość brzemienną w skutki: na uboczu obozują świeżo przybyli Trakowie ze swym królem Rezusem, synem Ejoneja; jego konie są niedościgłe jak wiatr i białe jak śnieg, a wóz lśni złotem i srebrem, zbroja zaś tak cudna, że „nie ludziom, lecz bogom nosić ją przystoi". Prosił, by go związanego zaprowadzić do floty albo zostawić w okowach do ich powrotu. Lecz Diomedes spojrzał na niego srogo: choć dał ważne przestrogi, nic go nie ocali — puszczony za okup wróciłby znów na zdradzieckie zwiady albo do otwartej walki; gdy zaś zginie, nie zaszkodzi już Grekom ni jawnie, ni skrycie. Dolon sięgał ręką pod brodę, błagając o życie, gdy miecz Diomeda ciął go w szyję — głowa spadła na piasek, „zaczęte jeszcze w ustach domawiając słowa". Zdarto z trupa łup: oszczep, przyłbicę, łuk i wilczą skórę. Odyseusz uniósł je wysoko, poświęcił Palladzie z prośbą o dalsze wsparcie, a potem zawiesił na krzaku tamaryszku, obwiązawszy go trzciną i gałęźmi, by w drodze powrotnej trafić po nie w ciemności.
Brnąc przez krew i oręż, dotarli do trackiego obozu. Zmęczeni podróżą Trakowie spali, a przy nich w troistym porządku leżała broń i stały po dwa konie u każdego jarzma; pośrodku spoczywał Rezus, a tuż za jego wozem stały śnieżne rumaki, przywiązane lśniącym powrozem. Odyseusz wskazał je Diomedowi: oto mąż i konie z opowieści szpiega — działaj śmiało. Pallada natchnęła Tydejdę nową odwagą i ten ruszył w rzeź: gdziekolwiek ciął, z piersi rwał się głuchy jęk, a ziemia czerwieniła się posoką. Jak lew wpadający na nie strzeżoną trzodę, tak Diomedes pozbawił życia dwunastu rycerzy, a Odyseusz odciągał trupy na bok, by nieprzywykłe do krwi konie nie spłoszyły się, stąpając po ciałach. Wreszcie Tydejd dopadł namiotu Rezusa i zabił trzynastego — króla, któremu w tej samej chwili stanął nad głową zły sen (sam Diomedes, jak zdradza poeta); Trak jęknął konając. Odyseusz wyprowadził konie z obozu, popędzając je łukiem, bo zapomniał zabrać z wozu złoty bicz, i dał znak, by przerwać krwawą robotę. Diomedes wahał się jeszcze — czy uprowadzić wóz z bronią króla i ozdobić się nadzwyczajnym czynem, czy zabić więcej śpiących Traków — gdy nadbiegła Pallada i ostrzegła swego ulubieńca, by pomyślał o powrocie, nim któryś z bogów zbudzi Trojan. Rycerz poznał głos córy Zeusa, dosiadł konia, Odyseusz drugiego i pomknęli ku flocie. Przy zwłokach Dolona wstrzymali rumaki; Tydejd podjął łup szpiega, złożył go w ręce towarzysza i znów wskoczył na konia. Pierwszy posłyszał tętent Nestor i, między nadzieją a trwogą, wyraził obawę, czy aby nie ścigają ich Trojanie. Lecz to wracali zwycięzcy: wodzowie radośnie ich witali, a ciekawy Nestor wypytywał o przepyszne, jak promienie słońca, konie — nigdy takich nie widział, choć całe życie walczy, więc pewnie obdarzył nimi sam bóg. Odyseusz wyjaśnił, że konie są z trackiego obozu, gdzie Diomedes zabił króla Rezusa z dwunastoma wodzami, a trzynastego — szpiega — zgładzili po drodze. Przesadziwszy rów, oddali rumaki do żłobu Diomeda, zawiesili na okręcie łup Dolona, a sami obmyli się w morzu i w kąpieli, namaścili oliwą, posilili się i — stojąc z pełnymi czaszami — wylali wino w hołdzie Palladzie za świetny czyn.
Księga XI
O świcie, gdy Jutrzenka wstała z łoża Tytona, Zeus posłał do greckiej floty Niezgodę, sprawczynię jęku, z wojennym hasłem w ręku. Stanęła ona na okręcie Odyseusza, w środku obozu, skąd głos dosięgał obu krańców floty — namiotów Ajasa i Achillesa, którzy zaufawszy własnemu męstwu zajęli ostatnie stanowiska — i ryknęła tak ogromnie, że w piersiach mężów zapłonął Aresowy ogień; każdy zapragnął bitwy bardziej niż powrotu. Agamemnon kazał chwytać za broń i sam się zbroił. Poeta z upodobaniem opisuje jego rynsztunek: srebrem zapinany obuw, a nade wszystko cudowny pancerz — dar cypryjskiego króla Kinyrasa, który przysłał go z przyjaźni, gdy wieść o wyprawie pod Troję dotarła aż na Cypr; biegły dwadzieścia pasów z cyny, dziesięć ze stali i dwanaście ze złota, a po obu bokach wiły się trzy modre węże, błyszczące jak tęcza na obłoku. Przypasał miecz nabity złotymi gwoździami, wziął tęgi puklerz o dziesięciu kręgach miedzi i dwudziestu cynowych garbach, z czarną Gorgoną pośrodku, otoczoną Popłochem i Trwogą, oraz z trójgłowym modrym smokiem przy srebrnym rzemieniu; na głowę włożył poczwórny szyszak, a w dłoń ujął dwa miedziane oszczepy. Hera i Pallada uczciły wspaniałego króla łoskotem. Po drugiej stronie zbroili się Trojanie pod wodzą Hektora i śmiałego Polidama; sam Hektor przemykał między szykami jak gwiazda Syriusz to błyskająca krwawym światłem, to kryjąca się za chmurą.
Bój zwarł się okrutny: wojska tną się nawzajem jak żniwiarze idący naprzeciw siebie przez łan jęczmienia, gęste padają „kłosy"-ciała; Niezgoda pasła krwawe oczy widokiem rzezi, sama dając hasła, gdy reszta bogów spoczywała w olimpijskich pałacach. Do południa straty były równe; lecz w godzinie, gdy znużony drwal w dolinie zasiada do posiłku, Grecy zdwoili zapał i przełamali trojańskie roty. Na czoło wyskoczył Agamemnon i rozpoczął swoją arysteję: zabił wodza Bianora i jego woźnicę Oileja (uderzeniem dzidy w przyłbicę, aż trzasła kość i wyprysnął mózg), a potem siał śmierć tam, gdzie najgęściej Ares mieszał szyki. Pod jego niezwalczonym ramieniem padały głowy Trojan jak drzewa w lesie ogarniętym pożarem niesionym przez szalony wiatr; konie z próżnymi wozami błądziły po polu, a polegli stawali się pastwą sępów i powodem długich jęków żon. Sam Hektor został tymczasowo usunięty z rzezi przez łaskawego Zeusa. Trojanie pierzchali, mijając już starożytny grób Ila i dziką figę, w stronę miasta, a Atryd deptał im po piętach. Gdy zbliżał się pod same mury Ilionu, Zeus zstąpił na Idę z piorunem w prawicy i posłał Irydę do Hektora z najwyższym wyrokiem: póki Agamemnon szaleje w pierwszych szeregach, niech Hektor ustępuje i powściąga śmiałość, lecz Troję zagrzewa do wytrwałości — gdy jednak Atryd, raniony dzidą lub strzałą, wsiądzie na wóz, wtedy Zeus da Hektorowi zwycięstwo i chwałę. Hektor posłuchał: zeskoczył z wozu i potrząsając oszczepami zawrócił Trojan do nowego boju, a obie strony znów zwarły szyki.
Pierwszy stawił czoło Agamemnonowi Ifidamas, dorodny syn Antenora, wychowany w Tracji w domu dziada Kissesa, który dał mu za żonę własną córkę; ledwie poślubiwszy młodą małżonkę, rycerz porzucił dom dla wojennej sławy i przybył pod Troję. Atryd chybił go oszczepem, Ifidamas zaś pchnął niżej pancerza, lecz srebrny pas zgiął grot jak ołów; król wydarł mu dzidę z rąk i mieczem przeciął szyję. Tak zginął młodzieniec daleko od żony, za którą próżno oddał ojcu liczne trzody. Śmierć brata dostrzegł starszy syn Antenora, Koon, i zaszedłszy Agamemnona z boku przebił mu rękę pod łokciem na wylot; mimo bólu król nie przerwał walki, lecz dopadł Koona, gdy ten dźwigał ciało brata, i odrąbał mu głowę na bratnim tułowiu. Póki z rany tryskała ciepła krew, Atryd siał spustoszenie wśród Trojan; lecz gdy krew zaschła, przeszył go wielki ból, „jak ostre strzały, które na rodzącą zsyłają Iliftyje". Wsiadł na wóz i kazał wieźć się do floty, wprzód jednak zagrzewając wojsko, by samo odpierało bój od okrętów, skoro Zeus nie dał mu walczyć dnia całego.
Widząc, że najgroźniejszy z Greków uchodzi ranny z pola, Hektor zapłonął i rzucił Trojan oraz Lików na wroga jak myśliwy szczujący psy na lwa; sam runął na czele niczym wicher wzburzający ocean. Powaliłby Greków aż do naw, gdyby Odyseusz nie zagrzał Diomeda: hańbą byłoby, gdyby Hektor spalił okręty. Tydejd, choć przyznawał, że Zeus wzmaga Trojan, stanął — zwalił Tymbraja, a Odyseusz jego woźnicę Molijona, po czym obaj jak dziki odwracające się na psy dali wytchnienie pierzchającym. Zeus trzymał bitwę na równej szali. Diomedes zabił Agastrofa, syna Pajona, gdy Hektor z wrzaskiem nadbiegł na czele tłumu. Tydejd cisnął oszczep i trafił w czub przyłbicy Hektora — lecz miedź odbiła miedź, czoła nie tknąwszy; oszołomiony bohater padł na kolano i mgła zaszła mu oczy, a nim Diomed dobiegł po swą dzidę, Hektor przyszedł do siebie, wskoczył na wóz i skrył się między swoich. Wtedy z ukrycia, zza kolumny na grobie Ila, Parys napiął łuk i ranił Diomeda strzałą w stopę, chełpiąc się głośno. Tydejd wzgardził nim jako łucznikiem i uwodzicielem kobiet: rana od „nikczemnego człeka" jest jak cios dziecka albo baby, podczas gdy każdy pocisk z jego ręki niesie śmierć. Odyseusz zasłonił go ciałem, a Diomedes wyrwał grot ze stopy i musiał odjechać do okrętów.
Na placu został sam Odyseusz, bo wszystkie roty pierzchły. W krótkim monologu rozważył: ucieczka okryłaby go hańbą, lecz osamotnienie grozi zgubą — postanowił jednak wytrwać, bo „mąż wielkiego serca" stoi na miejscu, czy zwycięża, czy ginie. Otoczony przez pancernych Trojan walczył jak osaczony dzik: zabił Dejopejta, Toona, Ennoma, Chersydama i Charopa, syna Hippasa. Wówczas brat Charopa, bogom równy Sokus, pchnął go dzidą przez tarczę i pancerz, zdzierając skórę z żeber — lecz Pallada nie dała grotowi sięgnąć wnętrzności. Odyseusz, poznawszy, że rana niegroźna, cofnął się i zabił uciekającego Sokusa pociskiem między ramiona. Gdy jednak krew obficie spłynęła z jego rany, Trojanie tłumnie nań natarli; trzykroć krzyknął z całych sił, a głos przeniknął do Menelaja. Ten wezwał Ajasa: Itak w niebezpieczeństwie, otoczony, sam nie oprze się wielu. Znaleźli go wśród trojańskiej ciżby jak rannego rogacza, którego szarpią szakale, póki nie nadejdzie lew i ich nie rozproszy — tak na widok Ajasa z puklerzem „na kształt wieży" Trojanie pierzchli. Menelaj wyprowadził Odysa z boju i wsadził na wóz.
Teraz Ajas wpadł na Trojan: zabił Dorykla (nieprawego syna Pryjama), Piraza, Lizandra, Pilarta i Pandoka, gromiąc szeregi jak wezbrana rzeka waląca dęby i krzewy ku morzu. Hektor tymczasem walczył na lewym skrzydle, nad brzegiem Skamandru. Lecz oto Zeus zesłał strach na samego Ajasa: zdumiony zarzucił na grzbiet siedmioskórny puklerz i zaczął cofać się wolnym krokiem, rozglądając się jak zwierz. Poeta maluje go podwójnym porównaniem — raz to lew odpędzany od obory pochodniami i grotami czujnych pasterzy, który smutno ryczy odchodząc o świcie głodny; raz to leniwy osioł, którego chłopcy próżno okładają kijami na łanie zboża, póki się nie napasie. Tak Ajas, choć niechętnie, ustępował, wciąż jednak hamując zapęd Trojan i nie dając im dostępu do floty — sam jeden wystarczał obu wojskom.
Tymczasem Nestor wiózł ku nawom rannego Machaona, „narodów pasterza". Dostrzegł ich Achilles, stojący na wierzchołku swego okrętu i przyglądający się z dala krwawej bitwie. Wezwał Patrokla i posłał go do Nestora, by dowiedział się, kogo ranny wódz wiezie na wozie — sądził, że to lekarz Machaon, lecz widział go tylko z tyłu i nie miał pewności. Patrokl, posłuszny przyjacielowi, pospieszył wzdłuż greckich naw i namiotów — niepozorne posłanie, które stanie się pierwszym ogniwem łańcucha wiodącego ku jego własnej śmierci. Nestor i Machaon dotarli już do obozu, gdzie wierny Eurymedon wyprzągł spocone konie.
Patrokl dotarł do namiotu Nestora. Starzec powstał, ujął go za rękę i prosił, by usiadł, lecz posłaniec się wymówił: przyjaciel, „którego wola jest dla mnie prawem", kazał mu tylko dowiedzieć się, kogo ranny wódz przywiózł z pola — a teraz, poznawszy Machaona, chce biec z powrotem do Achilla. Nestor odpowiedział długą, gorzką mową. Dziwił się litości Achillesa, który „nie wie, jak ciężko Greki los wojny przyciska": wyliczył rannych wodzów — Diomedesa przeszytego strzałą, Odyseusza i Agamemnona zranionych dzidą, Eurypila trafionego w biodro, wreszcie wiezionego właśnie Machaona. Czyż Pelida sięgnie po oręż dopiero wtedy, gdy „wszelki odpór na nic się nie przyda"? Przypomniał też Patroklowi przestrogę, jaką dał mu ojciec Menojtios, wysyłając go pod Troję: Achilles z rodu i siłą cię przewyższa, lecz tyś starszy wiekiem — bądź mu radą, „proś, zachęcaj, przekładaj", a gdy uzna swe dobro, usłucha. Niech więc Patrokl spróbuje wzniecić w nim ochotę do boju; „jak mocna z ust przyjaźni idąca przestroga!". Słowa te przeszyły Patrokla na wskroś.
W drodze powrotnej, mijając okręty Odyseusza, spotkał rannego Eurypila, syna Euemona: kulejącego, zlanego potem, z którego biodra wciąż sączyła się czarna krew. Patrokl, litując się nad dolą Greków, zapytał, czy zdołają jeszcze wstrzymać Hektora. Eurypil odrzekł, że nic już ich nie zbawi od zguby, bo najwaleczniejsi leżą ranni przy okrętach — i błagał, by go ocalić: zaprowadzić do namiotu, obmyć ranę ciepłą wodą, wyrznąć grot z biodra i przyłożyć balsam. Patrokl, choć rwał się do Achillesa, nie opuścił go: podparł rannego własnymi ramionami, ułożył na wolich skórach, wyciął ostry grot, obmył krew i przyłożył utarty na proch korzeń, którego znał działanie. Ból zelżał, rana oschła, krew przestała płynąć.
Księga XII
Gdy Patrokl opatrywał Eurypila, bitwa wrzała coraz zacieklej. Grecki mur i głęboki rów, którymi zasłonili flotę i łupy, okazywały się słabą obroną — wznieśli je bowiem, „zaniechawszy wprzód bogom miłe bić stugłowy", i dlatego dzieło bez woli nieśmiertelnych miało wziąć „smutny koniec" (narrator zapowiada przyszłą zagładę wału). Pod murem trzeszczały wieże, a Grecy chronili się za okopy przed Hektorem, który szedł jak nawałnica — porównany do lwa czy odyńca osaczonego przez psy i mężów, którego męstwo tylko przyśpiesza zgubę. Rumaki jednak nie śmiały skoczyć przez rów najeżony ostrymi kołami i rżały nad jego brzegiem. Wtedy roztropny Polidam doradził: nie próbujmy przesadzać rowu wozami, bo w ciasnocie polegniemy — zostawmy woźniców i konie przy rowie, a sami w zwartych rotach idźmy pieszo za Hektorem. Wódz przyjął radę, zeskoczył w lśniącej zbroi, a za nim wszyscy rycerze; podzielili siły na pięć ogromnych zastępów, z których najliczniejszy poprowadzili Hektor i Polidam ku murom.
Gdy stanęli nad rowem, ukazał się złowróżbny znak: orzeł nadleciał z lewej strony, niosąc w szponach żywego, skrwawionego węża, który — choć przeszyty pazurami — wygiął się i ukąsił ptaka w szyję; raniony orzeł upuścił go wśród wojska i z krzykiem uleciał, a wąż spadł między szyki. Trojanie zadrżeli, poznając w tym wieszczbę od Zeusa. Polidam odczytał ją Hektorowi: jak orzeł nie doniósł zdobyczy do gniazda i odleciał próżen łupu i raniony, tak i Trojanie, choćby wyłamali bramy i zmusili Greków do ucieczki, nie wrócą tą samą drogą szczęśliwie — wielu legnie, broniących nawy Grek pobije. Niech więc nie walczą o okręty. Hektor odpowiedział surowo, że rada ta go gniewa i że bogowie odjęli Polidamowi rozum. Czyż miałby zapomnieć obietnicy Zeusa, stwierdzonej znakami, i kierować się „płochym ptaków lotem"? Gardzi nim — wszystko jedno, czy lecą na prawo ku wschodowi, czy na lewo, skąd rodzi się ciemność. „Jedna prawdziwa wieszczba: bić się za ojczyznę!" Zarzucił Polidamowi, że chroni się boju, i zagroził, że jeśli ten cofnie się lub zwodniczą mową ostudzi zapał innych, sam zada mu śmierć.
Hektor ruszył na czele, a Zeus zesłał z Idy wiatr pędzący piasek na okręty, „miękcząc umysły w Grekach" i wzmagając zapał Trojan. Ci jęli podważać drągami wręby muru, wzruszać wieże, dęby i przyciesie, by wyłamać otwór; Achaje zaś bronili się gradem grotów i kamieni, kryjąc wieże rzędem tarcz. Obaj Ajasowie obiegali roty, zagrzewając rycerzy każdego rzędu — by nikt nie pierzchnął przed groźbą Hektora, lecz dodając sobie wzajem serca, odparli wroga aż pod bramy miasta. Kamienie sypały się gęsto jak płatki śniegu w zsyłanej przez Zeusa zimowej zawiei, a wzdłuż muru grzmiało powietrze wrzaskiem mężów i trzaskiem głazów.
Nie złamałby jednak Hektor bram i wrzeciądzy, gdyby Zeus nie wzmógł męstwa w swym synu Sarpedonie, by jak lew wpadł na greckie roty. Wódz Lików, z dwiema dzidami i pięknym, krytym blachą i obwiedzionym złotem puklerzem z byczych skór, parł na mur niczym wygłodniały górski lew, który mimo psów i pasterzy nie odejdzie od owczarni, póki czegoś nie porwie albo sam nie padnie raniony. Do Glauka, syna Hippolocha, zwrócił słynną mowę: dlaczego w Licji czczą ich jak bogów — pierwsze miejsca na ucztach, najlepsze mięso, pełniejsze czasze, rozległe niwy nad Ksantem z winnicami i żniwami? Po to, by stawali pierwsi tam, „gdzie Ares plon najgęstszy ściele", aby Likowie mogli mówić, że ich wodze godne są swego miejsca. Gdyby, unikając wojny, mogli pozostać wiecznie młodzi i nieśmiertelni, sam by nie szedł w bój ani jego do sławy nie zachęcał — lecz skoro nad każdym wisi wyrok i „tysiączne do śmierci prowadzą nas drogi", trzeba walczyć: „lub miejmy z kogo chwałę, lub z nas dajmy komu". Glauk przejął ten szlachetny zapał i obaj ruszyli na czele świetnego likijskiego zastępu.
Przeraził się Menestej, broniący wieży na czele ateńskiej młodzieży, i jął rozglądać się za mężem, który by go wsparł. Dostrzegł obu Ajasów, zlanych potem, oraz Teukra świeżo przybyłego z namiotu — lecz wśród łoskotu tarcz, przyłbic i bram nie mógł się dokrzyczeć. Posłał więc woźnego Toota z prośbą, by przybyli Ajasowie, obaj jeśli można, bo likijskie hordy niosą broń straszną, a wszystkie ich waleczne wodze obróciły siły przeciw tej wieży; gdyby zaś i tam Ares srodze nękał, niech przynajmniej przyjdzie wielki syn Telamona ze sławnym łucznikiem Teukrem. Woźny pobiegł wzdłuż muru przez dzidy i miecze, by powtórzyć Ajasom to wezwanie.
Telamoński Ajas posłał syna Oileja, by wraz z Likomedem zagrzewał obrońców, a sam z łucznikiem Teukrem (któremu giermek Pandyjon niósł łuki) pospieszył ku wieży Menesteja. Tam likijscy wodzowie darli się na mur niczym gwałtowna chmura. Ajas zabił towarzysza Sarpedona, Epikla, zrzucając nań z wysokości ogromny głaz — taki, jakiego „dziś" człowiek w kwiecie wieku ledwie by udźwignął obiema rękami — aż pękł szyszak i strzaskały się kości, a tamten runął z wieży jak nurek. Teukr ranił strzałą Glauka w obnażone ramię, zmuszając go do skoku z muru i ukrycia się wśród swoich. Zmartwiony odejściem druha Sarpedon tym zacieklej natarł: przebił dzidą Alkmajona, a potem chwyciwszy dębową koronę wieży, wyrwał ją z wrębu i otworzył w murze szeroki wyłom dla wielu rot. Razem uderzyli nań Teukr i Ajas — strzała trafiła w pas, dzida przedarła puklerz — lecz Zeus nie dał zginąć synowi przy nawach; Sarpedon cofnął się tylko nieco, wołając do Lików, że choć przełamał mur, sam drogi do okrętów nie otworzy, i wzywając ich do wspólnego natarcia.
Bitwa stanęła w równowadze. Poeta maluje ją podwójnym obrazem: dwóch sąsiadów z miarami w ręku spierających się o granicę roli, nie chcących ustąpić ani stopy ziemi; oraz skrzętnej prządki, która waży wełnę, póki obie szale nie zrównają się dokładnie, by zarobić na chleb dla dzieci — tak równo ważyły się losy obu wojsk. Aż wreszcie Hektor dostrzegł chwilę, w której Zeus przeznaczył mu największą chwałę. Chwyciwszy ostry, wielki kamień leżący przed murem — taki, że „dziś" dwaj mężowie ledwie wtoczyliby go na wóz, a on niósł go lekko jak pasterz runo — stanął przed wrotami, rozkraczył nogi i z rozmachem cisnął głaz w sam środek bramy. Skruszył zawiasy i poprzeczne zapory; podwoje z hukiem wyskoczyły na bok. Podobny czarnej burzy, z miedzianą zbroją lśniącą groźnym blaskiem, z dwiema dzidami w rękach i ogniem w oczach, Hektor wpadł w bramę — nikt prócz bogów nie zdołałby go wstrzymać. Na jego wołanie Trojanie tłumem wdarli się przez wyłom i przez bramy, a strwożeni Grecy pierzchli ku nawom; nad brzegiem powstał zgiełk i wrzawa.
Księga XIII
Doprowadziwszy Hektora i Trojan pod greckie okręty, Zeus odwrócił od nich jasne oczy i spojrzał ku siedzibom konnych Traków, Mizów i Hippomolgów — ludu pijącego mleko klaczy, „najsprawiedliwszych z ludzi i najdłużej żyjących". Pewien był, że żaden bóg nie ośmieli się wesprzeć którejś ze stron. Lecz Posejdon czuwał: z zalesionego szczytu Samotraki, skąd widać Idę, Troję i achajską flotę, z bólem patrzył na klęskę Greków i gniewał się na brata. Zszedł z góry, aż lasy i skały drżały pod jego stopą, i jadąc rydwanem ledwie muskał wody, by stanąć przy okrętach. Przybrawszy postać i głos wieszczka Kalchasa, zagrzał obu Ajasów: niech ratują Greków nie ucieczką, lecz męstwem; właśnie tu, gdzie Hektor — mieniący się synem Zeusa — najzajadlej naciera, grozi ostateczna zguba, lecz jeśli bóg natchnie ich serca, odeprą go, choćby sam Zeus przy nim stał. Dotknął ich berłem, wlewając im niezwykłą moc, lekkość i zapał, po czym znikł jak jastrząb spadający ze skały. Ajas Oilejczyk pierwszy poznał, że to bóg — po kroku odchodzącego — i obaj wyznali sobie wzajem, że płoną żądzą boju, gotowi sami uderzyć na Hektora.
Posejdon pospieszył jeszcze zagrzać tylne szyki: znużonych, zrozpaczonych Greków, którzy widząc Trojan za murem płakali nad nawami i życiem. Pod postacią Kalchasa zawołał z ogniem: „O hańbo, grecka młodzi!" — Dardanie, niegdyś podobni do rozpierzchłych po lesie łań, niezdolni znieść samego widoku Achajów, dziś niosą bój pod samą flotę, a wszystko przez „błąd króla i wojska niezgodę"; niech strząsną gnuśność, bo nie przyszedł zagrzewać nikczemników, lecz dziwi go bezczynność najlepszych. Wokół Ajasów zwarł się gęsty, nieprzełomny szyk — szyszak przy szyszaku, puklerz przy puklerzu, kity mieszające się na hełmach — tak groźny, że „Ares by nań, Pallas patrzała z uśmiechem". Hektor uderzył na czele jak głaz oderwany siłą wód, co skacze po progach, lecz na równinie traci pęd i znieruchomieje: rozbił się o gęsty rząd włóczni i musiał się cofnąć, wołając do Trojan i Lików, by trwali, bo Zeus grzmiący wzmaga jego ramię i nie udziela płonnych nadziei.
W zaciętej walce Teukr przebił pod uchem Imbriosa — ten padł jak okazały jesion ścięty toporem. Gdy Teukr rzucił się obdzierać trupa, Hektor cisnął nań dzidę; chybił, lecz trafił Amfimacha, wnuka Posejdona. Hektor sięgnął po jego szyszak, ale odparł go Ajas, choć dzida nie przebiła zbroi; Trojanin niechętnie porzucił łup, a Grecy unieśli oba ciała — Stychij i Menestej dźwignęli Amfimacha, Ajasowie zaś Imbriosa, jak lwy niosące przez gąszcz łanię wydartą psom. Oilejczyk, mszcząc Amfimacha, uciął Imbriosowi głowę i cisnął ją w tłum Trojan: potoczyła się jak kula po piasku i padła u stóp Hektora. Śmierć wnuka jeszcze bardziej rozwścieczyła władcę morza; obiegając namioty i okręty, pragnął, by krew dardańska lała się potokiem. Wtedy zaszedł mu drogę Idomenej, który dopiero co wyniósł z pola rannego towarzysza i oddał go lekarzom. Posejdon, pod postacią uwielbianego przez lud Toasa, pana Kalidonu i Pleurony, zaczepił go pytaniem, gdzie owe dumne greckie pogróżki o rychłym upadku Troi. Kreteński wódz odrzekł, że winić dziś nie można nikogo — nikt nie zna trwogi, każdy walczy mężnie…
Posejdon zachęcił Idomeneja, by wziął najlepszą broń i walczył u jego boku — „i słabych broń złączona wiele może zrobić" — po czym zniknął wśród wojska. Kreteński wódz wrócił do namiotu, chwycił dwa dziryty i lśniącą zbroję, z której miedź strzelała blaskiem jak piorun Zeusa, i ruszył w pole z towarzyszem Meryjonem; szli jak Ares z synem Postrachem. Na ich widok Trojanie zbiegli się tłumem i pod nawami wszczął się bój zacięty jak burza piaskowa, gdy sprzeczne wichry warczą szumem.
Rozpoczęła się arysteja Idomeneja. Pierwszy padł Otryjonej, Trak, który zalecał się do Kasandry i zamiast zwykłych darów obiecał Pryjamowi odpędzić Achajów — Idomenej, przebiwszy go dzidą, urągliwie ofiarował mu „w nagrodę" najpiękniejszą z córek Atrydy, jeśli pomoże złamać bramy Troi, i kazał iść do floty układać się. Gdy ciągnął trupa, nadbiegł chcący pomsty Azjos; Kreteńczyk utopił mu dzidę w gardle — runął jak ścięty dąb, gryząc piasek — a Antyloch dobił jego osłupiałego woźnicę i uprowadził konie. Deifob cisnął na Idomeneja, lecz ten skrył się pod ogromny puklerz; grot trafił Hypsenora w wątrobę, a Trojanin chełpił się, że posłał Azemu „towarzysza w drodze" do Hadesu. Wnet Idomenej zabił Alkatoosa, zięcia Anchiza i męża Hippodamii (najstarszej i najwdzięczniejszej z jego córek): Posejdon zmroczył rycerzowi wzrok i skuł członki, tak że stał nieruchomy jak słup, gdy włócznia wbiła mu się w serce, wciąż drgając. Pyszny wódz wyzwał Deifoba, chełpiąc się boskim rodem — od Zeusa przez Minosa i Deukaliona.
Deifob, niepewny, wezwał z tyłu wojska Ajneasza, który chował urazę do Pryjama za to, że mimo męstwa nie był przezeń szanowany; widmo zguby zięcia (Alkatoosa, swego wychowawcy) ruszyło go do walki. Idomenej nie zląkł się, lecz jak ufny w siłę odyniec najeżający grzbiet czekał nań, wzywając na pomoc towarzyszy — Afareja, Askalafa, Deipira, Antylocha, Meryjona. Nad ciałem Alkatoosa wybuchł zażarty bój. Ajneasz chybił Idomeneja, ten zaś zabił Ojnomaja, lecz osaczony nie zdołał zedrzeć zbroi ani szybko uskoczyć — bronił się już tylko wstępnym bojem, bo wiek odjął mu dawną zwinność. Deifob, mszcząc się, chybił go i trafił Askalafa, syna Aresa — a sam bóg wojny nic o śmierci syna nie wiedział, siedząc z innymi bogami na złocistych obłokach, bo Zeus nie pozwolił im wyruszyć na wojnę. O zwłoki Askalafa rozgorzała walka: Deifob zdarł mu hełm, lecz raniony przez Meryjona w ramię upuścił łup, a brat Polites wyniósł go z pola na wóz, jęczącego i zlanego krwią.
Rzeź wzmagała się dalej. Ajneasz przebił gardło Afareja; Antyloch — którego Posejdon osłaniał od śmierci — zabił uciekającego Toona, przeciąwszy mu żyłę wzdłuż grzbietu. Helenos rozłupał mieczem skroń Deipira. Wówczas Menelaj rzucił się na Helena: strzała Trojanina odbiła się od jego kirysa jak bób odskakujący z opałki wiejacza, a oszczep Atrydy przybił Helenowi rękę do łuku — Agenor wyjął grot i obwiązał ranę procą z wełny. Następnie natarł Pejzander; jego dzida złamała się o tarczę Menelaja, ten zaś mieczem rozciął mu czoło nad nosem, aż kości pękły i oczy wypłynęły na ziemię. Stanąwszy nogą na piersi konającego i zdzierając zbroję, Menelaj rzucił Trojanom gorzkie oskarżenie: bez żadnej krzywdy porwali mu majątek i młodą żonę, którą gościnnie przyjął jego dom, a teraz chcą spalić flotę — lecz Zeus, opiekun gościnnych stołów, pomści zdeptane prawo gościnności i obróci ich miasto w popioły.
Księga XIII (dokończenie) + Księga XIV
Hektor, przełamawszy bramy, obiegł lewe skrzydło szukać swoich wodzów. Zastał tam spustoszenie: Deifob i Helenos wycofani z ranami, reszta poległa lub w rozsypce. Parysa i Helenę znalazł daleko od boju — Parys przy swoim namiocie polerował miecz i oręż, Helena rozdzielała służebnicom roboty. Gniew Hektora opadł na brata jak kamień: „Złowróżbny Parysie! Cała na tym zręczność — uwodzić kobiety!"; pytał o rannych wodzów, grożąc, że dzień gnuśności może mu nie wybaczyć. Parys nie zaprzeczył ani słowa: przyznał, że opuścił pole wyłącznie po chwilowe odprężenie po hańbie pojedynku, i zaręczył, że dogoni Hektora zanim ten obróci się w polu. Tak też się stało — gdy Hektor ruszył na czele swoich jak śnieżna góra przetaczająca się przez równinę, a miedziany oręż wokół niego błyszczał jak pożar, Parys dopadł go cicho jak wypasiony koń rwący z uwięzi ku rzece.
Lecz przy nawach czekał już Ajas Telamoński. Gdy Trojanie szły ławą, on wyszedł naprzeciw samemu Hektorowi i twardo ogłosił: „Zeusa tylko mściwa przytłacza nas ręka — nie ciebie samego". Gdyby nie boskie wsparcie, dawno Ilijon leżałby w gruzach. Hektor odparł z podobną pychą: jeśli jest potomkiem Zeusa i Hery, ten dzień będzie dla Ajasa ostatnim. Zagrozał, że ciało jego dostanie się na pastwę sępów. Tu z prawej przelatał orzeł — ptakiem radości krzyknęły greckie roty; dobry znak umocnił ich wolę, a Trojanów przeszedł zimny dreszcz.
Tymczasem przy okrętach stary Nestor wyszedł z namiotu, gdy do uszu dobił mu coraz głośniejszy wrzask. Wziął puklerz syna i dzidę, wyszedł — i ujrzał to, przed czym drżał: warowny mur lekty rozbity, Trojanie już za nim. Zawiesił się na chwilę jak wędrowiec nad głęboką rzeką i postanowił szukać wodzów, nie pierzchających szeregów. Spotkał Agamemnona, Odyseusza i Diomedesa wspierających się na dzidach z dala od boju — wszyscy trzej ranni. Agamemnon przemówił z czarną rezygnacją: mur upadł, Zeus zmienił obóz, jedyne wyjście to wciągnąć okręty bliżej morza, rzucić kotwice za rufą — w nocy Hektorowi nie będzie się chciało gonić po wodach. Odyseusz spojrzał na niego jak na wroga, któremu pomyliły się strony: „O rado bezrozumna! O haniebna mowo!" — jeśli wojsko zobaczy ciągnione okręty, wiara pryśnie, każdy będzie myślał o statku, nie o walce. Agamemnon pokornie się cofnął i prosił o lepszą radę. Dał ją Diomedes: niech wszyscy ranni pójdą mimo to do szyków — nie walczyć, lecz być widoczni; żołnierz widząc swego zranionego wodza w pierwszym rzędzie nabierze więcej odwagi niż po mowie dziesięciu heroldes. Przyjęli to bez sprzeciwu i ruszyli.
Posejdon nie tracił z oczu Greków. Pod postacią siwego starca stanął przy Agamemnonie, ujął go za rękę i zapowiedział spokojnie: siły bogów nie stoją przy Achillesie — wnet ujrzy, jak hufce Hektora pędzą z powrotem pod mury Troi. A potem ryknął tak, że zdawało się, jakby naraz wrzasnęło dziesięć tysięcy mężów w bitwach — zimny strach objął Trojan, a w każdym Greku zapłonął na nowo zapał do walki.
Hera z Olimpu widziała brata pośród walczących Achajów i cieszyła się, lecz widziała też Zeusa na Idzie. Ułożyła podstęp: jeśli uda jej się uśpić Zeusa miłością, Posejdon będzie mógł wspierać Greków bez przeszkód. Sen-Hypnos nie chciał się z początku zgodzić — wspomniał dawny gniew Zeusa, gdy kiedyś zasnął go na prośbę Hery i tylko cudem umknął karze. Lecz gdy Hera przyrzekła mu w nagrodę jedną z Charyt, przystał i ukrył się na Idzie w gałęziach jodły. Hera przystąpiła do Kronidy obleczona w wonne olejki i boskie ozdoby; Zeus porwał ją w ramiona, a Sen natychmiast pobiegł do okrętów z radosną wieścią dla Posejdona: „Śpi Kronid — Hera zwiodła miłością, jam zamknął powieki — teraz możesz wspierać Achajów śmiało!"
Posejdon nie tracił chwili. Stanął wśród walczących i zarządził zamianę broni: kto ma słabą tarczę — niech ją odda silniejszemu w zamian za lepszą; kto ma grubą dzidę — niech się przesuwa do przodu. Sam ujął miecz błyskający jak błyskawica i poprowadził szyk pod boskim okrzykiem — nikt z Trojan nie ważył się podnieść na niego broni, a serca wszystkich przeszył zimny strach.
Księga XIV (dokończenie) + Księga XV
Hektor, prowadząc Trojan z mieczem Posejdona, pierwszy ruszył na Ajasa — ale obydwa pasy Telamończyka, jeden od tarczy, drugi od miecza, krzyżując się na piersiach, spędziły grot w bok. Rozżarty, wycofał się między swoich. Ajas nie pozwolił chwili przeminąć: porwał jeden z wielkich głazów podpierających nawy i cisnął go w Hektora — uderzył pod szyją. Wódz runął w piasek jak dąb obalony piorunem Zeusa, z hukiem i zaduchem siarki; przychwytująca go obłokiem żywica spada do kolan. Grecy z krzykiem rzucili się za łupem, lecz Polidam, Glauk, Ajnejasz, Sarpedon i Agenor zasłonili go puklerzami, a ziomkowie dźwignęli go na ramiona i zawieźli na wóz. Przy Ksancie wodą zlali mu skronie — Hektor odetchnął, otworzył oczy, podniósł się na nogi, po czym ponownie runął — cios był zbyt srogi. Czarna krew wciąż wyrzucała się z piersi.
Grecy natarli na osłabione szyki. Ajas Oilejczyk przebił Satnijosa, a nad trupem wszczął się spór; Polidam zemścił się na Protenorze, wbijając mu oszczep w prawe ramię i wielce się przechwalając. Wówczas Telamoński Ajas odpowiedział grotem w szyję Archelocha — żyły obiedwie podcięte, padł twarzą nim zdążył kolanem dotknąć ziemi. Ajas wskazał Polidamowi: to wyrównanie rachunku. Akamas mścił zabitego brata, obalaąc Promacha, a potem sam chełpił się zuchwale; wówczas Penelej wpadł w gniew i rzucił się za Akamasem — ten się uchylił, lecz zamiast niego oszczep wbił się przez źrenicę Ilioneja, jedynaka Forbasa, aż wyszedł z tyłu czaszki. Penelej dopadł go z mieczem i ściął głowę tak, że pozostała na dzidzie z hełmem — i wzniósł ją na ostrzu, wywołując na Trojanów blady strach. Grecy śmiało ścigali pierzchającą rzeszę.
Wtedy na Idzie obudził się Zeus — wyrwał się z ramion Hery i spojrzał z góry. Widok go zatrwożył: Trojanie w rozsypce, Posejdon prowadzi Greków, Hektor leży ranny przy Ksancie, ledwie oddycha. Bóg zabolał nad losem rycerza. Posłał Irydę z krótkim, twardym rozkazem: Posejdon ma opuścić bitwę i zejść do morza lub stawić się na radę bogów. W razie nieposłuszeństwa Zeus sam przyjdzie z wojną i zetrze go siłą, choć niechętnie.
Posejdon przyjął posłanie z gniewem: Zeus za dużo sobie przywłaszcza. Gdy Kronos dzielił świat po żrebie, jemu przypadły morza, Hadesowi cienie podziemia, a Zeusowi niebo; ziemia i Olimp pozostały wspólne wszystkim — nikomu więc nie wolno wydawać rozkazów w cudzym dziedzictwie. Nie ugnie karku i grożącej ręki się nie zlęknie. Irys łagodnie odwiodła go od sporu: wie, że sprawa jest słuszna, lecz krzywda mścić się na starszym bratem — Jędze stoją za pierwszeństwem roku. Posejdon westchnął i ustąpił, przyzwając tylko na świadka Zeusa: jeśli ten kiedykolwiek zechce teraz ocalić Troję i zdradzić Greków, których ocalenie bogowie ustalili wspólnie — będzie to zerwanie przymierza, którego Kronida zapłaci wieczną nienawiścią. I zstąpił w głębiny.
Zeus posłał Apollina z nową misją: niech weźmie egidę i stanie przy Hektorze, wlewając w niego odwagę i odganiając Greków. Feb zleciał z Idei jak jastrząb. Застał Hektora siedzącego, nie leżącego — zdołał odsiedzieć się przy przyjaciołach, trochę siły wróciło. Apollo przemówił do niego krótko: Zeus przysyła pomocnika — nie bój się. Hektor, posłyszawszy głos boga, zerwał się jak koń, któremu ktoś zerwał uwięź — pędzi do rzeki, skacze, grzywa powiewa, on sam dumnie prężąc szyję leci na pastwisko klaczy. Tak oto wielki Hektor ruszył wielkim krokiem na czele swoich, a Grecy — ścigający jeszcze przed chwilą pierzchłych Trojan — zamarli na ten widok.
Apollo maszerował przed nimi, trzymając w rękach egidę Zeusa: niesforną, frędzlową, rzucającą groźny blask od skraju do skraju pola. Póki nie zwrócił jej wprost ku Grekom, bój ważył się na obie strony; gdy zaś skierował egidę i zahuczał z piersi, mężniejsi poczuli w sobie coraz mniejszy opór — uciekali jak stado wołów, na które w nocy napadły dwa lwy gdy pasterz śpi. Hektor zachęcał Trojan, by szli prosto na nawy, nie taszcząc łupów: każdy, kto się zatrzyma, dostanie jego miecz. Apollo tymczasem rozbijał grecki mur — kruszył go i zasypywał rowem tak lekko, jak dziecko rozgrzebuje zamek z piasku. Pod stopą boga urosła droga szersza niż rzut oszczepem, i Trojanie wybrali się tą drogą, a podtrzymywana przez Greków bariera wcześniej czy później musiała runąć.
Księga XV (koniec) + Księga XVI (początek: Patrokl przed Achillesem)
Zanim ostrze walki dosięgło okrętów, Patrokl opuścił namiót rannego Eurypila — widząc, że Trojanie przerwali mur i Grecy uchodzą bez ładu, szlochał, bijąc się dłońmi w uda, i oznajmił przyjacielowi, że biegnie wzbudzić w Achillesie chęć do boju. Eurypil pozostał bez pomocy.
Tymczasem przy nawach walka przybrała charakter oblężniczy: Grecy z pokładów bronili się długimi drągami kutymi w miedź, Trojanie z wozów sięgali pikami. Hektor zwarł się przy jednej z naw z Ajasem — ani ten nie mógł jej spalić, ani Ajas go odegnać. Gdy Kaletor, syn Klitosa, podniósł głownię, by podpalić burt, Ajas przebił go dzidą w piersi; pochodnia wypadła z martwej ręki. Hektor, ujrzawszy śmierć krewniaka, zawołał na Trojan, Dardanów i Likijczyków, by nie ruszali się z miejsca — i cisnął dzidę w Ajasa. Chybił, lecz trafił w głowę Likofrona, towarzysza Ajasa od lat, wygnańca z Kytiry: ten pospadł bez życia z krawędzi nawy. Ajas poprosił brata Teukra o łuk.
Teukros przybył z kołczanem pełnym grotów i gęsto strzelał: trafił w szyję Klejtosa, woźnika Polidama, który pędził rydwan w sam środek zmagań, szukając chwały na oczach Hektora. Konie strzeliły bez powodu, wóz się zakołysał. Polidam chwycił zwierzęta i oddał je Astynojowi na straż. Gdy Teukros naciągał strzałę mierzoną w Hektora, Zeus zerwał mu cięciwę: strzała upadła, łuk wypadł z rąk. Ajas kazał bratu porzucić łuk i wziąć dzidę i tarczę — walczyli więc dalej bez strzał.
Widząc to, Hektor zawołał na swoich, że Zeus daje znak niechęci ku Achajom. Mowa jego była płomienna: pięknie umrzeć z bronią za ojczyznę, ratując żony i dzieci. Ajas odpowiedział z równą mocą — albo ocalią flotę, albo wszyscy zginą, bo przez morze pieszo do domu nie pójdą. Menelaj zagrzał Antylochusa, by uderzył na jakiegoś wodza trojańskiego; ten zabił Melanipa, lecz gdy spostrzegł, że Hektor rwie się ku niemu z pomstą za brata, uciekł czym prędzej, jak drapieżnik, który nabroił w owczarni i cofa się widząc zbiegających się pasterzy.
Hektor chwycił okręt Protezylaosa — tego samego, który pierwszy wbił dziób w trojański brzeg, a jego wódz zginął jako pierwszy ze wszystkich. O tę nawę rozgorzała walka wręcz: żadnych strzał, żadnych dzid z odległości — rąbano mieczami, kłuto, siekierami rozbijano hełmy. Powietrze chrzęściło od oręży, z rąk wypadały połamane miecze, ziemia ciekła krwią. Ajas skakał z nawy na nawę, wywijając dwudziestodwułokciowym drągiem — jak jeździec cyrkowy przeskakujący z konia na konia w biegu — i dwunastoma ciosami położył tyle samo Trojan pragnących podpalić okręt z pochodnią w ręku.
Wtedy w obliczu Achillesa stanął płaczący Patrokl. Łzy lały mu się jak z górskiego źródła. Achilles, wzruszony, zapytał z łagodnym zdziwieniem, czemu szlocha jak dziewczynka biegnąca za matką i chwytająca ją za skraj szaty — i czy niesie wieść dla wojska, czy dla niego samego.
Patrokl błagał przyjaciela, by pozwolił mu choć w jego zbroi wesprzeć ginących Greków: niech Trojanie, wziąwszy go za Achillesa, struchleją i dadzą Achajom wytchnąć. „Nieszczęśliwy! Nie wiedział, że o zgubę prosił" — komentuje narrator. Achilles wyjaśnił, że nie wyrok ani wieść od matki trzyma go z dala od boju, lecz pamięć krzywdy: Agamemnon, równy mu, śmiał go znieważyć jak włóczęgę i wydrzeć zdobytą po dobyciu miasta Bryzeidę. Mimo to ustąpił — postanowił nie trwać w gniewie wiecznie. Zgodził się dać Patroklowi zbroję i Myrmidonów, by odparł pożogę od okrętów, ale zawarował surowo: po odepchnięciu Trojan od floty ma wracać i nie ścigać wroga aż pod mury Troi, bo to umniejszyłoby chwałę samego Achillesa. Tymczasem osaczony Ajas już słabł — Zeus i gęste pociski go tłoczyły, pot lał się z niego strumieniem; Hektor mieczem odciął miedziany grot jego dzidy, Ajas został z bezużytecznym drzewcem i poznał w tym wolę bogów. Trojanie rzucili na okręt rozżarzone głownie i smolne sosny zajęły się ogniem.
Patrokl uzbroił się w pyszny pancerz Ajakowego wnuka, wziął miecz, puklerz i hełm z groźną kitą oraz dwa oszczepy — nie wziął tylko ciężkiej dzidy Achillesa, której nikt prócz niego udźwignąć nie umiał. Automedon, najwierniejszy po Achillu woźnica, zaprzągł nieśmiertelne konie Ksanta i Balia oraz śmiertelnego Pedaza. Achilles zebrał i zagrzał Ftyjotów (pięćdziesiąt okrętów po pięćdziesięciu ludzi, pięciu wodzów) — ruszyli jak watahy syte krwią wilków idące do źródła. Z osobnej skrzyni, daru matki Tetydy, Achilles wyjął świętą czaszę, z której pił tylko on, obmył ręce i wzniósł wino do Zeusa z Dodony, gdzie prorokujący Sellowie śpią na gołej ziemi z niemytymi stopami. Prosił o dwie rzeczy: by Patrokl odparł wroga i by wrócił cały, z całą zbroją i całym ludem. Zeus jedną część prośby przyjął, drugą odmówił — pozwolił odeprzeć Trojan, lecz zaprzeczył bezpiecznego powrotu.
Patrokl uderzył: na sam widok znanej zbroi Trojanie zmieszali się, sądząc, że Achilles wyrzekł się gniewu. Myrmidoni runęli zwartym murem, Patrokl wbił się w najgęstszy tłok, wozy się druzgotały, rycerze grzęźli czołem w piasku. Tu rozpoczął się epizod Sarpedona, wodza Lików: widząc pierzchających swoich, zeskoczył z wozu naprzeciw Patrokla. Zeus, patrząc na syna skazanego losem, wahał się, czy go unieść z pola — Hera odwiodła go: gdyby ocalił śmiertelnika danego Mojrze, inni bogowie zażądaliby tego samego dla swoich synów; niech raczej Sarpedon zginie, a Sen i Śmierć zaniosą jego ciało do Likii na pogrzeb. Zeus uległ, lecz uczcił chwilę śmierci syna, spuszczając na ziemię krwawą rosę. W starciu (sępy walczące na skale) Patrokl zabił woźnicę Trazymeda, Sarpedon chybił, lecz zabił konia Pedaza, drugim rzutem znów chybił — Patrokl przebił go dzidą prosto w serce. Konający Sarpedon (ryczący byk w paszczy lwa) wezwał Glauka, by bronił jego ciała i zbroi.
Glaukos, sam raniony wcześniej strzałą Teukra w ramię, modlił się do Apollina, który uśmierzył ból i wlał weń siłę; ten zagrzał Lików i przywołał Hektora oraz wodzów trojańskich do obrony zwłok króla. Nad ciałem Sarpedona, wkrótce tak okrytego grotami, krwią i piaskiem, że matka by go nie poznała, zawrzała walka (roje much nad wiadrami mleka). Zeus ważył, czy tu zgładzić Patrokla — odłożył to, pozwalając mu jeszcze raz zatryumfować i przegnać Trojan ku miastu; zesłał strach na Hektora, który wsiadł na wóz i uchodził. Myrmidoni odarli Sarpedona ze zbroi, którą Patrokl odesłał do naw; ciało Zeus kazał Apollinowi unieść spośród strzał, obmyć, namaścić ambrozją, odziać w nieśmiertelne szaty i oddać Snowi i Śmierci, by w mgnieniu zanieśli je do ojczystej Likii.
Patrokl, zapamiętały, ścigał dalej — „głupi", bo gdyby usłuchał ostrzeżenia Achillesa, wybiegłby losu, ale rada Zeusa przemaga nad ludzką. Następuje katalog jego ofiar (Adrest, Autonoj, Echekl, Periym i inni). Już sięgał murów Troi, gdy Apollo, siedzący gniewny na wieży, trzykroć strącił go z szańców własną dłonią uderzając w puklerz, a za czwartym razem krzyknął groźnie: „Pójdź precz! Nie tobie wyroki dały dobyć Troi — ani nawet Achillesowi". Patrokl ustąpił. Apollo w postaci Azjosa, brata Hekuby, podjudził wahającego się Hektora, by zwrócił konie na Patrokla. Patrokl ciężkim kamieniem strzaskał czoło Kebryjona, woźnicy Hektora — ten runął z wozu „jak nurek", a Patrokl szyderczo zażartował, że Troja rodzi doskonałych nurków, gotowych łowić ostrygi nawet w burzliwym morzu. O ciało Kebryjona (dwa lwy nad łanią, dwa wichry łamiące las) walczyli zacięcie do zmierzchu, aż Grecy odarli je ze zbroi. Patrokl, jak Ares, trzykroć wpadł na Trojan z krzykiem, trzykroć kładąc po dziewięciu — lecz za czwartym razem dosięgła go śmierć: Apollo, otoczony mgłą, niewidzialny, uderzył go w plecy, strącił hełm i pancerz, skruszył dzidę i obnażył go z obrony. Oszołomionego z tyłu ranił młody Euforb, syn Pantosa; wreszcie Hektor wbił mu dzidę w głąb wnętrzności i powalił (lew zabijający zziajanego odyńca u źródła). Hektor urągał konającemu, że marzył o zburzeniu Troi i uprowadzeniu jej kobiet — teraz pożrą go psy i sępy. Patrokl omdlałym głosem odparł, że nie Hektor go zwyciężył, lecz Zeus, Apollo i ludzki cios, i przepowiedział: „Światło dzienne niedługo twoje widzi oko — zgubny dla ciebie oszczep jest w Achilla dłoni". Z tymi słowy skonał; dusza, żałośnie skarżąc się na utraconą młodość, uleciała do Hadesu. Hektor, wyrwawszy grot z rany, ruszył na Automedona, lecz nieśmiertelne konie uniosły go z niebezpieczeństwa.
Księga XVII — Walka o ciało Patrokla
Menelaj pierwszy spostrzegł, że Patrokl poległ, i stanął nad jego zwłokami jak jałówka nad pierwszym cielęciem, grożąc dzidą każdemu, kto się zbliży. Wystąpił przeciw niemu Euforb, żądając zbroi i chełpiąc się, że to on pierwszy ugodził Patrokla — i domagając się zemsty za brata Hiperenora, którego niegdyś zabił Menelaj. Menelaj, wezwawszy Zeusa, przebił mu grotem szyję na wylot; Euforb runął, a jego piękne, złotem po charytsku spięte włosy zwalały się w kurz i krew — jak młoda, pielęgnowana oliwka, którą nagły Boreasz wyrywa z korzeniem. Menelaj zabrał się do odzierania zbroi (lew nad porwaną z stada krową), lecz Apollo, zazdrosny o tę chwałę, w postaci Mentesa, wodza Kikonów, podburzył Hektora, wytknąwszy mu daremną pogoń za nieśmiertelnymi końmi Achillesa i śmierć Euforba. Hektor (jak niepowstrzymany pożar) zawrócił z krzykiem. Menelaj rozważył: zostać i polec osaczony, czy odejść — uznał, że nie hańba ustąpić mężowi, którego wspierają bogowie, i cofnął się (lew odpędzany drągami od stajni), oglądając się, by odszukać Ajasa i z nim ocalić choć nagie ciało dla Achillesa.
Nim wrócili, Hektor zdarł z Patrokla świetną zbroję Achillesa i ciągnął ciało, chcąc odciąć głowę i rzucić zwłoki psom — wtem nadbiegł Ajas z puklerzem jak wieża; Hektor wskoczył na wóz, odesławszy zdobytą zbroję do Troi jako pamiątkę chwały. Ajas osłonił zwłoki jak lwica broniąca młodych. Glaukos ostro zelżył Hektora za tchórzostwo: pozwolił Grekom wziąć ciało sprzymierzeńca Sarpedona, a Lików nie warto już trzymać pod Troją; gdyby Trojanie mieli odwagę, mogliby wymienić zwłoki Patrokla za ciało i zbroję Sarpedona. Urażony Hektor odparł, że nie boi się Ajasa, lecz Zeus odbiera męstwo nawet największym — i tu wdział na siebie zdobytą boską zbroję Achillesa, obiecując połowę łupu temu, kto odepchnie Ajasa i uniesie ciało.
Wokół zwłok rozgorzała całodzienna, krwawa rzeź; Ares spotem, kurzem i posoką zwalał walczących. Strony szarpały ciało Patrokla ku sobie jak garbarze rozciągający natłuszczoną wołową skórę — Grecy ku flocie, Trojanie ku miastu. Obie wołały, że wolą zginąć, niż ustąpić zdobyczy. Z boku rzewnie płakały nieśmiertelne konie Achillesa, opłakując zabitego woźnicę: stały nieruchome jak nagrobne kolumny, łzy lejąc na ziemię i grzywami zamiatając piasek; Automedon na próżno je smagał i prosił. Wreszcie Atena, zesłana przez Zeusa, zstąpiła zwiastującą wojnę tęczą i w postaci Fojniksa zagrzała Menelaja, wyrzucając mu hańbę, jaką ściągnie wydanie towarzysza Achillesa psom. Menelaj wezwał jej pomocy; bogini, ucieszona, że jego pierwsze śluby zwróciły się ku niej, wlała mu w członki siłę i zaciekłość muchy, która spędzana wciąż wraca, póki nie skosztuje ludzkiej krwi.
Wzmocniony Menelaj zabił Podesa, zamożnego męża, którego Hektor cenił i sadzał przy swoim stole — ugodził go pod pasem, gdy ten się cofał. Apollo, w postaci Fajnopa z Abydos, podjudził Hektora, wyrzucając mu, że pozwolił słabemu Menelajowi zabić towarzysza. Wtedy sam Zeus chwycił straszliwą egidę, obłokiem zakrył całą Idę, zagrzmiał i wstrząsając tarczą napełnił Greków przestrachem, a Trojan męstwem — los boju przechylił ku Troi. Ajas i Atryd zrozumieli, że bogowie życzą zwycięstwa wrogom: każdy pocisk, słaby czy silny, niesie teraz śmierć Grekom. W mroku Ajas wzniósł słynne błaganie — niech Zeus rozproszy chmury i wróci dzień, „a jeśli do końca zawzięty chcesz nas zgubić, zgub przy świetle słońca!". Wzruszony Kronid rozpędził mgły i przywrócił blask. Ajas polecił Menelajowi odszukać Antylocha, by ten zaniósł Achillesowi wieść o śmierci przyjaciela. Menelaj odszedł niechętnie jak lew odpędzany całonocnymi strażami od stajni, a potem wypatrywał Antylocha wzrokiem orła ścigającego zająca. Znalazł go na lewym skrzydle i obwieścił najsmutniejszą nowinę: Patrokl poległ, Hektor pyszni się w jego zbroi — niech bieży do Achilla, by pomógł ocalić choć nagie ciało. Antyloch oniemiał, mowa skonała mu w ustach, łzy trysnęły z oczu; oddawszy oręż woźnicy Laodokowi, pobiegł z płaczem do okrętów. Menelaj wrócił do zwłok, a wraz z Ajasami i Meryjonem unieśli ciało; Trojanie z wrzaskiem napadli jak psy na rannego dzika, lecz pierzchali, ilekroć Ajasowie zwracali ku nim groźne oblicza. Niosący trupa mężowie dyszeli jak muły ciągnące pod górę ciężki bal, a obaj Ajasowie osłaniali odwrót, niewzruszeni jak grobla, która rzece zawraca najbystrzejsze wały.
Księga XVIII
Achilles, stojąc przed nawami i patrząc na pierzchających ku flocie Greków, otwierał serce najczarniejszym przeczuciom — lękał się, że spełnia się przepowiednia Tetydy i że zginął Patrokl, którego sam ostrzegał, by ugasił pożar i nie ścierał się z Hektorem. Wtem przybiegł zalany łzami syn Nestora i wyrzekł słowa srogie: „Leży Patrokl! O nagie zwłoki Grek się bije, bo już zbroja — Hektora pyszne piersi kryje". Achilla oczy zaszła czarna mgła. Garściami sypał na głowę popiół, szpecąc nim boskie czoło i prześliczne szaty, runął całym ciałem w piasek i wyrywał sobie włosy; Antyloch, płacząc, trzymał jego ręce, bojąc się, by w rozpaczy nie pchnął się żelazem. Na dnie morza usłyszała jęk syna Tetyda; wokół niej zebrały się Nereidy (poeta wylicza ich imiona), bijąc się w śnieżne piersi. Matka zawodziła nad swym losem: wydała na świat największego z bohaterów, wyhodowała go jak krzew na żyznym gruncie i posłała pod Troję, lecz nie ujrzy go więcej w domu Peleja. Wynurzyła się z głębin z orszakiem płaczących bogiń, ujęła głowę syna i spytała o przyczynę łez — wszak Zeus spełnił jego prośbę, by Grecy w hańbie poznali, ile dla nich znaczy ramię Achilla. Syn odparł, że prośba się ziściła, lecz radość obróciła się w żal: zginął ten, którego kochał jak własną duszę, a Hektor dzierży zbroję — ów wspaniały dar bogów dany Pelejowi w dniu ślubu z boginią. Wolałby, by matka pozostała wśród morskich bogiń, a ojciec pojął śmiertelną żonę, niż by miała teraz opłakiwać zgubę syna. Postanowił nie żyć, póki włócznią nie zabije Hektora i nie pomści śmierci przyjaciela. Tetyda przestrzegła go ze łzami: „Jeżeli Hektor zginie, twój zgon się nie zwlecze". Achilles rzekł, że chce zginąć zaraz, skoro nie obronił przyjaciela; pójdzie na zabójcę, a potem niech śmierć spełni wyrok, jak zechcą bogowie — żadne łzy ani zaklęcia matki go nie cofną. Tetyda nie broniła tak chwalebnego dzieła, prosiła tylko, by zaczekał do rana: o świcie wróci z nową zbroją kutą przez Hefajsta. Odprawiła Nereidy w morskie głębie, by zaniosły wieść ojcu, a sama pomknęła ku Olimpowi.
Tymczasem Hektor, pędząc jak pożar, trzykroć chwytał Patrokla za nogi, by uczynić się panem zdobyczy, i trzykroć odpierali go obaj Ajasowie; nie mogli go jednak zatrwożyć, jak pasterze nie odstraszą głodnego lwa od bydła. Byłby wyrwał trupa i zyskał wieczną chwałę, gdyby Hera — w tajemnicy przed Zeusem — nie zesłała Irydy do Achillesa. Posłanka wezwała bohatera: niech wstanie i da pomoc Patroklowi, o którego przed samymi nawami toczy się krwawy bój; Hektor zamierza odciąć poległemu głowę i wsadzić ją na pal. „Wstań więc! I nie leż dłużej w spoczynku niegodnym".
Achilles wstał — bezbronny, bo zbroję miał Hektor — a Pallada zarzuciła mu na ramiona swoją egidę i otoczyła głowę złotą chmurą gorejącą blaskiem. Pomny przestrogi matki, nie zszedł w gąszcz walki, lecz stanął nad okopem i krzyknął, a wraz z nim krzyknęła Atena — głos jego, przeszywający jak trąba zwiastująca szturm, wlał trwogę w serca Trojan. Konie zawróciły wozy, woźnice struchleli; trzykroć krzyknął bohater nad rowem, trzykroć przeszył wrogów strach, a dwunastu przedniejszych mężów zginęło w popłochu, przebitych własnym orężem. Grecy wyrwali wreszcie zwłoki Patrokla z rzezi i złożyli je na pogrzebowym łożu; Achilles szedł za nimi, lejąc obfite łzy nad przyjacielem, którego sam wyprawił z wozem i końmi, a którego żywego już nie uścisnął. Słońce, naglone przez Herę, zaszło wcześniej niż zwykle, kończąc bój.
Po stronie trojańskiej zwołano przed wieczerzą naradę — wszyscy stali, nikt nie śmiał usiąść, przerażeni, że Achilles znów wyszedł w pole. Mądry Polidam radził cofnąć się nocą do miasta i bronić się zza murów i wież, bo nazajutrz nikt nie sprosta zapamiętałości Pelidy w otwartym polu. Hektor odparł gniewnie: dość gnuśnienia za murami; teraz, gdy bóg dał mu osaczyć Greków przy nawach, nie pozwoli zwodzić ludu płochą radą — wojsko ma czuwać zbrojnie w polu, a o świcie stoczyć walkę przy okrętach. Sam zaś nie ustąpi przed Achillesem: „albo mam głowę jego, albo on ma moję". Trojanie z okrzykiem przyklasnęli — „Głupi! Pallas im zdrowe odebrała zdanie": zaufali zgubnej radzie Hektora, wzgardziwszy mądrą radą Polidama.
Przez całą noc Myrmidoni opłakiwali Patrokla, a Achilles, ściskając pierś przyjaciela, jęczał jak lew, któremu myśliwy wykradł młode z gęstwiny. Wyznał, jak zawiódł ojca poległego, Menojtiosa, któremu obiecywał, że odprowadzi syna do domu pełnego sławy i łupów — lecz wola bogów niweczy ludzkie układy, a obu — i jego, i Patrokla — przeznaczono zarumienić krwią tę samą ziemię trojańską. Sam już nie wróci do domu, nie uściska go Pelej ani Tetyda; pierwej jednak nie pogrzebie ciała przyjaciela, póki nie zabije Hektora, jego zabójcy. Kazał obmyć i namaścić zwłoki: słudzy nagrzali w kotle wodę, obmyli ciało, napełnili rany wonnym olejkiem i przykryli zmarłego białym prześcieradłem i płaszczem.
Tymczasem Tetyda przybyła do gwiaździstego, spiżowego domu Hefajsta, który własną ręką wzniósł sobie wśród mieszkań bogów. Zastała kowala spoconego przy miechach — kuł właśnie dwadzieścia trójnogów na koła samotoczne, by same wjeżdżały na zgromadzenie bogów. Powitała ją wdzięcznie żona kowala, Charis, i wprowadziła na ozdobny tron. Hefajstos ucieszył się przybyciem czcigodnego gościa: wspomniał, że gdy matka (Hera), wstydząc się jego kalectwa, strąciła go z Olimpu, to właśnie Tetyda i Eurynome ocaliły go i przez dziewięć lat ukrywały na łonie oceanu — teraz pragnie odpłacić jej za dobrodziejstwa. Wsparty na dwóch złotych dziewczętach-służebnicach, którym bogowie dali ruch, głos i rozum, podszedł do bogini. Tetyda, płacząc, wyłożyła swoją niedolę: wydała na świat najwspanialszego z bohaterów, posłała go na wojnę, lecz nie ujrzy go więcej w domu, a jego krótki wiek pełen jest udręki; teraz Hektor zdarł z poległego Patrokla zbroję syna — i prosi o nową: tarczę, przyłbicę, pancerz i nagolenice. Hefajstos przyrzekł natychmiast: oby tak mógł odwrócić od Achillesa srogą śmierć, jak pewnie wykuje mu zbroję, która zadziwi ludzi swoim blaskiem.
Następuje słynny opis tarczy Achillesa. Kowal wzdmuchnął żar w dwudziestu piecach, rzucił w ogień miedź, złoto, srebro i cynę, ujął kleszcze i ogromny młot, i wykuł wielki, pięciowarstwowy puklerz o potrójnym złotym obwodzie i srebrnym rzemieniu. Na jego powierzchni wyrzeźbił cały obraz świata. Najpierw kosmos: ziemię, niebo i głęboki ocean, słońce w nieustannym biegu, księżyc w pełni i gwiezdne korony nieba — Plejady, Hyjady, potężnego Oryjona i Niedźwiedzicę (Wóz), która jako jedyna nigdy nie zanurza się w wodach oceanu, krążąc wiecznie i wpatrzona w Oryjona.
Dalej wykuł dwa miasta. Pierwsze, miasto pokoju, jaśnieje weselem: przy pochodniach prowadzą orszak nowożeńców, brzmi okrzyk „Hymen! Hymen!", grają flety i oboje, młodzież wiruje w tanecznych korowodach, a niewiasty patrzą z progów. Na rynku tego samego miasta toczy się spór dwóch mężów o zapłatę za zabójstwo — jeden twierdzi, że okup oddał, drugi zaprzecza; obaj odwołują się do sądu, lud się dzieli, woźni go uciszają, a sędziwi sędziowie zasiadają w kręgu na gładkich kamieniach, kolejno biorąc berło i wydając wyroki; pośrodku leżą dwa talenty złota dla tego, kto najsprawiedliwiej rozsądzi. Drugie miasto oblegają dwa wojska, spierające się, czy zburzyć je łupem, czy podzielić bogactwa po połowie; mieszkańcy szykują zasadzkę. Na czele zbrojnej wyprawy stoją Ares i Pallada — oboje ze złota, w złotych szatach, górujący wzrostem nad ludźmi. Zaczaiwszy się nad brzegiem rzeki, gdzie pojono stada, napadli na trzody, zabili pasterzy i uprowadzili bydło; gdy oblegający usłyszeli zgiełk, runęli na wozach i wszczęła się bitwa nad rzeką, w której biły się wzajem strony, a wszystko żyło i oddychało pod boskim dłutem.
Hefajstos wyrył też sceny rolniczego życia: szerokie pole trzykrotnie zorane, po którym oracze zawracają pługi, a gospodarz częstuje ich pucharem wina; ziemia za pługiem czernieje, choć cała jest ze złota — taki cud sztuki. Obok niwa dojrzałego zboża, gdzie żeńcy ścinają kłosy, trzej wiązacze wiążą snopy, dzieci znoszą garście, a w milczeniu, z berłem, raduje się żniwem król; pod dębem słudzy gotują wołu na biesiadę żniwiarzy. Dalej winnica obciążona czarnymi gronami, ogrodzona stalowym rowem i cynowym płotem, do której wiedzie jedna kręta ścieżka — niosą nią owoc weseli chłopcy i dziewczęta, a pośród nich młodzieniec gra na formindze i śpiewa, a młodzież wtóruje mu tańcem i głosem. Wreszcie stado wołów ze złota i cyny, ryczących i biegnących z obory ku szumiącej trzcinami rzece, za którymi idzie czterech pasterzy i dziesięć psów. Na to stado dwa lwy napadają, porywają ryczącego buhaja i pożerają go, a psy i pasterze nie śmią ich odpędzić. Hefajstos wyrył jeszcze dolinę pełną owiec ze śnieżnym runem, z chatami i zagrodami, a obok cudny taneczny korowód — taki, jaki niegdyś Dedal ułożył na Krecie dla pięknej Ariadny: chłopcy i dziewczęta, ujęci za ręce, wirują raz jak garncarskie koło, raz mieszają się w skoki, a pośrodku dwaj akrobaci dają popisy i śpiew; lud przygląda się zachwycony. Na samym skraju tarczy bóg wyrzeźbił szumiące wały Okeanosa, opływające cały krąg. Do tarczy dorobił jeszcze pancerz jaśniejszy od ognia, ciężką, misternie zdobioną przyłbicę ze złotą kitą i cynowe nagolenice, po czym całą zbroję złożył przed matką Achillesa. Tetyda jak jastrząb pomknęła z Olimpu na ziemię, niosąc to przedziwne brzemię.
Księga XIX
O świcie Tetyda przyniosła zbroję synowi, który wciąż ściskał martwe ciało przyjaciela. Wezwała go, by skończył już z bólem — Patrokl zginął z woli bogów — i złożyła przed nim dar Hefajsta. Zbroja jęknęła groźnie; Myrmidoni nie śmieli na nią patrzeć i cofali się z drżeniem, lecz Achillesowi na jej widok rozgorzał w sercu gniew, a oczy zabłysły ogniem. Chwyciwszy ją z radością, zaniepokoił się tylko o jedno: że w czasie jego nieobecności robactwo zepsuje rany poległego Patrokla. Matka uspokoiła go — sama ustrzeże ciało od skażenia, choćby leżało rok cały — i kazała zwołać radę, złożyć gniew i pojednać się z Atrydą. W nozdrza zmarłego wlała czerwony nektar i ambrozję, by zachować zwłoki nienaruszone.
Achilles obiegł brzeg, zwołując Achajów; przyszli nawet sternicy i szafarze, ciekawi widoku rycerza, który tak długo nie pokazywał się w boju. Pierwszy przemówił Pelida: żałował, że niezgoda o brankę wybuchła — lepiej by Bryzeida padła od strzały Artemidy w dniu zdobycia Lirnessu, niż żeby przez nią tylu Greków legło, gdy on trwał w gniewie ku radości Troi i Hektora. Oświadczył, że przezwycięża urazę i staje na czele wojska. Lud krzyknął z radości. Agamemnon odpowiedział ze swojego miejsca, nie wychodząc na środek: winą za nieszczęścia obarczył Zeusa, Mojrę i błądzącą w mroku Jędzę (Atē, boginię zaślepienia), które zaślepiły go, gdy znieważył Achillesa — teraz uznaje swój błąd i pragnie go wynagrodzić wszystkimi darami obiecanymi przez Odyseusza. Prosił tylko, by Achilles zaczekał, aż słudzy zniosą podarki. Pelida odparł, że dary może dać albo zatrzymać wedle woli — teraz liczy się walka, niech czas nie ucieka na słowach.
Roztropny Odyseusz powściągnął jego zapał: nie wolno prowadzić wojska do boju na czczo, bo głodnemu rycerzowi słabną kolana i nie dotrwa do zachodu słońca; niech więc lud najpierw posili się chlebem i winem, a tymczasem Agamemnon na oczach wszystkich zniesie dary i zaprzysięże, że nie tknął branki. Achilles wolałby walczyć natychmiast, nie myśląc o jadle, póki nie pomści przyjaciela — uczta przystoi dopiero wieczorem, gdy zmyją krwią swą krzywdę. Odyseusz, powołując się na starszeństwo i doświadczenie, przekonał go jednak: nie postem czci się zmarłych, bo śmierć kosi codziennie; trzeba opłakać poległych jeden dzień, lecz potem uzbroić się stałością, posilić i bez przerwy stoczyć bój. Agamemnon przysłał z namiotu dary i branki, wśród nich Bryzeidę, a zaprzysiągł, że nigdy jej nie tknął.
Bryzeida, piękna jak Afrodyta, ujrzawszy zmasakrowane ciało Patrokla, krzyknęła, padła na zwłoki i drąc paznokciami pierś, szyję i lica, zawodziła: Patrokl był jej jedynym przyjacielem w niedoli — gdy Achilles zabił jej męża i obalił miasto rodziców, to on ocierał jej łzy i obiecywał, że uczyni ją prawą małżonką Achillesa i wyprawi jej wesele we Ftyi; teraz opłakuje jego dobroć. Inne branki wtórowały jej płaczem — na pozór nad Patroklem, w rzeczywistości każda nad własnym losem. Achilles odmawiał posiłku: wspominał, jak Patrokl niegdyś gotował mu strawę i nakrywał stół, ilekroć wzywał go bój — teraz nie chce nic prócz łez; nawet wieść o śmierci ojca nie zadałaby mu boleśniejszej rany. Jego żałość poruszyła obecnych wodzów, z których każdy westchnął, wspominając swoich bliskich w domu.
Wojsko ruszyło z brzegów, a blask broni — tarcz, przyłbic i oszczepów — wzbił się ku niebu jak gęsty śnieg niesiony Boreaszem. Achilles przywdział zbroję Hefajsta: srebrem spinane nagolenice, nieprzebity pancerz, ogromny miecz, puklerz jaśniejący jak księżyc, przyłbicę ze złotą kitą jak gwiazda. Wypróbował ją — niosła go jak na skrzydłach. Wreszcie wziął ojcowską dzidę z jesionu, którą niegdyś Chejron ściął na szczycie Pelionu i dał Pelejowi — broń tak ciężką, że nikt prócz Achillesa nie zdołałby jej udźwignąć. Automedon i Alkim zaprzęgli rumaki. Wsiadłszy na wóz, lśniący jak słońce, Achilles upomniał konie ojca, Ksanta i Balia, by tym razem wróciły go żywego, a nie zostawiły martwym na polu jak Patrokla. Wówczas Hera dała mowę Ksantowi: koń, schyliwszy głowę aż grzywa zmiotła piasek, przepowiedział, że dziś Achilles ujdzie cało, lecz dzień jego zguby jest bliski — nie z winy koni zginął Patrokl, lecz z ręki Apollina, syna Latony, a i jego samego czeka śmierć z ręki boga i człowieka; tego, co zapisane w księdze losu, nic nie odmieni. Ledwie wyrzekł te słowa, Jędze (Erynie) zamknęły mu usta.
Księga XX
Gdy Grecy zbroili się wokół Achillesa, a Trojanie czekali na pagórku, Zeus z Olimpu kazał Temidzie zwołać zgromadzenie bogów. Zebrali się w przedsionku, który dla ojca zbudował składnie Hefajstos; przybył nawet Posejdon i zapytał Kronidę, po co ich wzywa — czy chce wydać wyrok między Trojanami a Grekami. Zeus odparł, że jego myśl jest władcy mórz znana: choć boli go zguba skazanych ludzi, sam chce tylko zostać świadkiem i napaść oczy widokiem wojny z wysokości Olimpu. Pozostałym bogom zezwolił natomiast zejść na pole i stanąć po stronie greckiej lub trojańskiej, wedle woli. Powód był jasny: gdyby Achilles walczył z Trojanami sam, nie dotrzymaliby mu kroku ani chwili — już dawniej drżeli na sam jego widok, a teraz, gdy zapalił się do rzezi za przyjaciela, Zeus lękał się, że Pelid „murów przed czasem nie zwalił", wbrew przeznaczeniu. Tymi słowy rozniecił wojenne pożogi. Bogowie rozbiegli się na dwie strony: do floty Greków podążyli Hera, Pallada, Posejdon, który ląd wzrusza i morzami włada, oraz przemyślny Hermejas, wynalazca kunsztów; za Troją stanęli zbrojny Ares, długowłosy Feb, Artemis miłująca strzały, Latona oraz roześmiana Kiprys.
Póki bogowie nie wmieszali się w ludzkie szyki, Grecy nadymali się chlubnie samym widokiem Pelida na bojowisku; lecz gdy Olimp zszedł między zbrojnych, Niezgoda obudziła w sercach wściekły zapał. Pallada przebiegała szańce i okopy z krzykiem rozlegającym się po całym polu, a Ares niby czarna fala zapalał Trojan straszliwym rykiem z murów, z wieży i z pagórków. Zeus zahuczał piorunnym grzmotem, a Posejdon wstrząsnął ziemią i górami tak, że chwiała się Ida w posadach, drżały mury Troi i podskakiwały greckie nawy. Strach zdjął nawet władcę podziemia: Hades zerwał się z tronu z krzykiem, bojąc się, że Posejdon zamachem trójzęba rozewrze ziemię i odkryje czarne, puste siedliska zmarłych, na które bledną ludzie i drżą sami bogowie — tak wielką trwogą napełnił niebian bój bogów przeciw bogom.
Achilles rwał się przez tłum prosto do Hektora, pragnąc nasycić Aresa jego krwią; lecz Apollo, bóg straszący narody łukiem, wzbudził przeciw niemu Ajnejasza. Przybrawszy postać Likaona, Feb zganił Anchizowego syna, że zapomniał gróźb rzucanych przy biesiadzie, gdy rozgrzany winem przyrzekał spotkać się z Achillesem. Ajnejasz odparł, że już raz Pelid przegnał go dzidą z Idy, gdy opanował jego trzody i zburzył Lirnes oraz Pedaz; gdyby nie ochrona Zeusa, byłby wtedy zginął — bo na Achillesa zawsze stoi przy boku bóg odwracający ciosy. Apollo dodał mu ducha przypomnieniem, że rodzi go sama Kiprys, podczas gdy Pelid pochodzi z niższej bogini, więc hańbą byłoby się trwożyć. Ośmielony Ajnejasz ruszył naprzód. Achilles natarł nań jak lew, na którego uderza cała wieś — z początku idzie wzgardliwie, lecz gdy dosięgnie go żelazo, pieni kły, jęczy, biczuje boki ogonem i wpada w środek grotów gotów albo zabić, albo zginąć. Najpierw jednak rycerze zwarli się na słowa: Achilles wytknął przeciwnikowi dawną ucieczkę spod Idy do Lirnesu i radził cofnąć się w tłum, nim go spotka szkoda. Ajnejasz odrzekł, że obelg nie zlęknie się jak dziecko — rzemiosłem bohaterów jest mężne starcie, nie dziecinne swary — i cisnął oszczepem w świetny puklerz Pelida. Tarcza zabrzęczała straszliwie, a Achilles ze strachu wystawił ją przed siebie, sądząc, że grot przejdzie na wylot; nie wiedział, nieuważny, że zbroja Hefajsta odbije zamach najtęższego człowieka — i istotnie złota blacha zatrzymała pocisk. Achilles odrzucił dzidą, która przebiła górny brzeg tarczy Ajnejasza i ze świstem utkwiła w ziemi, strzaskawszy dwa obwody; rycerz schylił się i ocalił, lecz zmroczył go wielki strach. Pelid dobył miecza z okrzykiem, a Ajnejasz dźwignął ogromny kamień, jakiego dziś dwóch ludzi nie ruszy — i byłby zadał cios w przyłbicę lub puklerz przeciwnika.
Wówczas wmieszał się Posejdon. Choć sprzyjał Grekom, użalił się nad Ajnejaszem, którego Feb zwiódł na zgubę, choć niewinny i pobożny: przeznaczenie chce go ocalić, „by Dardana zupełnie lud się nie zagubił", bo Zeus, znienawidziwszy ród Pryjama, polubił Ajnejasza najbardziej i jemu, jego synom oraz późnemu plemieniu sądzono z chwałą rządzić ziemią Trojan. Hera odparła, że niech władca morza sam decyduje, ona zaś i Pallada przysięgły uroczyście, że żadnego z Trojan nie ocalą. Posejdon pospieszył więc na pole, zamroczył wzrok Achillesowi, wyjął tkwiącą w puklerzu Ajnejasza dzidę i złożył ją u stóp Pelida, a samego Trojanina dźwignął i pchnął tak silnie, że ten jednym skokiem przeleciał nad rotami i wozami aż do ostatnich rzędów, gdzie zbroili się Kaukonowie. Tam bóg upomniał go, by — póki żyje Achilles — ustępował mu z drogi i nie ginął wbrew przeznaczeniu, lecz gdy Pelida ogarną już śmiertelne cienie, walczył śmiało na czele, bo żaden Grek go nie zabije. Achilles, gdy chmura spadła mu z oczu, z jękiem dziwił się cudowi: jego dzida leży przy nogach, a przeciwnik, którego chciał zabić, przepadł — najwidoczniej i jego kochają bogowie. Zostawił więc Ajnejasza i zagrzał Greków do walki wręcz, mąż na męża, zapowiadając, że choć jeden nie zdoła ścigać całego wojska, nie poszczędzi sił ani na chwilę. Z drugiej strony Hektor zapalał Trojan, ręcząc, że natychmiast uderzy na Pelida — lecz Feb ostrzegł go, by nie mierzył się z Achillesem sam na sam, tylko bronił się w tłumie; usłyszawszy to, Hektor z zadumą cofnął się między swoich.
Aresowym zapałem zagrzany Achilles wpadł na Trojan ze straszliwym krzykiem i rozpoczął rzeź. Najpierw zgładził walecznego Ifityjona, syna Otrynta urodzonego przy jeziorze Gygai, rozpłatawszy mu głowę na dwoje, i natrząsał się nad poległym wodzem, pytając, po co porzucił ojcowskie niwy nad Hermem, by zginąć od jego oszczepu. Potem padł Demoleon, mężny syn Antenora — grot przeszył mu skroń przez szyszak i utonął w mózgu. Hippodamas zeskoczył z wozu i rzucił się do ucieczki, lecz dosięgnął go pocisk z tyłu, a dusza uszła z rykiem takim, jak ryczy wół wleczony przez młodzież przed ołtarz Posejdona w Helice. Wreszcie Achilles natarł na Polidora, najmłodszego i najmilszego ojcu z synów Pryjama, który właśnie popisywał się chyżością nóg — dopadł go i przebił z tyłu w miejscu, gdzie spinał się pas i podwójny pancerz, a pocisk zamaszysty wyszedł drugą stroną ciała.
Konający Polidor padł, chwytając rękami wypływające jelita. Hektor, ujrzawszy brata w takim stanie, nie mógł już wytrzymać: ból i żal wyparły rozwagę i z groźną dzidą runął na zabójcę. Achilles ucieszył się jak myśliwy: oto morderca, który przebił go najboleśniej, zabijając najmilszego przyjaciela — już nie będą się szukać po polu. Hektor jednak nie zmieszał się: skrócił zuchwałe groźby, przyznał, że Pelid jest w polu wyższy, lecz wszystko zależy od bogów i on także może zadać raz śmiertelny. Cisnął oszczepem, ale Pallada lekkim tchnieniem odwróciła grot pod nogi Hektora. Achilles z okrzykiem skoczył, by go dobić, lecz Feb wydarł Trojanina i otoczył go chmurą. Trzykroć Pelid wpadał i mierzył zgubny cios, trzykroć uderzał próżno w sam cień; za czwartym razem, wściekły, zelżył Hektora jako psa, który znów uszedł śmierci tylko dzięki Apollinowi — i zapowiedział, że dopadnie go przy następnym spotkaniu. Tymczasem szalał po równinie jak pożar w górach: bił, ścigał, a całe pole spływało krwią.
Księga XXI
Trojanie w ucieczce stłoczyli się nad Ksantem (Skamandrem), rzeką zrodzoną z Zeusa. Achilles rozbił ich na dwie części: jednych pędził ku miastu po tej samej równinie, gdzie wczoraj Achajowie uciekali przed Hektorem (Hera rozciągała przed nimi gęstą mgłę, by spóźnić ich kroki), drudzy runęli z łoskotem w srebrne wały rzeki. Pelid oparł oszczep o drzewo i z samym mieczem wskoczył w nurt, szerząc rzeź — woda czerwieniła się od posoki, a Trojanie kryli się po zakrętach jak ryby przed delfinem. Znużony zabijaniem, wyciągnął z rzeki dwunastu młodzieńców, związał im ręce z tyłu ich własnymi pasami i odesłał do floty, przeznaczając ich na ofiarę przy stosie Patrokla.
Wnet natknął się na Likaona, syna Pryjama, który właśnie wydostał się z wody bez zbroi, słaniając się ze zmęczenia. Achilles znał go już: niegdyś pojmał go nocą, gdy ten ciął gałęzie, i sprzedał na Lemnos; stamtąd Likaon został wykupiony, dotarł do Aryzby, wyrwał się i wrócił do domu ojca, gdzie cieszył się wolnością zaledwie jedenaście dni, by dwunastego dnia znów wpaść w ręce Pelida. Bezbronny Trojanin objął jedną ręką kolana wroga, drugą uchwycił grot i ze łzami błagał o litość, przypominając, że jadł chleb u stołu Achillesa, że przyniósł mu już okup stu wołów, i — co najważniejsze — że nie z jednej matki pochodzi z Hektorem: to nie on, lecz Hektor zabił Patrokla. Achilles odparł nieubłaganie: „Głupi! Milcz z twym okupem!" — póki żył Patrokl, oszczędzał Trojan i brał jeńców, lecz teraz nikt, kogo dopadnie pod murami Ilionu, nie ujdzie śmierci. I dodał słowa, które są sercem tej sceny: ma umierać bez skargi, skoro padł i lepszy odeń Patrokl, skoro on sam — choć syn wielkiego ojca i bogini — także podlega Mojrze i niedługo zginie od oszczepu lub strzały. Likaonowi opadły ręce i siły; Achilles utopił miecz w jego ciele, a potem chwycił trupa za nogi, cisnął w nurt i chełpił się, że ryby będą lizać jego krew, że matka nie złoży go na marach, lecz Skamander poniesie ciało do morza, gdzie pożre je potwór wodny — żaden Trojanin nie wymknie się zemście za Patrokla, choćby chronił go potok, któremu próżno biją woły i konie w ofierze.
Te zuchwałe słowa obraziły boga rzeki. Ksant przemówił do Achillesa ludzkim głosem z głębi przepaści: niech nie czyni rzezi w jego nurtach, bo koryto zapchało się trupami i nie może już toczyć wód do morza — dość chwały, że dziwi się mu sam bóg. Achilles obiecał posłuchać, lecz dopiero później, dziś walczy bez przerwy, póki nie zapędzi Trojan do miasta i nie zmierzy się z Hektorem. I znów skoczył w koryto. Wówczas rozgniewana rzeka wezbrała, wzburzyła wody, wyrzucała trupy na brzeg, a żywych ukrywała w głębi; groźne wały biły o tarczę Pelida i porwały go pędem. Bohater chwycił się rosnącego nad brzegiem wiązu, lecz drzewo wyrwał z korzeniem, a runąwszy, utworzyło ono most, po którym Achilles wyskoczył na pole i rzucił się do ucieczki. Sczerniała rzeka ścigała go z szumem, by ocalić Trojan; Pelid sadził wielkie skoki jak orzeł, lecz Ksant raz po raz doganiał go, mdlił mu kolana i podrywał ziemię spod nóg. Achilles wzniósł wzrok do nieba z gorzką skargą: czyż żaden bóg go nie wyrwie z tej otchłani? Wolałby paść z ręki Hektora, jak rycerz od rycerza, niż zginąć marnie, porwany wodą jak lichy pastuch przez strumień. Potok, spieniony krwią i trupami, już całkiem go ogarniał.
Wtedy strwożona Hera wezwała syna Hefajsta, by ogniem poskromił rozszalałą rzekę, sama zaś obiecała wzbudzić znad morza wiatry rozdmuchujące pożar. Hefajstos puścił płomień: najpierw wypalił równinę, trawiąc trupy i osuszając pole — jak Boreasz osusza po deszczu nasiąknięty ogród — a potem zwrócił ogień na samą rzekę. Płomienie pożarły wierzby, wiązy, topole i cyprysy zdobiące brzeg, ryby omdlewały na dnie, a wody Ksantu zawrzały i kipiały jak tłuszcz w rozpalonym kotle, w którym warzy się ofiarny wieprz. Przytłoczony bóg rzeki wołał, że nie sprosta Hefajstowi i nie będzie już bronił Trojan — niech Pelid choćby wypróżni z ludzi mury Troi — a wreszcie pokornie zaklinał Herę na imię jej i Zeusa, pytając, za co właśnie jego ściga gniew bardziej niż innych bogów wspierających Troję. Złożył nawet przysięgę, że nigdy więcej nie obroni Trojan od zguby, choćby cała Troja stanęła w żywych ogniach. Wzruszona Hera kazała Hefajstowi ustąpić — nie godzi się bogu dla śmiertelnych tak srodze męczyć boga — i ogień zgasł, a rzeka wróciła w koryto.
Wśród bogów wybuchła wtedy właściwa wojna (theomachia): runęli na siebie z oszczepami tak, że jęknęła ziemia i zatrzęsły się sklepienia niebios, a Zeus patrzył z Olimpu i śmiał się w sercu. Pierwszy Ares natarł na Palladę, wyrzucając jej dawne pokierowanie dzidą Diomeda przeciw sobie, i pchnął ostrzem w jej egidę, której nie zwyciężyłby nawet piorun Zeusa. Atena cofnęła się, chwyciła leżący w polu wielki kamień graniczny i uderzyła nim Aresa: padł, a jego ciało okryło siedem staj ziemi. Bogini wyśmiała go, że ośmielił się wyzywać silniejszą i opuścił Greków dla Troi. Afrodyta ujęła rannego Aresa za rękę i wyprowadzała z bitwy, lecz Hera podszczuła Palladę; ta dogoniła Kiprydę i pięścią uderzyła ją w piersi tak, że oboje, bóg i bogini, legli na ziemi — Atena chełpiła się, że gdyby wszyscy sprzyjający Troi byli tak „śmiali" jak ci dwoje, Ilion już dawno leżałby w gruzach. Hera śmiała się wesoło. Posejdon wyzwał wówczas Apollina, że hańbą byłoby wrócić na Olimp bez walki, lecz Feb odmówił starcia ze stryjem o tak liche stworzenia jak ludzie, „raz piękni jak liście, gdy się rozwiną, znów jak liście zwiędłe padający i giną". Za to skarciła go siostra Artemis, zarzucając mu tchórzostwo — wtedy rozgniewana Hera chwyciła łowczynię za ręce, wyrwała jej kołczan i okładała ją własnymi strzałami, aż Artemida uciekła z płaczem jak gołębica przed jastrzębiem. Hermes nie chciał walczyć z Latoną, ustępując jej z góry, a płacząca Artemida schroniła się na kolanach Zeusa i skarżyła się na Herę. Apollo tymczasem zszedł do Troi, by bronić jej murów przed zdobyciem; pozostali bogowie wrócili na Olimp, jedni dumni, drudzy ponurzy.
Achilles wciąż gnał i obalał ludzi i konie jak pożar trawiący całe miasto. Stary Pryjam, patrząc z wieży, jak wszyscy pierzchają przed nadludzką postacią bohatera, zszedł do bram i kazał strażom otworzyć je, by rozproszone wojsko mogło się schronić, a zamknąć je natychmiast po przejściu swoich, w obawie, by srogi rycerz nie wdarł się do miasta. Trojanie, spaleni pragnieniem i okryci kurzem, runęli ku murom; Achilles ścigał ich z nienasyconą żądzą chwały. Grecy zdobyliby już bramy, gdyby Apollo nie tchnął odwagi w Agenora, syna Antenora. Młodzieniec, ukryty w cieniu rzuconym przez boga, rozważał ucieczkę, lecz uznał ją za nikczemną i postanowił stawić czoło — jak pantera, która nie pierzcha przed myśliwym nawet zraniona. Cisnął oszczepem, trafił Achillesa pod kolano, ale boska nagolenica odparła grot. Gdy Pelid rzucił się na niego, Apollo okrył Agenora obłokiem i wyniósł z boju, sam zaś przybrał jego postać i uciekał przed Achillesem długą równiną nad Skamandrem, łudząc go, że lada chwila go dopadnie. Tymczasem ocalałe wojsko trojańskie wlało się przez bramy do miasta — nikt nie czekał na drugich, każdy rad był, że sam dopadł murów.
Księga XXII
Gdy strwożeni Trojanie odetchnęli już za murami, gasząc pragnienie i chłodząc się z potu, a Grecy podchodzili pod szańce z tarczami, jeden tylko Hektor — jakby skuty zgubnym wyrokiem — został przed Bramą Skajską. Wówczas Apollo wyjawił Achillesowi podstęp: po co śmiertelnik ściga boga? Gonił próżno, a tymczasem rozbici Trojanie zdążyli skryć się w mieście. Achilles, rozżalony, że odebrano mu chwałę i pewną rzeź, nazwał go najzgubniejszym z bogów i zawrócił ku miastu, pędząc jak zwycięski koń wyścigowy gnający z wozem do mety. Jego zbroja jaśniała jak gwiazda jesienna, którą lud zwie Psem Oriona — najjaśniejsza, lecz złowróżbna, zwiastująca ludziom upały i nieszczęścia.
Pierwszy dostrzegł go Pryjam i jęknął, bijąc się rękami w głowę. Z wyciągniętymi dłońmi błagał syna, by nie czekał sam na Achillesa, lecz wszedł za mury: ten człowiek jest odeń silniejszy i okrutny — gdyby bogowie nienawidzili go tak, jak Pryjam, leżałby już psom i sępom na pastwę. Przypomniał, ilu synów Achilles mu zabił lub sprzedał na odległe wyspy, i malował własną starczą rozpacz: jeśli i Hektor zginie, ujrzy wyrżniętych synów, porwane córki, synowe w kajdanach, a sam padnie od żelaza i zostanie rozszarpany przez własne psy u progu domu — najsroższy los, jaki może spotkać starca. Rwał siwe włosy, lecz Hektor stał niewzruszony. Z drugiej strony zaklinała go matka Hekabe: płacząc, obnażyła pierś i przypomniała, jak tym łonem koiła jego dziecięce płacze — niech ulituje się i schroni za mury, niech broni miasta z murów, ale sam nie czeka na wroga; bo jeśli zginie, ani ona, ani jego posażna żona nie opłaczą go na łożu pogrzebnym — stanie się haniebnym pokarmem psów przy greckich okrętach.
Lecz prośby rodziców nie zdołały odwieść Hektora od zamiaru: stał niewzruszony jak wąż napojony jadem, czuwający przy jaskini. W duszy rozważał, że wstyd byłoby mu schronić się w mieście, gdy najmniej odważny mógłby mu wytknąć, że zuchwalstwem zgubił wojsko — wolał stanąć do walki i albo zwyciężyć Achillesa, albo chwalebnie polec pod ojczystymi murami. Gdy jednak Pelid zbliżył się, groźnie wstrząsając jesionową dzidą i jaśniejąc zbroją jak wschodzące słońce, Hektora ogarnęła trwoga: porzucił bramę i rzucił się do ucieczki. Achilles gnał za nim jak jastrząb za gołębicą. Trzykrotnie okrążyli całe miasto, mijając źródła Skamandru i kamienne koryta, gdzie niegdyś prały Trojanki w czasach pokoju — biegli nie o nagrodę z igrzysk, lecz o życie Hektora. Bogowie patrzyli z góry; Zeus wahał się nawet, czy ocalić Hektora, lecz wzniósł złotą szalę i położył na niej dwa wyroki śmierci — szala Hektora opadła ku Hadesowi, więc Apollo opuścił skazanego.
Wówczas Atena stanęła przy Achillesie, obiecując mu zwycięstwo, a sama, przybrawszy postać brata Hektora, Deifoba, podeszła do uciekającego. Udając, że przyszła z miasta dzielić z nim niebezpieczeństwo, namówiła go, by stanął i razem stawili czoło Pelidowi. Oszukany Hektor, wzruszony rzekomą odwagą brata, zatrzymał się i zaproponował Achillesowi układ: zwycięzca odda ciało pokonanego krewnym do pogrzebu, nie znieważając go. Achilles odrzucił to z furią — między nim a Hektorem nie ma przymierza, jak nie ma go między lwem a człowiekiem ani wilkiem a barankiem — i cisnął dzidą. Hektor uchylił się, a grot wbił się w ziemię; niepostrzeżenie Atena wyrwała go i zwróciła Achillesowi. Wtedy Hektor rzucił swoją dzidą i trafił w sam środek tarczy, lecz pocisk odbił się od boskiej zbroi. Zawołał na Deifoba o drugą włócznię — i nie ujrzał nikogo u boku. Pojął, że Atena go zwiodła i że bogowie wzywają go na śmierć; postanowił jednak zginąć nie nikczemnie, lecz czynem, który rozsławi go w późne wieki. Dobył miecza i runął na Achillesa jak orzeł spadający z chmur. Pelid, osłonięty cudnym puklerzem Hefajsta, wypatrzył jedyne odsłonięte miejsce: u gardła, gdzie zbroja Patrokla (zdarta niegdyś z poległego przyjaciela, a teraz noszona przez Hektora) nie chroniła szyi. Tam wbił grot, przebijając ją na wpół — lecz nie naruszając krtani, tak że konający mógł jeszcze mówić.
Padający Hektor błagał, by nie wydawać go psom, lecz przyjąć okup od Priama i zwrócić ciało Troi. Achilles odmówił z dziką nienawiścią: nie ma okupu, choćby Pryjam odważył je złotem — Hektor stanie się pastwą psów i sępów. Konający przepowiedział mu wówczas rychłą śmierć z ręki Parysa i Apollina przy Bramie Skajskiej i wyzionął ducha; dusza uleciała do Hadu, „opłakując swój los, że rzuca młodość i siłę". Achilles wyrwał dzidę, zdarł krwawą zbroję, a zbiegli się Grecy dziwili się wzrostowi i piękności poległego, lecz każdy zadawał mu rany, drwiąc, że teraz łatwiej go dotknąć niż wtedy, gdy palił okręty. Potem Pelid dopuścił się haniebnego czynu: przedziurawił Hektorowi ścięgna u obu stóp, przewlókł przez nie rzemienie, przywiązał ciało do wozu i pognał konie ku okrętom, wlokąc je głową po ziemi, tak że niegdyś piękne skronie tonęły w kurzu.
Z murów ujrzała to matka Hekabe: rwała włosy, zrzuciła zawój i krzyczała żałośnie; jęczał Pryjam i całe miasto pogrążyło się w lamencie, jakby cała Troja stała w płomieniach. Starzec, tarzając się w prochu, błagał, by pozwolono mu wyjść za bramę i paść do nóg okrutnemu wrogowi, prosząc o litość przez wzgląd na jego własnego sędziwego ojca Peleusa. Hekabe opłakiwała syna, ozdobę matki i obrońcę Trojan, czczonego za życia jak bóg. Tymczasem żona Hektora, Andromacha, nie wiedziała jeszcze o niczym: w głębi domu tkała na krośnie cudne wzory i kazała służebnym grzać wodę na kąpiel dla męża wracającego z boju — czuła troska, lecz próżna, bo nie wiedziała, że Hektor padł daleko od tej łaźni.
Gdy do jej uszu doszedł jęk z wieży, czółenko wypadło jej z drżącej ręki; przeczuwając nieszczęście, wybiegła na mury i ujrzała męża wleczonego za wozem ku okrętom. Czarna noc okryła jej oczy, padła zemdlona, a z głowy spadło jej całe strojne ubranie — wstęgi, siatka i zawój dany niegdyś przez Afrodytę w dniu, gdy Hektor poślubił ją i przyprowadził z domu rodziców. Ocucona przez bratowe, zaczęła lament wdowy: opłakiwała wspólny zły los — ona urodzona w Tebach, on w domu Priama — i przede wszystkim los małego synka Astianaksa. Sierota pozbawiony ojca pójdzie żebrać u ojcowskich przyjaciół, będzie odpychany od uczt słowami „precz, twój ojciec z nami nie biesiaduje", on, który dawniej na kolanach ojca jadał sam szpik i miękko sypiał w puchu. Wołała, że psy pożrą ciało Hektora, a wzgardzone bogate szaty, których już nie włoży, każe spalić ku jego czci. Niewiasty wtórowały jej płaczem.
Księga XXIII
Podczas gdy Troja zanosiła się żałobą, Grecy wrócili do okrętów. Achilles zatrzymał Mirmidonów i kazał im, nie wyprzęgając koni, okrążyć trzykrotnie ciało Patrokla, wylewając łzy; sam, ściskając zwłoki przyjaciela, ślubował, że psy rozszarpią Hektora przy stosie. Potem porzucił ciało wroga twarzą w prochu przy marach Patrokla. Wodzowie z trudem zawiedli Achillesa do namiotu Agamemnona na pogrzebną biesiadę, lecz Pelid odmówił obmycia się z krwi i kurzu, przysięgając na Zeusa, że nie tknie wody, póki nie spali przyjaciela, nie usypie mu mogiły i nie poświęci włosów — bo nigdy już nie zazna większej boleści. Zgodzono się odłożyć obrzęd do świtu.
W nocy, gdy znużony Achilles zasnął na brzegu, zjawił mu się cień Patrokla — ten sam wzrost, głos, odzież i spojrzenie. Wyrzucał, że Achilles śpi, zapomniawszy o nim: błagał o szybki pogrzeb, bo dusze zmarłych nie wpuszczają go za bramy Erebu i błąka się przed wrotami Hadu. Prosił też, by ich kości po śmierci Achillesa złożono razem w jednej urnie, jak razem wzrastali w domu Peleusa. Achilles przyrzekł wszystko i wyciągnął ręce do uścisku, lecz cień rozpłynął się z jękiem jak dym. Wstrząśnięty bohater pojął, że w Hadesie pozostaje po człowieku jakiś lekki cień, choć bez ciała.
O świcie Agamemnon wysłał pod wodzą Meriona muły i ludzi po drewno na stos; ścinano odwieczne dęby na Idzie. Wojsko w zbroi, na wozach i pieszo, odprowadziło ciało, a towarzysze obcinali i sypali na nie swoje włosy. Achilles ujął głowę przyjaciela, prowadząc go w smutku do Hadu. Na wyznaczonym miejscu usypano ogromny stos. Pelid odciął swój płowy lok — przeznaczony niegdyś przez ojca Peleusa na ofiarę rzece Sperchejos w razie szczęśliwego powrotu — i włożył go w dłonie zmarłego, skoro los odebrał mu powrót do ojczyzny. Na stos położono ciało owinięte tłuszczem zabitych owiec i wołów, dzbany z miodem i oliwą, cztery konie, dwa z dziewięciu psów Patrokla — a w akcie zemsty Achilles zarżnął także dwunastu szlachetnych młodzieńców trojańskich. Żegnał przyjaciela, powtarzając, że Hektora nie spali, lecz odda psom na sztuki.
Stos jednak nie chciał się zająć; Achilles przywołał więc wiatry — Zefir i Boreasz — obiecując im ofiary, a one przez całą noc rozdmuchiwały pożar. Przez całą tę noc Pelid czerpał czaszą wino i skrapiał ziemię, wzywając cień Patrokla po imieniu, płacząc nad nim jak ojciec nad popiołami syna zmarłego przed weselem. O brzasku ogień przygasł. Achilles polecił zgasić żar winem i zebrać kości przyjaciela — łatwe do rozpoznania, bo leżał w środku stosu — by złożyć je w złotej urnie, owinięte tłuszczem, aż dołączą do nich jego własne. Nie chciał wielkiego grobu, dość mu skromnej mogiły; okazalszy kurhan, mówił, usypią mu Grecy później. Wzniesiono więc mierną mogiłę.
Potem Achilles zatrzymał wojsko, by uczcić zmarłego igrzyskami pogrzebowymi. Zasiadł liczny tłum widzów, a Pelid wyniósł nagrody. Pierwsze zawody — wyścig rydwanów: dla zwycięzcy biegła w robotach branka i trójnóg z uchami, dla drugiego nieujeżdżona klacz, brzemienna; dalsze nagrody to naczynie, dwa talenty złota i czara. Sam Achilles oświadczył, że nie staje do biegu, bo jego nieśmiertelne konie, dar bogów, opłakują zmarłego Patrokla, który je pielęgnował, i stoją ze zwieszonymi grzywami.
Do wyścigu zgłosiło się pięciu: Eumel (syn Admeta), Diomedes na koniach Trosa zdobytych na Ajnejaszu, Menelaj, Antiloch (syn Nestora) i Merion. Przed startem stary Nestor udzielił synowi długiej rady: ma słabsze konie, lecz może wygrać sztuką — niech nie zbacza na boki, trzyma metę (stary pień wsparty dwoma głazami) blisko po lewej, ledwie muskając ją osią koła, a prawego konia zachęca biczem. Po losowaniu kolejności i wyznaczeniu mety, przy której jako sędzia zasiadł Fojniks, jeźdźcy ruszyli w tumanie kurzu. Na nawrocie ku morzu prowadził Eumel, tuż za nim Diomedes — i ten zwyciężyłby lub szedł łeb w łeb, gdyby Apollo nie wytrącił mu bicza z ręki. Lecz Atena zwróciła Diomedesowi bicz, dodała koniom mocy, a w gniewie złamała jarzmo wozu Eumela: ten wywrócił się, raniąc się w ramiona, czoło i twarz. Diomedes wysforował się na czoło i przybył pierwszy.
Za nim toczyła się słynna scena podstępu Antilocha. W ciasnym, wyżłobionym przez deszcze przesmyku drogi Antiloch, mając wolniejsze konie, gwałtownie zajechał drogę Menelajowi; ten, by uniknąć zderzenia wozów, musiał ściągnąć konie i przepuścić rywala, wołając, że Antiloch jest najpodstępniejszym z ludzi. Tak Antiloch zdobył drugie miejsce nie szybkością, lecz forsą. Wśród widzów wybuchła kłótnia: Idomeneus z wyniosłego miejsca twierdził, że prowadzi Diomedes, a Ajas mniejszy (syn Ojleusa) ostro mu zaprzeczył, obstając przy Eumelu; spór zaostrzał się, aż Achilles go uciszył, każąc poczekać na rozstrzygnięcie w biegu. Wnet Diomedes przybył jako pierwszy; jego giermek Stenelos odebrał brankę i trójnóg. Po nim dotarli Antiloch, Menelaj (o rzut oszczepu za nim), Merion czwarty, a ostatni — z roztrzaskanym wozem — Eumel.
Litując się nad najlepszym jeźdźcem, którego pokonał przypadek, Achilles chciał przyznać Eumelowi drugą nagrodę (klacz), lecz sprzeciwił się Antiloch: zdobył ją słusznie i nie odda, a jeśli Achilles żałuje Eumela, niech da mu inny, bogatszy dar. Achillesowi spodobała się ta śmiałość przyjaciela i podarował Eumelowi zdobyczny pancerz Asteropajosa. Wtedy z gniewem powstał Menelaj, oskarżając Antilocha, że zdradą wydarł mu chwałę i znieważył jego konie; zażądał, by tamten przysiągł przy wozie, dotykając koni, na Posejdona obejmującego ziemię, że nie wstrzymał go podstępem. Antiloch jednak, zręcznie i z pokorą, prosił o pobłażanie dla swojej młodości, przyznając mu rację: dobrowolnie oddał Menelajowi sporną klacz. Wzruszony tym Menelaj złożył gniew „jak rosa orzeźwia kłosy", odstąpił mu klacz z powrotem przez wzgląd na zasługi całego rodu Nestora i pogodził się z nim. Antiloch zadowolił się więc naczyniem, Merion wziął dwa talenty złota, a piątą, nietkniętą nagrodę — czarę — Achilles z szacunkiem ofiarował staremu Nestorowi, który nie mógł już stawać do zawodów. Starzec, ucieszony, wspominał dawne zwycięstwa swojej młodości na igrzyskach ku czci króla Amarynkeja.
Potem następowały kolejne konkurencje. W walce na pięści (nagroda: muł i puchar) zgłosił się potężny Epejos, syn Panopeusa, chełpiąc się, że nikt mu nie sprosta; zmierzył się z nim Eurialos, zachęcony przez Diomedesa — lecz Epejos jednym ciosem powalił go, jak ryba wyrzucona na brzeg, i sam musiał go podźwignąć. W zapasach (trójnóg dla zwycięzcy) starli się olbrzymi Ajas Telamoński i przebiegły Odyseusz; trzymali się w uścisku jak dwie belki dachu, ale żaden nie mógł zwyciężyć — Achilles przerwał walkę, przyznając obu równą nagrodę. W biegu (srebrna sydońska czasza dla pierwszego) Ajas mniejszy prowadził, lecz Odyseusz pomodlił się do Ateny, która dodała mu lekkości, a rywalowi dała pośliznąć się w krowim gnoju w miejscu, gdzie bito ofiary; Odyseusz zwyciężył, a wypluwający gnój Ajas pod śmiech Greków przypisał porażkę opiece bogini. Trzeci był młody Antiloch, który z wdziękiem żartował z własnej przegranej.
W walce w pełnej zbroi (zbroja po Sarpedonie, miecz dla tego, kto pierwszy zrani) stanęli Ajas Telamoński i Diomedes; gdy Diomedes godził już w odsłoniętą szyję rywala, przerażeni Grecy przerwali pojedynek i przyznali obu równą nagrodę, lecz miecz dali Diomedesowi. W rzucie żelaznym kręgiem (sam krąg jako nagroda) zwyciężył Polipojtes, ciskając dalej niż Epejos, Leontej i Ajas. W łucznictwie celem był gołąb przywiązany nicią do masztu: Teukros, który zapomniał obiecać Apollinowi ofiary, chybił ptaka, lecz przeciął nić; Merion, ślubując bogu jagnięta, trafił wzlatującego gołębia w skrzydło i zdobył podwójne siekiery. Na koniec, w rzucie oszczepem, wystąpił sam Agamemnon — Achilles, uznając, że nikt mu nie dorówna siłą i zręcznością, przyznał królowi pierwszą nagrodę bez próby, a drugą Merionowi. Tak zakończyły się igrzyska.
Księga XXIV
Gdy ludy rozeszły się po wieczerzy, sam Achilles nie zaznał spokoju: opłakiwał Patrokla, przewracając się bezsennie na łożu, błądził po brzegu morza, aż wstał świt. Wtedy znów zaprzęgał konie, przywiązywał do wozu nagie ciało Hektora i trzykrotnie obwoził je wokół mogiły przyjaciela, po czym rzucał je twarzą w proch. Lecz Apollo, litując się nad zmarłym, ochraniał jego zwłoki przed zepsuciem i zniekształceniem, okrywając je złotą egidą. Tak trwało dwanaście dni. Bogom żal się zrobiło Hektora i namawiali Hermesa, by wykradł ciało; sprzeciwiały się temu tylko Hera, Atena i Posejdon, pomne dawnej krzywdy (sądu Parysa). Dwunastego dnia Apollo wystąpił przed bogami z gorzkim wyrzutem: są okrutni i niewdzięczni — Hektor palił im przecież obfite ofiary, a oni pozwalają, by „bez czucia, bez duszy" Achilles, noszący w sercu srogość lwa, znieważał martwego męża i sromocił nieczułą ziemię. Na te słowa rozgniewała się Hera, broniąc pierwszeństwa Achillesa jako syna bogini Tetydy, którą sami bogowie wychowali, podczas gdy Hektor był tylko śmiertelnikiem karmionym piersią kobiety.
Zeus rozsądził spór: nie godzi się równać czci obu, lecz i Hektor był miły bogom, bo nigdy nie skąpił im ofiar — niech więc Achilles nie wykrada ciała ukradkiem, lecz odda je za okup. Posłał Tetydę, by skłoniła syna do oddania zwłok, a Irydę do Troi, by nakłoniła Priama, aby sam, jedynie z woźnym, udał się do greckich okrętów z bogatymi darami i ułagodził Achillesa. Iryda zastała Priama tarzającego się w popiele, otoczonego płaczącymi synami i synowymi, i przekazała mu wolę Zeusa, zapewniając, że Achilles — choć srogi — zna ludzkość i oszczędzi błagalnika.
Priam natychmiast kazał przygotować wóz i wyładować skrzynię okupu: bogate szaty, złoto, trójnogi, kotły i cenny puchar otrzymany niegdyś od Traków. Strofował przy tym tłoczących się synów jako nicponi i gnuśników, niegodnych poległych braci. Żona Hekabe próbowała go odwieść od wyprawy, lękając się, że wróg go zabije, lecz gdy nie ustąpił, poradziła przynajmniej wezwać Zeusa o pomyślny znak. Priam obmył ręce, wylał wino i modlił się o orła zwiastuna; bóg zesłał potężnego orła, który przeleciał po prawej stronie nad miastem, krzepiąc serca wszystkich. Starzec wyruszył wozem, prowadzony przez woźnego Idajosa, odprowadzany przez płaczących bliskich, jakby jechał na śmierć.
Zeus, litując się, posłał Hermesa, by niepostrzeżenie przeprowadził Priama przez grecki obóz. Bóg przywiązał do stóp złote skrzydła, wziął różdżkę usypiającą i budzącą ludzi, i zstąpił nad brzeg Hellespontu w postaci pięknego młodzieńca. Gdy zapadła noc, a Priam i Idajos zatrzymali się przy grobie Ilosa, by napoić zwierzęta, woźny przeraził się nadchodzącego człowieka. Lecz Hermes ujął starca za rękę, łagodnie go uspokoił, udając giermka Achillesa, syna bogatego Polyktora i jednego z Myrmidonów. Zapewnił, że ciało Hektora wciąż leży nietknięte przy okrętach — nie tknęły go psy ani sępy, bo bogowie strzegą go nawet po śmierci, choć minęło już dwanaście dni — a rosa zmywa z niego krew i nie zepsuło się. Pocieszony Priam ofiarował mu czarę, lecz Hermes odmówił przyjęcia daru należnego Achillesowi, a zamiast tego wsiadł na wóz, ujął lejce i poprowadził zaprzęg. Uśpił greckie straże, otworzył wrota i wprowadził Priama z darami pod sam namiot Achillesa — wysoką budowlę z jodłowych bali, krytą trzciną, z bramą zamykaną na rygiel, który ledwie trzej mężowie podźwigali, a sam Achilles otwierał z łatwością. Wreszcie Hermes wyjawił, kim jest, i polecił Priamowi, by wszedł sam, objął kolana Achillesa i błagał go przez jego ojca, matkę i syna, po czym wrócił na Olimp.
Priam wszedł cicho, gdy Achilles właśnie skończył posiłek, padł mu do nóg, objął kolana i ucałował te straszne ręce, które zabiły mu tylu synów — jak zbieg, który po zabójstwie szuka schronienia w obcym domu, budząc zdumienie. Wzruszył tym Achillesa i jego towarzyszy. Zaczął słynne błaganie: niech Achilles wspomni własnego sędziwego ojca Peleusa, równego mu wiekiem, którego krzepi nadzieja na powrót syna; on, Priam, miał wielu dzielnych synów, lecz większość już padła, a ostatniego — obrońcę miasta, Hektora — zabił Achilles. Po niego więc przyszedł z okupem; niech uszanuje bogów i ulituje się nad nim, który dopuścił się rzeczy niesłychanej — ucałował ręce zabójcy swoich dzieci. Na wspomnienie własnego ojca Achilles zapłakał; ujął rękę starca i delikatnie go odsunął. Obaj zanieśli się płaczem — Priam nad Hektorem u stóp wroga, Achilles na przemian nad ojcem i nad Patroklem — aż namiot rozbrzmiał wspólnym lamentem. Wreszcie Achilles wstał, podniósł starca z ziemi, wzruszony jego siwizną, i przemówił o ludzkiej doli: bogowie przeznaczyli śmiertelnym życie w smutku, a sami nie znają trosk; u progu Zeusa stoją dwie beczki — z darami złymi i dobrymi — i komu Zeus zmiesza losy z obu, tego na przemian smuci i cieszy; komu zaś czerpie tylko ze złej, ten wlecze nędzny żywot. Tak było z Peleusem, obsypanym szczęściem i bogactwem, a jednak ojcem jedynego, krótko żyjącego syna; tak i z samym Priamem, niegdyś szczęśliwym i bogatym władcą rozległych ziem, którego później dotknęły wojna i śmierć synów. Niech więc starzec znosi cierpienie i nie zadręcza się — płaczem nie wskrzesi Hektora.
Priam, wciąż stojąc, prosił, by go nie sadzano, póki Hektor leży niepogrzebany; błagał o szybki zwrot ciała i przyjęcie okupu. Achilles odpowiedział z błyskiem gniewu, by go nie drażnił, bo i sam zamierza oddać ciało (Tetyda przyniosła mu wolę Zeusa) — niech więc starzec nie wzbudza w nim gwałtu, który złamałby gościnność i rozkaz bogów. Priam zamilkł z lękiem. Achilles wyskoczył jak lew, z Automedonem i Alkimosem wyprzągł zwierzęta, wniósł okup, lecz zostawił dwie szaty i tunikę na okrycie zwłok. Kazał służebnym obmyć i namaścić ciało Hektora na uboczu, by udręczony ojciec nie ujrzał go i w gniewie nie wybuchnął — sam zaś, dźwignąwszy ciało na mary, przeprosił cień Patrokla, że oddaje Hektora za okup, i obiecał mu należną część darów.
Wróciwszy, Achilles oznajmił Priamowi, że syn jest odzyskany, i namawiał go do posiłku, przywołując przykład Niobe: ta, choć straciła dwanaścioro dzieci zgładzonych przez Apollina i Artemidę za pychę wobec Latony, w końcu wzięła jednak pokarm. Zarżnął owcę, przygotowano ucztę. Po jedzeniu obaj przyglądali się sobie z podziwem — Priam zdumiony postawą i pięknością Achillesa, Achilles powagą i mądrością starca. Priam poprosił o posłanie, bo od śmierci Hektora nie zaznał snu ani jadła; Achilles kazał posłać łoża pod przysionkiem (nie w namiocie, by przybywający nocą wodzowie greccy nie wykryli starca i nie udaremnili wykupu). Na pytanie, ilu dni potrzeba na pogrzeb, Priam prosił o dwanaście — dziewięć na opłakiwanie, dziesiątego pogrzeb i stypa, jedenastego usypanie mogiły, dwunastego wznowienie walki, jeśli trzeba. Achilles przyrzekł wstrzymać wojnę na ten czas i na znak wiary ujął rękę starca.
Gdy wszyscy spali, czuwał tylko Hermes; stanął nad głową Priama i ostrzegł go, by nie spał wśród wrogów — gdyby Agamemnon dowiedział się o jego obecności, synowie musieliby płacić potrójny okup. Przerażony starzec zbudził woźnego, a Hermes wyprowadził ich niepostrzeżenie z obozu i przy brodach Skamandru odleciał na Olimp. O świcie wóz z ciałem zbliżał się do Troi. Pierwsza dostrzegła go z zamku Kasandra i rozniosła wieść; całe miasto wyległo — żona i matka padły na ciało, rwąc włosy, a tłum cisnął się z płaczem. Aż do zachodu opłakiwaliby Hektora pod bramą, gdyby Priam nie kazał zrobić przejścia dla wozu.
W domu złożono ciało na ozdobnym łożu, a śpiewacy zawiedli pieśń żałobną. Trzy kobiety wygłosiły kolejno treny. Andromacha trzymała głowę męża, opłakując wdowieństwo i los osieroconego syna, którego po upadku miasta czeka albo niewola, albo śmierć zrzuconego z murów — żaliła się też, że Hektor nie zdążył przed śmiercią wyrzec do niej ostatniego, mądrego słowa, które mogłaby wspominać. Hekabe lamentowała, że bogowie kochali Hektora za życia i po śmierci — ciało jest świeże i piękne, jakby zginął od łagodnej strzały Apollina. Wreszcie Helena opłakiwała najłagodniejszego z braci męża, który przez dwadzieścia lat nigdy nie skrzywdził jej przykrym słowem, lecz bronił przed wyrzutami innych — teraz została bez obrońcy, wzgardzona przez wszystkich.
Na rozkaz Priama Trojanie przez dziewięć dni zwozili drewno z Idy. Dziesiątego dnia wynieśli ciało, spalili je na stosie, a o świcie ugasili żar winem. Bracia i przyjaciele zebrali z płaczem białe kości, złożyli je w złotej urnie owiniętej purpurą, umieścili w grobowym dole i usypali wysoki kurhan, stawiając wokoło straże przed greckim napadem. Wreszcie zgromadzili się na okazałej stypie w pałacu Priama. Tak — kończy się poemat — odbył się pogrzeb wielkiego Hektora, obrońcy Troi.